Strona główna arrow Nr 69 (4/2014) arrow Bóg ponad wszystko
Bóg ponad wszystko Drukuj Poleć znajomemu
Bardzo chciałbym napisać tu historię pełną fajerwerków i doświadczeń ocierających się o mistycyzm. Niestety, nic z tych rzeczy. Moje powołanie to długi i żmudny proces, który wciąż trwa. Co ciekawe, odkąd moje myśli zaczęły płynąć dojrzałym nurtem – marzyłem o rodzinie.

Realizacji tego marzenia poświęciłem się bez reszty, wszystkie elementy mojego życia układając pod wizję mojej przyszłej wymarzonej, silnej Bogiem rodziny. Rozpocząłem od postawienia fundamentu jaki wmawia nam ten świat, w postaci bezpieczeństwa materialnego mojej przyszłej rodziny. Moje zamiłowanie do rynków finansowych sprawiło, że trafiłem do świata wielkich pieniędzy i szybkiego, korporacyjnego życia, co było gwarantem pełnej finansowej niezależności.

Działo się to wszystko w czasie, gdy intensywnie poznawałem nie tylko siebie, ale przede wszystkim żywego Boga. Wiązało się to z sakramentem bierzmowania, który przyjąłem świadomie jako dorosły człowiek. Do dziś...
... rezygnację z przyjęcia tegoż sakramentu w moim roczniku uważam za najlepszą decyzję w moim życiu. Nie zdecydowałem się wówczas przyjąć tak wielkich darów, gdyż byłem na nie zupełnie nieprzygotowany. Przyjąłem je wtedy, gdy w pełni zdawałem sobie sprawę z tego, co ten kolejny krok w mojej inicjacji chrześcijańskiej znaczy. Pamiętam, że wychodziłem z katedry dumny, ale i lekko przestraszony, z myślą: „O rany! To teraz i ja muszę dawać innym świadectwo mojej wiary”.

Aby sprostać temu wyzwaniu, które traktowałem jako moją osobistą obietnicę, poszukiwałem ludzi którzy myślą podobnie jak ja, którzy są świadomi, że wezwania Jezusa do miłości bliźniego nie da się lepiej realizować, niż poprzez dzielenie się z drugim człowiekiem tym, co mamy najcenniejszego: naszą wiarą, Jezusem, naszym wzorem Miłości doskonałej. Angażowałem się wtedy osobiście i finansowo w rozmaite akcje krzewienia wiary i naszej ludzkiej solidarności opartej na Jezusowej definicji przyjaźni. Spotykałem na swej drodze pięknych ludzi. Wielu z nich zostało moimi przyjaciółmi, a są też i tacy, których traktowałem z iście braterską miłością, w których dostrzegłem tyle dobra, że nawet teraz na ich wspomnienie uśmiech jakoś sam pojawia się na twarzy. Owoce tych spotkań i przedsięwzięć sprawiały mi olbrzymią satysfakcję. Stokroć większą niż kolejna dobra transakcja na rynku czy wizyta w najlepszej restauracji i markowych sklepach.

Zacząłem dostrzegać, jak będąc każdego dnia otoczony przez monitory z wykresami i najświeższymi danymi finansowymi gubię w życiu coś ważnego, że goniąc za tym, czego ten świat ode mnie wymaga, tracę to, co jest dla mnie naprawdę ważne. Codzienna Eucharystia w tym czasie była dla mnie takim momentem w ciągu dnia, który nadawał sens wszystkiemu. Wtedy czułem autentyczną radość i świadomość, że jestem na właściwym miejscu, że tu dotykam tego, co jest dla mnie najważniejsze. Działalności apostolskiej było mi wciąż mało, tak samo jak chwil, w których mogłem zwrócić się ku temu, co najważniejsze.

Marzenie o rodzinie wciąż było we mnie żywe i wciąż wiązałem z nim swoją przyszłość. Jednak Pan Bóg pokazał mi wtedy, że nawet oddając siebie drugiej osobie, sprawiając, że „Ty jest ważniejsze niż ja”, dążąc tym samym do ewangelicznego ideału miłości, nie zbliżymy się do niego tylko w oparciu o drugiego człowieka. Ludzka natura jest bowiem chwiejna, a nasze żądze i przywary potrafią wypaczyć najszlachetniejsze intencje.

Widząc w Bogu jedyny fundament czystej radości, zacząłem dostrzegać również inne drogi do świętości, do której wszyscy jesteśmy powołani. Przestałem wreszcie skupiać się na tym, czego ja chcę i czego ludzie chcą ode mnie, uświadamiając sobie, że z moją ludzką naturą i głupotą z niej płynącą, sam tego nie wiem, a jedynie w Słowie Bożym będę mógł odnaleźć odpowiedź na wszystkie ludzkie pragnienia. Dziś wiem, że moim marzeniem nigdy nie była rodzina, że za nią zawsze kryło się marzenie o zbawieniu. Znam siebie – wiem też, że z Bożą pomocą byłbym świetnym mężem i ojcem. Wiem również, że stokroć większy owoc będę mógł dać jako kapłan, działając na jeszcze większą chwałę Bożą. Być może to droga trudniejsza, bardziej wymagająca, ale jeśli mogę w niej jeszcze pełniej zbliżać się do Miłości doskonałej – to chcę nią pójść!

Wybór Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego nie był taki oczywisty. Byłem bowiem związany z ludźmi reprezentującymi franciszkańską radość i to franciszkanie wydawali się moim naturalnym wyborem. Jednak widząc w wizji apostolstwa Wincentego Pallottiego moje własne pomysły – wybór mógł być tylko jeden. Patrząc na moje życie z perspektywy czasu, widzę jak bardzo uciekałem wcześniej przed tym zadaniem i jak często Bóg upominał się o mnie właśnie na tym polu. Głęboko wierzę, że dane mi będzie krzewić wiarę zgodnie z pallotyńską ideą i że dzięki temu nie tylko jedna rodzina, ale ich niezliczona ilość będzie mogła żyć i wzrastać w katolickim duchu.

Nie wiem, Szanowny Czytelniku, czy sięgnąłeś do tego tekstu, bo rozważasz swoje powołanie, czy kroczysz już tą drogą do świętości, czy też wybrałeś zupełnie inną trasę do nieba. Wiem za to, że cokolwiek robisz – musisz szukać w tym Jezusa Chrystusa, bo to jedyny pewnik w naszym powołaniu do świętości.

Postulant Paweł Appelt

Prowincjalny Ośrodek Duszpasterstwa Powołań
Prowincji Zwiastowania Pańskiego
ul. Kordeckiego 49, 42-226 Częstochowa
tel. kom. 697 834 513, stacjonarny: 34 365 66 68
e-mail: Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.powolania.pl
facebook.com/powolanie