Strona główna arrow Nr 67 (2/2014) arrow Plany i ich zmiany...
Plany i ich zmiany... Drukuj Poleć znajomemu
Mija czwarty miesiąc mego pobytu w PNG, trochę więcej się nauczyłem i zobaczyłem. Sam już często odprawiam Mszę św., przygotowuję kazania w tok pisin (pidgin), które po sprawdzeniu i skorygowaniu przez współbraci, głoszę w czasie niedzielnych czy świątecznych Eucharystii. A na Trzech Króli, którą to uroczystość w Papui obchodzi się w niedzielę przypadającą pomiędzy 2 a 7 stycznia, po raz pierwszy spowiadałem. Oczywiście do dobrej znajomości tok pisin mi jeszcze daleko, ale powoli idzie do przodu. Wiele problemów sprawiają mi nazwy miejscowości, bo różne można spotkać sposoby ich zapisu.

Czas jaki tu spędziłem coraz mocniej utwierdza mnie w prawdziwości hasła „Papua New Guinea – Land of the Unexpected” (Papua Nowa Gwinea – Kraj tego, co niespodziewane). Częste są sytuacje, które zaskakują czy nawet zmuszają do zmiany planów.
Ponad miesiąc, od połowy listopada do połowy grudnia, spędziłem na wyspach Kairiru i Mushu, w parafii St. Martin obsługiwanej przez ks. Pawła. Poznawałem wspólnoty rozrzucone po różnych stronach tych wysp i specyfikę pracy pośród wyspiarzy.

Na zakończenie pobytu u ks. Pawła, w czasie Mszy św. w Smol Mushu, po raz pierwszy błogosławiłem małżeństwa w tok pisin, tylko dwa na początek (piszę, że tylko dwa, bo tu sakramenty bardzo często udzielane są grupowo, po kilkanaście i więcej osób, gdy do danej stacji misyjnej kapłan dociera rzadko). Oczywiście wcześniej ks. Paweł mnie przygotował i w czasie liturgii czuwał, żeby wszystko było dobrze. Po ślubach ks. Paweł chrzcił, a ja zacząłem rozglądać się, gdzie podziali się nowożeńcy, bo nie widzę ich na miejscach do siedzenia. Już by sobie poszli? Moje zaskoczenie było wielkie, gdy dojrzałem ich stojących wraz z innymi rodzicami, by ochrzcić dzieci. ...


... Na święta Bożego Narodzenia miałem z ks. Darkiem popłynąć na Biem i tak się stało. Wypłynęliśmy 19 grudnia przed południem i dotarliśmy po 5 godzinach. Najciekawszym zjawiskiem na trasie była zmiana koloru wody z ciemnogranatowej morskiej na żółtawą jak w jeziorze. Płyniemy, a tu nieoczekiwanie taka linia graniczna i zmiana koloru wody. Darek zaraz mi wyjaśnił, że to wody z rzeki Sepik tak zmieniają kolor wody w morzu, a od ujścia Sepiku do morza dzieliło nas ok. 50 km!!! (można sobie wyobrazić, ile tej wody wpada do morza).

Na Biem spędziłem tylko dwie noce, gdyż z powodu problemów technicznych z głównym silnikiem, trzeba było wracać na Kairiru, by go rozebrać w warsztacie i próbować naprawić. Wracaliśmy na mniejszym, zapasowym silniku, stąd podróż przeciągnęła się do 7 godzin.

W ten sposób wróciłem na kilka dni na Kairiru, a potem do Boram. W planach było samodzielne Boże Narodzenie na Biem, a stało się inaczej, święta spędziłem w Boram, pomagając i sprawując Eucharystię w Mandi, Perigo i na terenie więzienia.

8 stycznia mieliśmy bardzo sympatyczne spotkanie, Wigilia Polaków pracujących w diecezji Wewak, tym razem u Pawła na Kairiru w St. Martin. Na spotkaniu było 5 werbistów, jeden ks. diecezjalny i nasza pallotyńska wspólnota. Wspólne rozmowy i śpiewy przeciągnęły się do późna w nocy. Tak to jest, jak się rodacy spotkają na obczyźnie. Następnego dnia wróciliśmy do Wewak.

W drugi weekend stycznia pojechałem z ks. Janem do Romy, gdzie w niedzielę po raz pierwszy chrzciłem w tok pisin. W sobotę razem spowiadaliśmy przez 3,5 godz., tylu było chętnych. Ludzie spowiadają się tak jak w Polsce, jedni wprost, wyraźnie i bez owijania w bawełnę. Inni mruczą pod nosem, może ksiądz nie zrozumie…

Na poniedziałek był zaplanowany wyjazd do Witupe, dlatego z samego rana wyjechaliśmy razem z jednym z liderów. Plan był taki: jedziemy samochodem (ok. 1 godz.) do Yuajange, tam zostawiamy samochód i idziemy dwie godziny przez kunaj do Witupe.
Ujechaliśmy jednak zaledwie kilkaset metrów do rozgałęzienia w lewo na Yuajange, w prawo na Dumbit, wiosek należących do parafii Roma, i dojrzeliśmy, że na drodze do Yuajange jest blokada.

Niestety, mężczyzna z Yuajange zabił w niedzielę mężczyznę z Dumbit, i teraz oni dla siebie są birua (wrogowie). Po rozważeniu, że leje i droga w taką pogodę przez kunaj nie będzie łatwa, i że blokada sygnalizuje, że nie życzą sobie gości, zawróciliśmy do stacji. Znów zmiana planów, zamiast wieczorem wrócić na nocleg do Romy, już w poniedziałek pojechaliśmy do Boram. Do Witupe trzeba będzie pojechać innym razem.

Zaskakują tu gady i owady, pojawiające się tam, gdzie się nie spodziewamy i tym bardziej nie oczekujemy, np. duży pająk na ręczniku czy jadowita jaszczurka w muszli klozetowej.

Ludzie też potrafią zaskoczyć. Gdy w St. Martin dowiedzieli się, że lubię ananasy, zaczęli mi je ofiarowywać – a to przynieśli do domu, a to jak wracałem, dali mi po drodze czy też w czasie spotkanie nagle wyciągali z koszyka.

Do rzeczy, które mnie również zaskoczyły w Papui, można zaliczyć też kalendarz szkolny. Koniec roku szkolnego jest w grudniu, jakiś tydzień przed świętami, i powrót teoretyczny do szkoły z początkiem lutego. Teoretyczny, bo w wielu miejscach przeciąga się do końca lutego – tak wolno uczniowie i nauczyciele wracają do szkół. Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok przypadają więc na wakacje szkolne.

Nowy zatem dla mnie czas, którym będzie pobyt w ramach wprowadzenia w Kunjungini, zacznie się wraz z nowym rokiem szkolnym, oczywiście, jak nie wydarzy się coś niespodziewanego.

Ks. Sławomir Maizner SAC, misjonarz w PNG
Zdjęcia: Autor, ks. Paweł Kotecki SAC, br. Janusz Namyślak SAC

O Kairiru i Mushu ks. Paweł pisał w nr 65 (4/2013) „Horyzontów Misyjnych”, a o Biem ks. Darek w nr 56 (3/2011)