Pan Bóg czuwa Drukuj Poleć znajomemu
Jesteśmy zgromadzeniem kontemplacyjno-apostolskim. Jako Karmelitanki Dzieciątka Jezus zgromadzenie zostało założone w 1921 r. w Polsce przez o. Anzelma od św. Andrzeja Corsini (Macieja Gądkę) oraz matkę Teresę od św. Józefa (Janinę Kierocińską) w Sosnowcu.

Ojciec Założyciel był zauroczony św. Teresą od Dzieciątka Jezus, jej charyzmatem dziecięctwa Bożego, tym co ono prezentuje, a więc prostotą, bezpośredniością i zaufaniem Bogu. Chciał utworzyć zgromadzenie, które łączyłoby duchowość karmelitańską z czynnym apostolstwem.

Nasza Matka chciała być siostrą zakonną, ale jej ojciec nie chciał się zgodzić, żeby jego córka była zakonnicą. Próbowała wstąpić do bernardynek, ale jej odmawiano, bo ojciec się nie zgadzał. Dopiero po jego śmierci jej mama się zgodziła. Była w tym czasie w Krakowie i o. Antoni powiedział jej o swoich zamiarach. Zgodziła się i złożyła śluby w Krakowie. Tego samego dnia pojechała do Zagłębia.

Na początku nie miało to być zgromadzenie misyjne, raczej miałyśm...
... pojechać na wschód, ale wtedy było to niemożliwe.

W 1972 r. Ojcowie Karmelici wyjechali do Afryki. Kiedy znaleźli się w Burundi, w Musongati, widzieli potrzebę zajęcia się biednymi, chorymi. Zaproponowali naszemu zgromadzeniu podjęcie pracy w tym regionie. Ówczesne władze zgodziły się i w 1973 r. nasze siostry wyjechały do Musongati. Tak zaczęło się misyjne życie naszego zgromadzenia.

Kiedy prezydent Burundi wyrzucał misjonarzy, część naszych sióstr pozostała. Te, które zostały wyrzucone, nie chciały wracać do Polski i pojechały do Rwandy, gdzie również byli karmelici, a także pallotyni i pallotynki. Powstała wspólnota w Rwandzie, działająca do dzisiaj. Kiedy w Burundi uspokoiło się, część sióstr powróciła. Obecnie we wspólnocie jest wiele Afrykanek. Mamy sporo miejscowych powołań i powoli siostry się wycofują. To jest słuszne, bo nie jesteśmy po to, by być tam cały czas, ale żeby pomóc, stworzyć coś, a potem stopniowo się wycofać, żeby Kościół lokalny funkcjonował samodzielnie.
Pozostałyśmy w Afryce – jesteśmy w Rwandzie, Burundi i od 10 lat w Kamerunie.

Pan Bóg tak mną pokierował, że miałam szczęście tam być i tam pracować. Nie wiem, czy im pomogłam, ale oni w pewnym sensie pomogli mnie. Bo będąc tam, człowiek sam zaczyna się otwierać. Uczy się akceptować i przyjmować każdy dzień takim, jaki on jest. Pan Bóg tak działa, że człowiek sam jest zadziwiony do czego jest zdolny. Daje nam różne talenty, nawet na dany moment. Choć nigdy nie widziałam się w pracy misyjnej, Pan Bóg pokazał mi, że właśnie na misjach jestem do czegoś potrzebna. Robiłam wiele rzeczy, o których nigdy bym nie pomyślała, że potrafię, a jednak dawałam radę, jak np. z tymi budowami, zaczynając od komórki dla kóz, przez budowę szkoły aż po dom formacyjny. Oczywiście pomagali mi ludzie, którzy się na tym znali. Człowiek postawiony w określonych sytuacjach potrafi się zdobyć nawet na szaleństwo, takie wariactwo z błogosławieństwem Pana Boga. O tym się nie myśli, po prostu robi się to, co potrzeba w danej chwili.

Kiedyś siostra powiedziała, że trzeba rodzącą kobietę zawieźć do szpitala w Musongati. Poprosiłam, żeby mi dala jakąś pielęgniarkę, bo nie mam pojęcia, jak odebrać poród. Kiedy przejechałyśmy jakieś 15 km do drogi asfaltowej, usłyszałam, jak pielęgniarka woła: „Mama, stój”. To staję. Okazało się, kobieta urodziła w samochodzie. Wróciłyśmy. Siostry dziecko ochrzciły, bo nie było wiadomo, czy przeżyje.

W Burundi ciemno się robi ok. 16.00-17.00. W tym czasie trwały zamieszki wojenne, nie było bezpiecznie, zwłaszcza nocą, ale nie myślałam o tym. Któregoś dnia o godzinie 19.00 siostra ze szpitala przyszła do mnie i powiedziała, że trzeba chorą kobietę zawieźć do szpitala w Musongati, a ponieważ ja mam tam jechać następnego dnia, to może pojechałabym dzisiaj, zawiozła chorą do szpitala, przenocowała na miejscu i rano pozałatwiałabym swoje sprawy. Zupełnie nie zastanawiając się nad możliwymi konsekwencjami, odpowiedziałam: „No dobra. Poczekajcie, tylko się przebiorę”. Przebrałam się, kobietę ułożono w samochodzie i pojechałam.
Ciemno, nie ma żywego ducha; w środku drogi pomyślałam: „a gdyby na środku drogi leżało drzewo, to co mam robić?”. Wtedy uświadomiłam sobie, że jestem sama. Przyśpieszyłam trochę. Dojechałam. Kobietę zostawiłam w szpitalu i pojechałam do biskupstwa, a tam biskup pyta: „Gdzie jest druga siostra? Sama przyjechałaś? O tej porze?”. Zawsze się denerwował, kiedy widział, że sama jeżdżę. W końcu jako biskup był za nas odpowiedzialny, ale wcześniej mi to do głowy nie przyszło. Nie zastanawiałam się, czy jest bezpiecznie. Trzeba – jadę. Bywało, że słychać było strzały, ale jak nie za blisko drogi...

Kiedyś na siłę wsadzili mi do samochodu wojskowego i powiedzieli, że to dla mojej obrony. Trzymał karabin skierowany w moim kierunku. Powiedziałam: „Weź ten karabin, bo jeszcze na mnie wystrzeli. A jakby na nas napadli to ci i tak nie pomoże – najpierw zabiją ciebie, potem mnie. Lepiej schowaj go na dół”. Okazało się, że nie jechał dla mojego bezpieczeństwa, tylko chciał, żeby go podwieźć.

Innym razem pojechałyśmy z drugą siostrą zrobić zakupy. Kiedy skończyłyśmy, powiedziałam: „Powinnyśmy wprawdzie jechać do domu, ale ciągle się spieszymy i dawno nie byłam w więzieniu. Jedźmy do nich”. Poszłyśmy też do mieszkających w pobliżu znajomych księży, prowadzących niewielki hotelik. Kiedy dowiedzieli się o naszej zmianie planów, powiedzieli, że dobrze się stało, że nie pojechałyśmy, bo na drodze była strzelanina. Zapytałam, o której to było godzinie – gdybyśmy jechały zgodnie z pierwotnym zamiarem, w tym czasie byłybyśmy w tym miejscu. Jakie to było opatrznościowe! Tam zginęły 2 osoby.

Pewnego dnia odwoziłam siostry na lotnisko. Nagle pojawiło się mnóstwo samochodów wojskowych. Nie wiedziałyśmy, co się dzieje. Siostry mówiły, żeby jechać za nimi. To zakręciłam, ale w pewnym momencie pomyślałam: dokąd my za nimi jedziemy? Widać było barierę, a koło niej kilka samochodów takiego typu jak nasz. Zjechałam i poszłyśmy pytać co się stało. Okazało się, że był zamach stanu i jakieś jednostki wyszły. Zabierali w Bujumbure samochody. Jak im zabrakło kierowców, to z kierowcami i uciekali do lasu. Opatrznościowo stanęłyśmy. Kiedy można było jechać, wszyscy uprzejmie mówili: „To niech siostrzyczki pierwsze jadą”. Pojechałyśmy. Takich momentów, że wszyscy się bali i ustępowali miejsca siostrom było kilka, ale Opatrzność Boża czuwała nam nami.

W Wielki Czwartek przyjechał do nas jeden ksiądz ze zgromadzenia Ojców Białych. Trzeba było go odwieźć. Kilkakrotnie wyjeżdżaliśmy, ale za każdym razem mówili nam, że nie możemy jechać, bo strzelanina. Został na noc. Następnego dnia – to samo. Zaproponowałam, że pojedziemy okrężną drogą, przez Musongati. Podjechałam do bariery i zapytałam, czy będę mogła wrócić. Powiedzieli, że nie. To powiedziałam: „Bierzcie ojca i odwieźcie go”. Nie chcieli, ale kazali jechać. Pojechałam.

W drodze powrotnej miałam odebrać chłopca ze szpitala. Pocięto go maczetą. Był sierotą, ale w szpitalu był z nim wujek. Można go już było zabrać i leczyć dalej u nas. Dojechałam z nimi do bariery z obawą, czy mi ich nie zabiorą. To było w Wielki Piątek. Pytam żołnierzy, czy mogę jechać prosto, bo naokoło nie zdążę na liturgię słowa. „Możesz bez problemu. Nic ci się nie stanie”. Jadę. Jeden zakręt, drugi... bezpiecznie, ale za kolejnym – pełno ich. Myślę: „Wracać się nie da, bo są też z tyłu. Zatrzymać się nie mogę, bo mi tych ludzi wyciągną. Trąbić się boję, bo jeszcze się wkurzą. Też się bałam: „Święty Józefie, pomóż! Zrób coś!”. Troszkę zwolniłam, ale oni mi się odsuwali, jeden drugiego ciągnął, żeby mi drogę zrobić.
Ostatni coś krzyczał, ale nie wiem co.
Dojechałam i od razu poszłam do kościoła. Dopiero wtedy mi się nogi zaczęły trząść, dopiero wtedy sobie ze wszystkiego zdałam sprawę.
Najbardziej się bałam, że mi tych ludzi wyciągną. Wiele było sytuacji, że mogłoby nas już nie być, ale Pan Bóg czuwa. To był czas wojny.

Zawsze było zagrożenie. Miałyśmy naszykowane jakieś drobne pieniądze, stare komórki itp., gdyby ktoś napadł.
Dopiero po pewnym czasie w Polsce dotarło do mnie, że ja mogę spokojnie spać, bez obawy, że ktoś na mnie napadnie.
Byłam tam tyle lat, była budowa, przechodzili rebelianci, nigdy nikt nie przyszedł. Wyjechałam i dopiero ktoś przyszedł. Była ta szkoła, teren otwarty. Wszędzie można było wejść. Mieszkali tam też pracownicy, to oni pilnowali.
Pan Bóg czuwał.

Kiedy wjeżdżałam do Gakome, było pełno żołnierzy. Podszedł do mnie komendant i powiedział, że ich tu przysłali na wypoczynek. Akurat! Zamknęli nam dom, że nikt nie mógł do nas dojechać. Kazałam im się nie kręcić, żeby ludzi nie straszyli i otworzyć drogę. Komendant kazał drogę otworzyć. Po miesiącu poszli dalej. Na szczęście nic nikomu nie zrobili. Ale można się było ich wystraszyć.

Kiedyś, po skończonej strzelaninie, chciałam jechać, ale stanął przede mną ksiądz i powiedział, że nigdzie nie pojadę, że zabili Ginę – to była siostra, Włoszka. Mówię, jak to, przecież się z nią przedwczoraj widziałam. Dzisiaj rano. Oczywiście nie uwierzyłam. Pojechałam do seminarium – 160 chłopa, a nikogo nie widać. Cicho. Pozamykane. Pojechałam do biskupstwa i tam zapytałam. Potwierdzili. Siostry jechały na celebrację słowa Bożego i Gina dostała kulkę w głowę. Ktoś celował specjalnie do niej. Pozostałym 4 siostrom nic się nie stało. Gina była bardzo odważna, każdemu mówiła, co uważała. Myślę, że wiedziała coś o żołnierzach i dlatego zginęła. Bo to nie rebelianci, jak mówiono, ją zabili. Miała 51 lat, była pełna zapału... Była tam kilkanaście lat, wiele dobrego zrobiła i była lubiana. Komuś jednak się nie podobała i w jednej sekundzie odebrał jej życie.
Zapytałam, czy im czegoś potrzeba. Powiedzieli, żebym została, że się przydam.
Było nas z 10 osób.
Musiałyśmy ją przygotować, żeby jej współsiostrom oszczędzić tego widoku.
Tydzień wcześniej zginął brat, Włoch, który pojechał do swojej wspólnoty. Na co dzień mieszkał z Afrykańczykami i też nikt nie wie, dlaczego zginął.

A 3 lata później zginął nuncjusz apostolski. Człowiek, z którym byliśmy w bliskich kontaktach. Człowiek oddany sprawie Burundi, sprawie pokoju. Za 2 t-godnie miał wyjechać z Burundi. Bali się, że za dużo może powiedzieć, bo wiedział o wszystkim. Ktoś zrobił to z premedytacją. Kiedy żołnierze chcieli go włożyć do trumny, kazałam im wyjść. Pomyślałam: „Zabiliście go, a teraz chcecie go kłaść do trumny?”. Zrobił się wyjątkowo lekki i wcale nie było nam go ciężko włożyć.
To był bardzo dobry człowiek. Zginął, bo za dużo wiedział.

Bardzo trudne były takie odejścia osób bliskich, które znałam, które poświęciły się dla innych. Ludzi oddanych sprawie Bożej.

S. Felicjana Topolska, Karmelitanka Dzieciątka Jezus
Zdjęcia Autorki