Strona główna arrow Nr 68 (3/2014) arrow W objęciach wiatrów
W objęciach wiatrów Drukuj Poleć znajomemu
Od pokoleń wiatr był siłą służącą człowiekowi na różne sposoby i w różnym stopniu. Człowiek nauczył się wykorzystywać tę jego, jednak często nieobliczalną, siłę do zaspokojenia życiowych potrzeb.

Poczynając od wiatrem napędzanych współczesnych urządzeń prądotwórczych, poprzez wcześniejsze pompy wodne i wiatraki młynarskie, a nawet zabawki, skończywszy na żegludze. Nie licząc galer, na których zgasło wiele nieszczęsnych żywotów i istnień ludzkich, a które i tak nie starały się – i słusznie – pokonywać oceanów, to długa karta historii odkrywania nowych lądów i kontynentów należy do żaglowców wykorzystujących ten niewidzialny żywioł, spełniając marzenia. Miotał on marzycieli i śmiałków na falach mórz po wszystkich zakątkach świata; przy czym bilans sukcesów, porażek i strat pozostaje osobną kartą historii.

I choć dziś rozwiązano zagadkę jego powstawania i funkcjonowania; nauczono się go określać, a nawet przewidywać, to i tak nadal ludzkość nie potrafi nad nim panować – choć bardzo tego pragnie.

Wiejąc delikatnie, przynosi ulgę w spiekocie dnia; wychodząc nieco poza ramy „przyjemniaczka”, zaczyna napawać niektórych obawami, a innym wróży...
... wspaniałe wakacje pod żaglami. Mniej ciekawie zaczyna się dziać, gdy wiatromierz zaczyna wznosić się na wyżyny swej skali. Huragany, tajfuny, szkwały i orkany niejednokrotnie pokazywały, co potrafią, bezpardonowo biorąc udział w twórczo-niszczycielskim dziele natury na powierzchni naszej planety. A przecież i tak nie powiedziały one jeszcze ostatniego słowa o swoich możliwościach, bo od czasu do czasu słyszy się, że tu czy tam zanotowano nową, największą znaną do tej pory jego siłę.

Na równiku i w jego dość bliskich okolicach huragany i cyklony jako takie nie występują, ale sztormy nie ustępujące im w sile nie są żadną rzadkością. Kiedy palmy kokosowe zaczynają wskazywać kierunek wiatru nie tylko swymi liśćmi, ale i pniami gnącymi się pod kątem prostym do poziomu, zaczyna robić się wokoło mniej ciekawie i niewesoło. Morze przestaje nadawać się do podróżowania, a fale już nie bujają przyjaźnie – wcale a wcale. A ci, co mają jeszcze trochę oleju w głowach, spiesznie zabierają swe zadki i manatki tam, gdzie odnajdą bezpieczniejszy zakątek.

Kiedyś jedna taka złośliwa zawieja przechodząc przez tubylczą wieś, wprawiła mnie w osłupienie. Zobaczyłem jak „morota” (rodzaj strzechy gdzie: splecione i zeszyte razem ze sobą w segmenty liście palmy sago układane są, nakładając się na siebie, na wzór gęstej żaluzji; czasem z braku palm sago używa się liści palm kokosowych, ale są one znacznie mniej trwale), poderwana przez silny, porywisty wiatr, nagle najeża się i staje na baczność, na sztorc na dachach domostw. Dach zamiast chronić domowników i ich dobytek od deszczu, nagle otwiera swe podwoje na strugi tropikalnej ulewy, z której może spaść nawet piętnaście do dwudziestu centymetrów w pół godziny. Pozostaje tylko współczuć wszystkim poszkodowanym i modlić się, by szybko przestało padać lub wiać. Nie znaczy to, że dach nie jest odpowiednio zabezpieczany przed taką ewentualnością, ale wszystko ma swą wytrzymałość – zabezpieczenia też.

Parę lat temu, podczas suchej pory, przyszła znienacka potężna wichura, która w swej fantazji i sile zerwała dużą część dachu na kościele na jednej z wysp w mojej parafii. W sumie w ciągu dwóch tygodni swych hulaszczych wyczynów, wschodni, sztormowy wiatr – zwany tu „Ray” – zniósł z kościoła jedno skrzydło dachu, rozdmuchał jak stogi siana dobry tuzin domów mieszkalnych, stojących w bardziej odkrytym terenie, i położył pokotem na wznak większość bananowców rosnących tu w ogrodach na zboczach wulkanicznej góry. Nie wspominając tu drzew, z których niektóre padły, a oporniejsze zostały gołe, bez liści – jak przysłowiowy „święty turecki”. Ogrody i poletka swym wyglądem przypominały pokotem położony las po przejściu przez niego potężnego walca. Wszystko równiutko poukładane w jednym kierunku. Mieszkańcom przyszło zacisnąć nieźle pasa o kolejnych kilka dziurek, bo banany to przecież podstawa wyżywienia, no i, niestety, nie odrastają w ciągu tygodnia. Za to najbliższy sklep jest oddalony o dwieście kilometrów od ich wyspy.

No i jak tu płynąć, gdy na morzu szaleje sztorm?

Takie poniekąd jest morze, a wiatr zawsze wieje i tu, i na wyspach. Do tego każdy jest przyzwyczajony, byle jednak nie za mocno... Ale jak to mawiają: „nie znasz dnia ani godziny”, więc się bój, a jeszcze lepiej strzeż.

Dwa lata względnej ciszy uspokoiły serca i czujność mieszkańców, aż z końcem lutego tego roku znów zrobiło się inaczej niż zwykle. Tym razem potężnie wiejące z zachodu „Taleo” przeczesało wyspy i wybrzeże równo, a dokładnie.

Wyspa Biem jest stosukowo młodym wulkanem, nadal jeszcze nie porośniętym lasem nawet u swej podstawy, a więc nie ma co osłaniać od wiatrów tak pól, jak i ogrodów, znajdujących się tu z powodu niewielkiego obszaru ziemi uprawnej na zboczu góry, niemalże od poziomu morza prawie po sam szczyt. „Taleo” przeczesało całe zbocze góry, ponownie kładąc wszystko pokotem, jak to zrobiło kilka lat wcześniej – tylko, że tym razem w drugą stronę. No i przy okazji znów zwiało liście z ponad połowy drzew.

Na szczęście tym razem pod jego naporem padło tylko kilka budynków mieszkalnych we wsi. Kościół i tym razem stawiał dzielnie opór najeźdźcy, ale znów zebrał niezłe lanie. Jest to dość duża, drewniana konstrukcja, mogąca pomieścić swobodnie około tysiąca osób, a mająca już dobre pięćdziesiąt lat z hakiem. Choć stoi między drzewami, to i tak stawia duży opór na wietrze jak pokaźny żagiel. No cóż tym razem „Taleo” w swym niezaspokojonym apetycie połknęło i schrupało na miazgę prawie całą frontową ścianę, pozostawiając tylko niewielkie jej kawałki w narożnikach. Co bardziej nadwerężoną przez czas deskę wydmuchało w powietrze, przerabiając ją na drzazgi, a pozostawiając na miejscu tylko sterczące, dobrze już podrdzewiałe gwoździe.

Dużo można by tu mówić, ale wiatr, deszcz i sól z morza są tu wszechobecne. Wspomagane przez różnych smakoszy drzewa z termitami na czele nie służą trwałości tej budowli. I choć to dom Boży, i stojący na skale, jednak powoli ulega po kawałku każdej kolejnej nawałnicy.

Szkoda gadać, dużo jeszcze musimy się nauczyć, aby konstruować i budować lekkie i odporne na wiatr, deszcz z solą oraz termity z kornikami, budowle. A tubylcy mają jeszcze przed sobą długą drogę, zanim przywykną do tego, że trzeba dbać i remontować istniejące konstrukcje, gdy psują się w nich drobiazgi, a nie czekać aż się całość zawali, by sobie potem polamentować. Ale to jest znacznie trudniejsze zadanie.

Tegoroczny sezon sztormowy był wyjątkowo długi i niszczycielski. Wiele razy zmuszał wszystkich i mnie wraz z nimi – choć czasami uchodzę wśród tubylców za kamikadze – do pozostania w domu albo też uniemożliwiał powrót do domu. Czasem jedni parafianie musieli poczekać na mnie znacznie dłużej, a inni mieli mnie na znacznie dłużej, niż to było planowane, pozostawiając innym ćwiczenie się w cierpliwości.

Wiatr, mimo bycia przydatnym i wielokrotnie potrzebnym, potrafi też być dużym utrudnieniem i zagrożeniem w życiu. Przy wszystkich swych zaletach i wadach posiada jeszcze jedną cenną funkcję – edukacyjną. Potrafi uczyć cierpliwości i pokory, gdy zmusza do uległości siłom natury i pochylenia głowy przed jej Stwórcą.

Misjonarz