Stabilizacja Drukuj Poleć znajomemu
No może tylko chwilowa, ale jednak. W czasie pobytu ks. Pawła na urlopie opiekuję się jego parafią obejmującą wyspy Kairiru i Mushu.

Przed jego wyjazdem miałem okazję pierwszy raz uczestniczyć w uroczystości Bożego Ciała i Krwi Chrystusa w Papui, właśnie na Kairiru. Uroczystość tę obchodzi się w Papui w niedzielę.

Procesję zaczęliśmy o godz. 10.00 w kościele St. Jonhn’s. Pierwszy niósł Najświętszy Sakrament ks. Paweł. Gdy doszliśmy do I ołtarza, ks. Paweł po odczytaniu Ewangelii wygłosił krótką homilię. Gdy już pobłogosławił wiernych, ja wziąłem monstrancję z Najświętszym Sakramentem i poniosłem do II ołtarza, gdzie wygłosiłem krótką homilię. Potem znów niósł ks. Paweł do III ołtarza, a po nim ja już niosłem do kościoła w St. Martin’s, bo tutaj...
... liturgia przewiduje tylko trzy ołtarze. W czasie drogi wierni śpiewali religijne pieśni przy akompaniamencie gitar. W kościele ks. Paweł odmówił Litanię do Ciała i Krwi Chrystusa i o 11.45 zaczęliśmy Mszę św., która skończyła się o 13.15. Mszy św. przewodniczył ks. Paweł i on też wygłosił kazanie.

Pobyt tutaj to kolejne nowe doświadczenia. Sam muszę robić zaopatrzenie m.in. jedzenie i wszystko potrzebne do liturgii. Zaczynam naprawdę widzieć, jak drogie jest tu życie, oczywiście w proporcji do możliwości uzyskania środków finansowych. Żeby zrobić to zaopatrzenie, trzeba się wybrać do miasta, a jest to większa wyprawa. Po pierwsze, pobudka o 4 rano, by najpóźniej o 5.25 dotrzeć do miejsca, skąd odpływa łódź do miasta. W mieście odbiera mnie któryś ze współbraci na nabrzeżu (najczęściej br. Janusz). Po dwóch dniach zakupów i załatwiania różnych obowiązkowych spraw wracam na wyspę z zaopatrzeniem.

Wypływamy z Wewak późnym popołudniem, więc najczęściej docieram do domu po zachodzie słońca. Tu pierwszą rzeczą jest wyczyszczenie palnika i dobre ustawienie płomienia w lodówce na naftę (wyjeżdżając do miasta trzeba było zgasić płomień). Potem niektóre z przywiezionych produktów wkładam do lodówki i staram się jej nie otwierać do rana, tak by się znów wychłodziła. Do uroków życia poza miastem należą również: brak energii elektrycznej i wodociągów. Trzeba więc codziennie napompować wodę do zbiornika, a w tym celu wcześniej należy włączyć agregat prądotwórczy. Oświetlenie wieczorem jest głównie z akumulatora, który za dnia ładuje bateria solarowa.

Pobyt na Kairiru sprzyja kontaktom z miejscowymi czy to przed liturgią, czy w drodze do wioski. Choć mój pidgin jest już lepszy, to jeszcze sporo zostało do nauczenia. Warto więc wychodzić z domu, by chociaż porozmawiać z kobietami sprzedającymi towary na markecie (targu). Jak na razie wszyscy są pozytywnie nastawieni, chcą mi pomóc w odnalezieniu się w pracy w Papui. Poprawiają błędy. Pomoc parafian bywa też bardzo konkretna – a to przyniosą jakieś owoce, innym razem pomogą w porządkach wokół domu księdza. A trzeba tu dbać przede wszystkim, by trawa nie była zbyt długa. Nie kierujemy się względami estetycznymi, lecz praktycznymi. W krótkiej widać lepiej węże i wtedy nie wchodzą tak szybko do domu.

Moje duszpasterstwo tutaj nie jest rozbudowane. W tygodniu albo idę pieszo do jakiejś wioski, albo mam Mszę św. na miejscu w St. Martin’s. W soboty wieczorem Mszę św. sprawuję w kościele w St. John’s. W niedzielę pływam do wiosek na Mushu albo z drugiej strony wyspy, „za górami”. W podróżach łódką pomaga mi Fransis, jeden z wyspiarzy, który jest „kierowcą” łódki. Gdy docieram do jakiejś wspólnoty, kolejność jest taka sama: przygotowanie wszystkiego co potrzebne do liturgii (większość przyniesiona ze sobą), potem spowiedź i dopiero jak wszyscy chętni są wyspowiadani, zaczynamy Mszę św.

Widzę, że starają się przygotowywać do tych liturgii. Zależy im, by było pięknie. Zawsze świeże kwiaty, przygotowany śpiew i czytania. Nie można im się zresztą dziwić, skoro Msza św. i okazja do przyjęcia Pana Jezusa w Komunii św. przypada im raz na miesiąc (gdy nie mają tabernakulum). Grafik mam tak właśnie ustawiony, bym do tych wspólnot dotarł przynajmniej raz w miesiącu.
W I piątek miesiąca po południu mam Adorację Najświętszego Sakramentu w St. Martin’s. Raz na jakiś czas mam Msze św. dla dwóch szkół w St. Martin’s.

Piesze wędrówki to nie spacery po chodnikach czy asfaltowych drogach, to 2 lub 3 godzinne marsze ścieżkami, po deszczach często pełnymi błota. Najtrudniej jest wtedy schodzić po śliskich zboczach. Jako że wyspy są górzyste, więc spływają z nich strumyki różnej wielkości, przez które trzeba po prostu przechodzić, bo nie ma mostków.

Choć nie zawsze bywa łatwo, widzę jednak, jak jestem tu potrzebny jako ksiądz i jak bardzo przydaliby się inni księża do pracy w Papui.

Ks. Sławomir Mainzer, misjonarz w Papui Nowej Gwinei
Zdjęcia Autora