Serce za serce Drukuj Poleć znajomemu
Moje kolejne doświadczenia to była praca bardziej z dorosłymi niż z dziećmi. Burundi nie jest krajem jednolitym etnicznie. Zamieszkują go plemiona: Tutsi, Hutu i Batwa. Ludzie z tego ostatniego plemienia są uważani za gorszych i to stwarzało wiele problemów.

Ponieważ u nas pracowali ludzie z każdego z tych plemion, starałyśmy się nauczyć ich przynajmniej wspólnie pracować. Kiedyś padł pies i trzeba było go zakopać. Tutsi nie chciał, Hutu też nie – obaj mówili: „Niech to zrobi Batwa”. Siostra się nie zgodziła i powiedziała, że mają to zrobić razem. Zrobili, ale takie utarczki na początku miały miejsce każdego dnia. Jak się im nakazało, że mają pracować razem, potrafili się przemóc.
Na budowie też nie chcieli pracować z Batwa. Wtedy im mówiłyśmy, że albo idą z nimi, albo nie mają po co przychodzić do pracy. Było to zmuszanie, ale w końcu przyniosło owoce. Najpierw zrodziła się wzajemna tolerancja, potem akceptacja, a po jakimś czasie już nie mówili, że nie chcą z Batwa pracować. I wspólnie pracowali na budowie czy w ogrodzie.

Myślę, że to był dla nas jakiś sukces, nauczenie ich jak być razem. Mało tego, kiedy była przerwa na posiłek, potrafili się przemóc i usiąść razem, a nawet dzielić...
... tym, co mieli, rozmawiać – to już był jeden mały krok: akceptacja, a nie odsuwanie się od nich.

Bardzo miło wspominam ich radość, dziękowanie tańcem za to co dostali. Bywało i tak, że przynosili coś do sprzedania i nim się siostry zorientowały, kupiły coś, co już miały, a było to nawet coś z ich ogrodu – w tym dzieci są naprawdę bardzo sprytne.

To był okres wojny, częstych strzelanin. Uciekali, a siostry zostawały. I dzięki temu wracali – mówili: „Bo nasze siostry tam są, to możemy wracać i tam być”. Przychodzili do nas z przeróżnymi problemami, ale i z podziękowaniami. Kiedy budowałyśmy szkołę, dziękowali, że mają pracę, że mogą coś kupić, opłacić szkołę dzieci.

Praca u nas miała jeszcze dodatkowy aspekt – nie pili, bo wiedzieli, że pijani do pracy przyjść nie mogą. Dzięki temu były pieniądze dla rodziny. Nic się nie ukryło, bo chociaż to była ich wioska, i tak wszystko docierało do sióstr. To było takie budujące dla nas, że przez to pomagamy całej rodzinie. Starsi chłopcy szukali pracy, żeby zarobić na ślub. Zgodnie z tamtejszym obyczajem młody musi wybudować dom, kupić żonie ubranie, a dziewczyna ma zadbać, żeby do tego domu coś wnieść – jakieś naczynia, garnki. Nikt im tego nie da. To też była pomoc, ułatwić im start. Ich domy nie są wielkie, wylepione z gliny, ale własne. Starają się. Eleganckie ubrania noszą od święta, a w tygodniu różnie bywa.

Zaszokowało mnie, że w Burundi, przynajmniej tam, gdzie ja byłam, do kościoła na ślub nie przychodzą rodzice panny młodej. Ze strony pana młodego idzie cała rodzina, ale ze strony panny młodej wszyscy mogą przyjść, tylko nie rodzice. Młodzi po ślubie też wychodzą, jakby małżeństwem nie byli – ona idzie z dziewczynami, a on z chłopakami. Udają się świętować do pana młodego. Rodziców młodej i tu nie ma.
Dopóki rodzice panny młodej nie zrobią w domu specjalnego przyjęcia (za pieniądze, które młody dał im jako tzw. doth, dar pieniężny) dziewczynie nie wolno iść do domu rodziców. A oni przyjęcie mogą zrobić tydzień, miesiąc, rok po ślubie. Nawet jakby urodziła dzieciątko, nie może iść do rodziców.

Ważne jest też przygotowanie do nadania imienia i nazwiska dziecku. Teraz przeważnie kobiety rodzą w ośrodku zdrowia, ale potem idą do domu i, zgodnie z tradycją, przez tydzień z domu nie wychodzą. Po 8 dniach jest założenie dziecka na plecy i wyjście z nim przed dom, pokazanie go ludziom, nadanie imienia, nazwiska, bo tam w rodzinie każde dziecko ma inne. Nadanie imienia jest bardzo uroczyste, z radosnym świętowaniem. Takie przestrzeganie tradycji to coś wspaniałego.

Warto tu wspomnieć, że miasto i wieś to jakby dwie różne kultury. W mieście wiele zwyczajów upodobniło się do znanych nam ceremonii, natomiast na wsi, przynajmniej tam, gdzie byłam, zachowują tradycję, co bardzo mi się podoba. I na przykład nie lubiłam, kiedy do kościoła wkraczały organy, obce w tej kulturze. Oni grali na bębnach, tamburach – potrafili w to włożyć całe swoje serce. W parafii były 3 lub 4 chóry, na każdej Mszy św. śpiewał inny. Swoją radość podczas liturgii wyrażali też tańcem. Nikt nie mówił, że się nudzi, chociaż Msza św. trwała najmniej 3 godziny. Tam nikomu się nie spieszy. Dzieciaki też nie marudziły, bo angażowały się w śpiew i taniec. Tylko maleństwom matki coś dawały do gryzienia, np. słodki ziemniak.

Można się od nich zarazić radością i beztroską (w pozytywnym sensie). Potrafią też za wszystko dziękować Panu Bogu, cieszą się z tego co jest, co mają. Są bardzo pobożni, maryjni. Nawet ich imiona bardzo często są związane z Panem Bogiem – często występuje słowo Imana – Bóg.
Bardzo mi się podoba ich otwartość, bezinteresowność i wolność, pojęta w dobrym znaczeniu, to że są sobą.

Wspaniałe są dzieciaki. Ksiądz, który mi pomagał w budowach, zajmował się dziećmi ulicy. To była wielka radość, że chłopcy się uczą, kończą szkołę. Potem zatrudniałam ich do pracy u nas. Spytałam jednego z nich, skąd jest. Okazało się, że pochodzi z wioski obok nas. Kiedy zapytałam po co tam poszedł, odpowiedział: „Siostro, bo ja myślałem, że tam jest lepiej”. Dobrze, że spotkał tego księdza. Pomógł mu, dał pracę, możliwość nauki, przyuczenia do zawodu.

Jak jechało się na zakupy, spotykało się te dzieci ulicy. Jak chciałam, żeby ktoś popilnował samochodu, wiedziałam, że tylko ich mogę poprosić, bo oni się nawzajem znali – wiedziałam, że nic mi nie zginie, że nikt nie ukradnie samochodu. Czuli się odpowiedzialni. Kiedy widzieli, że jadę, z daleka mi machali, a ja dawałam im znak, żeby poszli za mną.

Miałam też bliski kontakt z włoską organizacją pozarządową, która prowadziła ośrodek dla chorych na HIV. Prowadziła go osoba bardzo wierząca. Przy pomocy nuncjatury pomagałam w zakupie lekarstw.
Tam bywało w jednym czasie ponad 400 osób; dużo kobiet, jeszcze więcej dzieci chorych, często w ostatnim stadium choroby. Było wiele osób słabych, które dzięki temu, że miały jedzenie, nabierały sił i po kilku tygodniach dochodziły do siebie. Potem już tylko przychodziły po żywność i na badania. Jednak wiele osób umierało, ich stan był krytyczny i byliśmy bezsilni. Często ktoś niewinnie padał ofiarą zakażenia, bo mąż używał na prawo i lewo, a potem zakażał żonę.
Był tam chłopiec, wydawało się, że już jest dobrze, ale jednak zmarł. W takich smutnych chwilach, kiedy człowiek stawał przed osobą, której umiera ktoś bliski, widać dopiero mocny smutek na ich twarzach, choć wydawałoby się, że ze śmiercią są obyci.
Tu przypomina mi się ich mądre przysłowie: „Agahinda ni ukubura uwo ukunda”, tzn.: Jedyny prawdziwy smutek to utrata ukochanej osoby, co można jeszcze przetłumaczyć: Któż pocieszy po stracie przyjaciela, który nas wspierał?

W Musongati, gdzie jest nasz pierwszy dom misyjny mamy bardzo duży szpital. Nasze siostry przyjmowały początkowo w maleńkim ośrodku zdrowia, a potem stopniowo udało się wybudować szpital i aktualnie jest to bardzo ładny i dobry szpital, jeden z największych w Burundi, na ponad 150 łóżek. Jest położnictwo, pediatria, część ogólna, oddział dla chorych na gruźlicę oraz część dla dzieci niedożywionych. Kiedyś wszystkim zajmowały się siostry, miały ograniczone możliwości pomocy. Trzeba było jeździć do lekarzy. Najbliższy szpital znajdował się 40 km dalej, a lepszy – 60 km. Teraz są lekarze, także Afrykańczycy. Szpital dobrze prosperuje i rozwija się. Cieszy nas, że chcą u nas pracować osoby przyuczone do zawodu pielęgniarza.

Patrząc z perspektywy tych kilku lat, gdy jestem w Polsce, coraz bardziej dziękuję za lata spędzone w Afryce, bo tak wiele dobroci i błogosławieństwa Pana tam doświadczyłam i rzeczywiście: „Imana ntiha uwicaye”, tzn.: Bóg nie obdarowuje tego, który siedzi bezczynnie – co da się również przetłumaczyć – angażuj się tak, jakby wszystko zależało od ciebie, pamiętając, że wszystko zależy od Boga, a doświadczysz mocy Jego błogosławieństwa. Tej Bożej mocy życzę wszystkim.

S. Felicjana Topolska,
Karmelitanka Dzieciątka Jezus
Zdjęcia: archiwum Sióstr