Strona główna arrow Rok 2003 arrow Nr 23 (2/2003) arrow Niech będzie Bóg uwielbiony
Niech będzie Bóg uwielbiony Drukuj Poleć znajomemu

Przyznam szczerze, że pisanie świadectwa o mojej drodze do wiary i doświadczeniu Bożej miłości jest dla mnie rzeczą ogromnie trudną, ponieważ jest to wielka tajemnica serca. Jednak spróbuję.

Pochodzę z Białorusi – moja rodzinna miejscowość znajduje się 120 km od Grodna. Pamiętam z mojego dzieciństwa czasy, kiedy zabraniano nam chodzić do kościoła, wieszać obrazy na ścianach. Mieliśmy w domu jeden obraz, przedstawiający Matkę Bożą. Kiedy przychodził do domu ktoś obcy, jako dziecko byłam nauczona, aby go zdjąć i schować. Wiarę przekazali mi rodzice; mama nauczyła mnie pacierza. Najbliższy kościół znajdował się 60 km od nas – była to ostra Brama w Wilnie. Jeździliśmy tam 1-2 razy do roku.
Już od wczesnych lat dzieciństwa odczuwałam głęboką potrzebę Boga, chociaż tak naprawdę Go nie znałam. Modliłam się po polsku, ponieważ tylko w tym języku przetrwała wiara w krajach byłego Związku Radzieckiego. Nie rozumiałam wtedy ani słowa i bardzo chciałam nauczyć się języka polskiego, aby „Pan Bóg mnie rozumiał”. W przedszkolu, a później i w szkole...

...nie rozmawiałyśmy z koleżankami o Bogu, chociaż widziałyśmy się w kościele. Każdy wiedział, że był to temat zakazany.

Kiedy byłam jeszcze bardzo mała zdarzały się nawet zabawne historie w moim poszukiwaniu Boga. Pewnego razu w przedszkolu, w łazience, usłyszałam jak koleżanka mówiła drugiej na ucho, że dzisiaj nie trzeba się modlić, bo Matka Boża pojechała do Wilna i zabrała ze sobą Jezusa. Bardzo to przeżyłam i zaraz po przyjściu do domu zapytałam mamę, jak to jest naprawdę. Usłyszałam odpowiedź, że Pan Bóg jest wszędzie. Uwierzyłam - i od tego momentu zawsze czułam, że jest ze mną: siadałam tylko na połowę krzesła, by usiadł ze mną, gdy szłam spać zostawiałam mu połowę mojej kołdry, by miał się czym przykryć.
To nie ja, to On już wtedy dawał mi siebie, zapraszał do intymnej więzi z Nim, a ja tak naprawdę Go jeszcze nie znałam. Dał się poznać Sam i to przez cierpienie.

Tata pił, mama ciężko i długo pracowała. Brakowało mi ich obecności. Często, przychodząc ze szkoły, nie miałam z kim porozmawiać. Nieraz płakałam i z potrzeby serca wylewałam swój ból przed misiem – moją ulubioną zabawką. Kiedyś w głębi duszy usłyszałam słowa: „Dlaczego tego nie oddasz Mnie? Przecież Ja wszystko wiem!”. Były to słowa Jezusa. Nie musiałam czytać pobożnych książek – w taki sposób On Sam nauczył mnie rozmowy z nim.

Do I Komunii św. przystąpiłam dopiero w VII klasie i to po kryjomu, na Litwie. Jako prezent otrzymałam stary, rozpadający się różaniec, który przez kilka lat służył do modlitwy w naszej rodzinie. Teraz był mój, a ja czułam smutek, bo chciałam mieć nowy. Wtedy Jezus dał mi poznać, że nie sam różaniec stanowi wartość, lecz moja modlitwa. Ta Jego obecność stała się dla mnie największym prezentem!

To były widoczne ślady Boga w moim życiu. W ten sposób On ukazał, że dla Niego nie ma granic, zakazów. Tam, gdzie niemożliwe było poznanie Go przez zdobywanie wiedzy, On znalazł sposób, by dotrzeć do serca!
Jezus mnie szukał… A ja zaczęłam uciekać, bałam się Jego Miłości, bałam się cierpienia. Lecz ja wtedy czułam, że On chce mnie mieć całą dla siebie. Nie rozumiałam w jaki sposób mam Mu się oddać. O istnieniu sióstr zakonnych dowiedziałam się z dzienniczka siostry Faustyny, pierwszej religijnej książki, która wpadła mi w ręce.
Jezus zapraszał mnie do całkowitego pójścia za Jego głosem. Nie mogłam Mu się oprzeć. Poszłam w wielką niewiadomą, zaufałam. Dawał mi wiele znaków, potwierdzających autentyczność powołania. Przedstawię tylko jeden z nich.

Wiele chorowałam i często przebywałam w szpitalu. Tamtego roku czułam się w miarę dobrze, cieszyłam się i myślałam, że szpital mi nie grozi w najbliższym czasie. Raz, podczas modlitwy, pomyślałam, że wkrótce znajdę się w szpitalu i że będzie to znak, że Bóg naprawdę mnie wzywa.
Szybko zapomniałam o tym, ponieważ nie wierzyłam do końca i nie prosiłam o żadne znaki. To Bóg sam troszczył się o to, by mnie pozyskać dla siebie. I tak się stało – znalazłam się w szpitalu, cierpiałam podwójnie, ponieważ był to czas Wielkiego Tygodnia i Świąt Wielkanocnych. Mimo tego, że pragnęłam razem z bliskimi przeżywać ten czas w domu, w głębi duszy czułam głęboki pokój i szczęście, że Bóg sam przynagla mnie do wypełnienia Jego woli.

Cierpienie jest wielką tajemnicą Bożej Miłości, jest łaską!
Po moim wstąpieniu do Sióstr Pallotynek Bóg nie oszczędził mi cierpienia. Wiem jak smakuje ból. Przeżyłam czas, kiedy nie mogłam chodzić w habicie z powodu trudnej sytuacji politycznej. Znów trzeba było się ukrywać, żyć w ciągłej niepewności. Oprócz tego spotkało mnie wiele doświadczeń, które są tajemnicą między mną a Bogiem.
Jestem wdzięczna Bogu za Jego prowadzenie mnie do światła wiary. Jestem dumna z Jego miłości! Jestem szczęśliwa, bo znalazłam skarb – poznałam tajemnicę krzyża, dotknęłam sercem Jego Samego!
Życzę wszystkim, którzy jeszcze tęsknią za spotkaniem z Prawdziwym Bogiem odwagi, zaufania i spotkania się z bólem.

s. Natalia, pallotynka
Zdjęcia z archiwum s. Natalii