Strona główna arrow Nr 68 (3/2014) arrow List do Apostołów Bożego Miłosierdzia
List do Apostołów Bożego Miłosierdzia Drukuj Poleć znajomemu
Kochani Apostołowie Bożego Miłosierdzia! Obecna pogoda pełna słońca i łagodnego wiatru zachęca do wypraw w góry, czy do parku. Na Górze Miłosierdzia wszystko zachęca do chwalenia Pana. Tak, stworzony przez Boga świat jest bardzo piękny. I tak jak jest piękny, tak głosi wielkość swego Stwórcy.

Na tym świecie żyli i żyją pośród nas święci. Niektórych imiona znamy: np. męczennicy Andrea Kim i jego towarzysze czy Matka Teresa z Kalkuty, św. Wincenty Pallotti albo o. Maksymilian Maria Kolbe. Oni do dzisiaj mają wpływ na nas i na nasze życie.
Pozwólcie, że tym razem podzielę się z Wami, w jaki sposób św. Maksymilian miał wpływ na to, co się dzieje na Górze Miłosierdzia. Choć umarł ok. 70 lat temu, jednak nam pomaga do dziś.

Wszystko zaczęło się 15 lat temu (dokładnie w 1998 roku). Dostałem zaproszenie, by pojechać do Japonii i odwiedzić tam polskich franciszkanów, którzy w 1934 roku razem z o. Maksymilianem opuścili Polskę, by udać się do Japonii. Zakochany w Matce Bożej Maksymilian postanowił zdobyć cały świat dla Maryi. Tak, by każdy poznał Jezusa i razem z Maryją żył Jego słowem.

Wtedy ludzie w Europie myśleli, że świat po tej stronie kuli ziemskiej...
...kończy się zaraz za Japonią, potem są już wielkie wody oceanu i ludzie tam nie żyją czy też nie mają jak żyć w większych skupiskach.
To dlatego św. Maksymilian wybrał się w podróż na koniec świata, by od końca (od najdalszego miejsca) zacząć opowiadać o tym, jak Maryja kochała Boga i jak mamy ją naśladować. Wraz z czterema braćmi wsiedli do pociągu, jechali przez całą Syberię, dotarli do granicy z Koreą, wtedy jeszcze była jedna Korea i przemierzyli ją całą, (m.in. wędrowali przez Gangwon-do, gdzie znajduje się nasza kaplica Bożego Miłosierdzia). Dotarli do Busan, a stamtąd popłynęli statkiem na wyspę Kyushu, docierając do Fukuoki, a potem do Nagasaki.

W czasie moich odwiedzin nasz przewodnik – br. Roman Kwiecień – miał już 84 lata, a w tym 64 lata życia w założonym przez o. Maksymiliana miasteczku poświęconym Maryi, w japońskim Niepokalanowie. W czasie długich rozmów br. Roman opowiadał, jak to się żyło razem z o. Maksymilianem.

Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła, było to, że o. Maksymilian był starannie wykształcony. Miał dwa doktoraty, jeden z teologii, drugi z filozofii. Wydawać by się mogło, że nie trzeba aż tyle się uczyć. Jednak o. Maksymilian, idąc za Bożym natchnieniem i wolą przełożonych, dużo studiował. Pan Bóg miał w tym swój plan...

Kiedy franciszkanie przyjechali do Nagasaki, udali się z prośbą o pozwolenie na założenie domu zakonnego do ówczesnego arcybiskupa. Ten, na wieść, że o. Kolbe jest dobrze wykształcony, wyraził zgodę pod warunkiem, że Maksymilian podejmie pracę jako profesor w seminarium, które potrzebowało pilnie wykładowców. Potem jeszcze zapytał, co franciszkanie zamierzają w diecezji robić i jak usłyszał, że chcą wydawać „Rycerza Niepokalanej”, nie znając ani troszkę języka japońskiego – wybuchnął głośnym śmiechem.

Jakież było jego zdziwienie, kiedy miesiąc później bracia franciszkanie wręczyli mu pierwszy wydrukowany po japońsku numer miesięcznika...

Maksymilian miał bardzo praktyczny zmysł. Kiedy bracia budowali budynki na maszyny drukarskie, podpowiadał, by budować je z bali drewnianych zamiast z trwalszej cegły. Powód był prosty: kiedy przyjdzie czas na rozbudowę, bali z rozbiórki będzie można użyć jeszcze raz i nie będzie szkoda drewnianych budynków burzyć – tłumaczył.

Był to okres powojenny. W kraju panowała wielka bieda. Bracia wybudowali drukarnię, ale nie mając gdzie mieszkać, w nocy udawali się na poddasze (dosłownie!) i tam spali. Dachy nie były szczelne, przez dziury wiatr nawiewał zimą śnieg. Na czas spania wszelkie nieporozumienia odchodziły na bok, bo często trzeba było spać przytulonym do siebie plecami, aby przeżyć do rana i nie zamarznąć. Zwierzęta na zewnątrz robiły to samo.

Inną rzeczą, której nigdy wcześniej nie słyszałem, było to, że o. Maksymilianie miał jedno płuco. Musiał być kiedyś bardzo chory. Kiedy bracia na rekreacji opowiadali śmieszne historie, to czasami Maksymilian prosił ich, by więcej nie opowiadali, bo nie nadążał nabierać powietrza jednym płucem i siedząc skulony zwyczajnie się dusił. Panowała braterska atmosfera, pomimo niedostatków zewnętrznych i wewnętrznych (tych wypływających z ludzkiego wnętrza).

Słuchając tych opowieści, zapytałem br. Romana: Romku, a skąd braliście pieniądze na drukowanie? – tutaj posłuchajcie uważnie, bo w tym miejscu zaczyna się owy bezpośredni wpływ życia Świętego Maksymiliana na nasze apostołowanie na Górze Miłosierdzia.
Ano, jak nie mieliśmy na farbę drukarską to... kupowaliśmy ją za pieniądze, za które mieliśmy kupić jedzenie – powiedział Romek.
Zastygłem wzruszony, słuchając tego, o czym opowiadał franciszkanin. A w tym samym czasie Pan Bóg wlewał w serce światło łaski zrozumienia. Pojąłem, na czym polegała główna różnica w ich podejściu do wiary, do apostołowania, do życia. Oni wszystko mieli od Maryi i dla Maryi. To dlatego jak brakowało na druk Słowa, brali z pieniędzy na jedzenie, bo przecież nie można nie głosić Słowa...

Jak często my myślimy inaczej: trzeba apostołować. Zatem trzeba zorganizować fundusze na apostolstwo. Jeśli fundusze są, dopiero wówczas zaczynamy. A jeszcze lepiej by było, gdyby nasze apostołowanie przynosiło zyski, by móc w przyszłości apostołować więcej. I niechcący stajemy w tym samym szeregu z ludźmi, którzy najpierw... troszczą się o mamonę.

Kochani, ja nie chciałbym tutaj nikogo krytykować. Nie to jest moją intencją. Jedynie chciałbym, dzieląc się „japońskim” doświadczeniem Maksymilianowego życia, pokazać co się u nas wtedy zmieniło.

Owo światło w sercu pozostało. Wróciłem po czterech dniach do Korei i postanowiłem robić tak samo. Mimo braku specjalnych talentów do wydawania pisma – dwa dni później wyszedł pierwszy egzemplarz „Apostoła Miłosierdzia”. Miał on „aż” pół strony, mieścił się na kartce A4. Nakład wynosił cztery egzemplarze. Tylko dla tych, którzy go chcieli. Do tej pory obowiązują zasady, które poznałem pośród 4 żyjących wówczas polskich franciszkanów, którzy razem z Maksymilianem postanowili zdobyć cały świat dla Maryi: Wszystko, co mamy teraz, powinno iść na służbę apostolstwa.

W Korei miesięcznik jest wysyłany za darmo i tylko do tych, którzy o niego poproszą. Wiadomość rozchodzi się z ust do ust. Nie prowadzimy żadnych reklam w stylu „rozprowadzajcie „Apostoła”. Obecny nakład wynosi ok. 4500 egzemplarzy. Jest wysyłany do dziewięciu krajów. Czasami jest on wydany ciekawie, czasami całkiem nie. Często bywa spóźniony. Pan Bóg posyła różnych współpracowników, by pisemko nadal wychodziło. Był okres, że miało ponad sto stron i było jednym z dwóch najlepszych pism religijnych w kraju (według opinii jednego biskupa z Seulu). W którymś momencie 24 więzienia (na 28 w całej Korei wtedy) poprosiły o przysyłanie pisemka do niektórych więźniów. Bywa, że bracia „za kratkami” ze swoich niewielkich oszczędności kupują za wszystko znaczki pocztowe i w ten sposób troszczą się o wysyłanie miesięcznika do innych...
Tak, święci są pośród nas, żyją gdzieś blisko, obok i zmieniają nasze życie.

W tym miejscu chciałbym bardzo serdecznie podziękować tym wszystkim, którzy dzielnie pomagają przy wydawaniu „Apostoła Miłosierdzia”. Tym, którzy piszą swoje refleksje, tym, którzy sprawdzają, czy nie ma w nim za wiele błędów. Tym, którzy przyjeżdżają od lat, by zapakować wszystko do kopert i posortować tak, by poczta nie miała już żadnej roboty (wiąże się to ze zniżką wysyłkową 50%). Jak również tym, którzy cierpliwie przysyłają swoje nowe adresy, bo się przeprowadzili, bądź tym, którzy sprawdzają poprawność tych adresów i wprowadzają do komputera. Bóg Wam zapłać.
W tym miejscu również proszę Was wszystkich: módlmy się, by Boże błogosławieństwo zawsze towarzyszyło naszemu miesięcznikowi, by najpierw było dziełem Bożym, a nie ludzkim.

Serdecznie pozdrawiam Was z Góry Miłosierdzia i błogosławię.
Z pamięcią w modlitwie w sanktuarium Bożego Miłosierdzia

Ks. Paweł Zawadzki SAC, misjonarz w Korei Południowej
Zdjęcia Autora