Strona główna arrow Nr 68 (3/2014) arrow O ŚWIEŻYM CHLEBKU Z AFRYKAŃSKIEGO BUSZU
O ŚWIEŻYM CHLEBKU Z AFRYKAŃSKIEGO BUSZU Drukuj Poleć znajomemu
Kolejna misyjna podróż do miejscowości Esseng położonej w przepastnym buszu, gdzie nie ma prądu, droga w porze deszczowej nieprzejezdna. W tym miejscu na końcu świata (takich miejsc w naszej Diecezji Doumé Abong-Mbang jest wiele) żyją ludzie, którzy pracują na swoich polach, dzieci chodzą do szkoły i przedszkola, które prowadzone jest przez Siostry od Aniołów.

Z wizytacją do tychże placówek edukacyjnych przyjechałam z ekipą, która w diecezji ma pieczę nad wszystkimi szkołami, znajdującymi się na jej terenie. Nie będę jednak pisać o szkole... Na każdym miejscu można coś ciekawego zobaczyć, czegoś nowego nauczyć się i poznać ludzi z pasją! Na śniadanie siostry zaserwowały nam świeże, małe chlebki prosto z pieca! Nie przypominały one chleba kupowanego przez misjonarzy w stolicy kraju Yaounde czy z najbliższego miasta Bertoua, gdzie znajdują się piekarnie. Na wschodzie Kamerunu zakupiony chleb wkładamy do zamrażarki, jeśli się ją ma, i wyjmujemy, kiedy jest nam potrzebny. Inni bardziej pracowici i z talentem piekarskim – pieką chleb sami.

Okazało się, że w Essengu w środku tropikalnego lasu jest piekarnia...
... i kolejny raz uśmiechnęło się do mnie szczęście, bo trafiłam na dzień wypieku chleba. Muszę dodać, że nie jest on pieczony regularnie, więc naprawdę miałam szczęście!

Każdy ma swoją historię...
Piekarnia i piekarz z afrykańskiego buszu także. Pan Assinga Bonaventura, właściciel piekarni, był świadkiem nowo powstającej misji, którą założyli w Essengu księża spirytyni w 1953 roku. Młody Bonaventura był budowniczym, ministrantem, zakrystianinem, kucharzem. Brat zakonny Rabot (Holender) zbudował pierwszy piec chlebowy, w którym piekł chleb na potrzeby misji. Bonaventura był pojętnym chłopakiem, więc szybko opanował fach piekarza. W międzyczasie został pielęgniarzem, ożenił się, doczekał się ośmiorga dzieci, zaciągnął kredyt w wysokości 5 milionów (to bardzo dużo pieniędzy) i otworzył sklep w pobliskim miasteczku Nguelemenduka.
W sklepie można było kupić wszystko, co tylko potrzebne do konstrukcji domu, uprawy plantacji... Interes się nie powiódł, bo trzeba być twardym, jak stal, aby swoim bliskim i dalekim krewnym nie dawać na kredyt, który jest kredytem na wieczność! Został do spłacenia zaciągnięty kredyt! Patrząc na Bonaventurę, nie widzę na jego twarzy zgorzknienia, wręcz przeciwnie, jego oczy są uśmiechnięte, a z całej jego osoby emanuje spokój.

– Posłuchaj – powiedział dziadek Bonaventura, mogę go tak nazywać, bo ma dzisiaj 68 lat... – Z każdej sytuacji jest wyjście, trzeba zawsze patrzeć przed siebie, żyć dzisiaj, być dobrej myśli, szukać wyjścia z trudnych życiowych sytuacji i pamiętać o jednym: być dobrym dla innych, pomagać, mieć dobre serce, a nade wszystko kochać swoją żonę i dzieci. Trzeba dać z siebie wszystko, by świat wokół nas stał się lepszym.

Pan Assinga od kilku lat pracuje jako piekarz w swojej piekarni.
– Pracuję, aby utrzymać rodzinę.
– Jaką rodzinę? Ma pan dorosłych synów, którzy mają swoje zawody... – dopytuję.
– Dobrze im się powodzi – odpowiada dziadek –ale trzeba pomagać, są wnuki, dzieci mojego syna, któremu żona umarła i teraz on mieszka ze mną, oni potrzebują mojej pomocy!
– Czyli dziadkowie na całym świecie są tacy sami: pomagają!
– Wypiek chleba daje pieniądze na utrzymanie rodziny i na opłacenie pracowników zatrudnionych na mojej plantacji kakao i kawy – dodaje dziadek.

Po usłyszeniu, że dziadek zajmuje się jeszcze plantacją, mój podziw dla niego wzrósł jeszcze bardziej!

Jak wygląda dzień wypieku chleba?
Wcześnie rano wyrabia się ciasto, które rośnie. Potem formuje się małe chlebki, które układa się na blachach zrobionych z kawałków starej blachy. Blachy są bardzo czarne, twarde i zahartowane. Piec jest napełniony drewnem, które pali się w zamknięciu przez trzy godziny. Po trzech godzinach czyści się piec, tzn. wyjmuje się niedopalone kawałki drewna, żarzący się pył wymiata specjalną miotłą, którą zanurza się w wodzie, i piec jest gotowy do wypieku chlebków.

Piec zrobiony jest z glinianej cegły. Chlebki wyniesione są z domu i poukładane na półce zrobionej z bambusa.
Chciałam dziadkowi koniecznie pomóc w noszeniu chleba i układaniu na półce, ale nie zgodził się, bo mogłabym się potknąć i chleb się zmarnuje! Najlepiej jak zrobi to sam, a ja popatrzę!
Udało mi się (pomimo zakazu) jedną blachę wynieść z domu i szczęśliwie postawić na bambusowej półce.

Każdą blachę z wyrośniętym chlebem dziadek Bonaventura kładł na wielką drewnianą łopatę z długim trzonkiem i wkładał do pieca. Jakie było moje zdziwienie, gdy chlebki po trzech minutach były wyciągane z pieca, bo były już upieczone! Następnie w ruch poszedł olej i wnuczek małym pędzelkiem „malował” każdy chlebek olejem. Nie omieszkałam i tej pracy spróbować... całkiem przyjemne zajęcie. Jadłam jeszcze gorący chleb – pychota!

Chleb jest dostarczany do miejscowych sklepików i wiosek położonych blisko Essengu. Piekarnia w Essengu ma stałych klientów, ale nie ma następcy, który by kontynuował rozpoczęte dzieło pana Assingi. Synowie pomagają, ale nie mają zacięcia piekarskiego jak ich ojciec.

Muszę jeszcze napisać słowo o żonie... Ponoć była piękną kobietą. Bonaventura wydał majątek, aby ratować Mariam z choroby.

Muszę Wam się przyznać, że tęsknię w Afryce do polskiego chleba, a jak jestem w Polsce, to brak mi chleba, który ma zapach Afryki...

S. Judyta Bilicka, pallotynka
Zdjęcia Autorki