Strona główna arrow Nr 67 (2/2014) arrow Co kraj to obyczaj
Co kraj to obyczaj Drukuj Poleć znajomemu
Pod koniec listopada 2013 roku nawet nie przypuszczałam, że tegoroczne Święta Bożego Narodzenia będą się czymś różniły od poprzednich. Jak co roku zaczęłam polowanie na prezenty i obmyślałam pomysły na świąteczne dekoracje. W wirze przygotowań, podczas rozmowy na Skype, brat zaproponował, abym go odwiedziła i pomogła z… prasowaniem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że góra ubrań piętrzyła się aż pod Seulem.

Pewnie większość uśmiechnęłaby się pobłażliwie i życzyłaby mu powodzenia. Ale dla mnie, wyznawczyni zasady „chcieć to móc”, ufającej, że „wiara nawet góry przenosi”, nie była to przeszkoda nie do pokonania. Z nieocenioną pomocą rodziny, już na następny dzień rezerwowałam bilet, a 20 grudnia 2013 roku wsiadałam do samolotu. I mimo, że niejedni stukali się w głowę na wiadomość o locie z szesnastogodzinną przerwą w Pradze, a inni uważali, że 45 minut na przesiadkę w drodze powrotnej to stanowczo za mało, ja miałam tylko jedno w głowie – już za chwilę zobaczę Jarka!

Zaraz po wylądowaniu pomyślałam sobie, że dawno się tyle nie modliłam, co podczas tego lotu. Głównym powodem był strach, czy „produkty wysokiego ryzyka”, takie jak: kiełbasa, ser, suszone grzyby czy makowiec, zwrócą uwagę celników i spowodują jakieś komplikacje. Na szczęście okazali się przychylni i wypuścili mnie w Seulu bez żadnych problemów, wprost w ramiona brata-misjonarza i sześcioosobowej reprezentacji grupy UPAL. To ich – Helenę, Ritę, Elę, Asię i Michała gościłam u siebie podczas ostatnich wakacji. Tym razem to oni (i siostra bliźniaczka Eli – Anna) chcieli mnie powitać i ugościć, najlepiej...
... jak potrafią (co im się zresztą udało!).

Już w kilka godzin po przylocie, miałam okazję brać udział w Wigilii dla Polaków, mieszkających w Korei Południowej, organizowanej przez Wspólnotę Pallotyńską w Bundangu. I choć, według zgromadzonych, nie zjawiło się zbyt wiele osób, to jednak dla mnie było to niezwykłe doświadczenie spotkać się z rodakami gdzieś na drugim krańcu świata. Ponieważ na co dzień mam do czynienia z dziećmi, to właśnie one przykuły tam moją największą uwagę. Mateusz, Lenka, Lilianka, Faustynka, Leon, Julka i najmłodszy (bo dopiero miesięczny) Józiu to niezwykła mieszanka kultur, języków czy cech wyglądu.

Wigilia Polaków rozpoczęła cała falę spotkań opłatkowych (tak, tak, bo wraz ze mną dotarły do Korei opłatki, a za sprawą polskich pallotynów została przekazana Koreańczykom tradycja łamania się nimi) dla różnych grup, stowarzyszeń i osób. I tak codziennie zasiadaliśmy do suto zastawionego stołu, niekoniecznie z dwunastoma postnymi potrawami i, dzieląc się opłatkiem (dla większości był to pierwszy taki gest w życiu – miejmy nadzieję, że nie ostatni), składając życzenia i jedząc różne smakołyki, poznawałam kolejne zwyczaje i słowa z, jakże dalekiej od naszej, koreańskiej kultury.

W Polsce nikt nie zwraca większej uwagi na to, kto, spośród zgromadzonych przy stole, rozpoczyna jeść pierwszy. Natomiast w Korei ma to duże znaczenie – posiłek powinien zacząć najstarszy biesiadnik. Podczas nalewania napoi przez starszych od nas, musimy z kolei pamiętać, żeby chwycić szklankę w dwie dłonie na znak szacunku do nich. Z kolei mlaskanie, siorbanie, czy pociąganie nosem podczas jedzenia, które u nas uchodzi za szczyt braku kultury, na koreańskiej ziemi jest całkiem normalne i nikt się temu nie dziwi (choć wydmuchanie nosa przy stole uważane jest za nieczyste i raczej zabronione)…

Czasami ta odmienność kultur dziwi, momentami nawet denerwuje, ale są też takie chwile, gdy jest wręcz godna podziwu. Bo kto z nas, przeciętnych parafian wie, kiedy do jednego z „naszych” księży przyjeżdża rodzina w odwiedziny? Kto czuje obowiązek powitać ją kwiatami, zaprosić na obiad czy też coś podarować? Nie słyszałam o takich przypadkach w Polsce, może gdzieś w małych wiejskich parafiach, a wśród Koreańczyków to całkiem normalne i wręcz powszechne. Przez pierwsze dni po przylocie i ostatnie przed odlotem (czyli właściwie non stop) miałam nieustanne wizyty, dostawałam zaproszenia, odbierałam prezenty od całkiem obcych mi ludzi! Ale dla nich to, że jestem „Jarek simbunin joda seng” (młodsza siostra księdza Jarka), było wystarczającym powodem, żeby gościć mnie niczym królową.

Jednak nie wszystkie zasady obowiązujące w Korei przypadły mi do gustu… Wiele jest takich, według których ciężko by mi było żyć, być może ze względu na to, że ich po prostu nie rozumiem. Na przykład kwestii niewychodzenia z domu matki i dziecka przez okres 100 dni po porodzie nikt mi nie umiał do końca wyjaśnić – podobno dawniej była wysoka umieralność dzieci w tych pierwszych miesiącach życia. Dla nich dziwnym wydawał się fakt, że wszystkie znane mi, nie tylko polskie, dzieci wychodziły na spacer już po kilku, a najdalej po kilkunastu dniach życia. Przykładów można by mnożyć, ale „co kraj to obyczaj”, więc poprzestałam na zdziwieniu i zmieniać ich nie próbowałam.

Wyjątkowy czas spędziłam, goszcząc w koreańskich domach. Jedne były malutkie i ciasne, inne wielkie i wytworne, jednak niezależnie od wielkości mieszkania od wszystkich domowników biła niewysłowiona gościnność. Już od progu byłam witana przez całą rodzinę, która elegancko ubrana stała z upominkami w dłoniach i… aparatami/komórkami, żeby upamiętnić każdą chwilę razem.
Kiedy weszłam do domu bliźniaczek Eli i Anny (a także ich siostry Teresy) zastanowił mnie fakt, że kolacja, na którą dostaliśmy z Jarkiem zaproszenie, przygotowana była przy „normalnym”, wysokim stole, przy którym stały krzesła. Z mojego, co prawda małego, ale jednak doświadczenia wiedziałam, że Koreańczycy jedzą posiłki, siedząc na podłodze, ewentualnie na jakiś poduszkach, matach i używają niziutkich stolików, takich z blatem tuż przy ziemi.
Okazało się, że rodzinka specjalnie na nasze przyjście, wychodząc naprzeciw naszym nieprzystosowanym kręgosłupom, przygotowała „europejską” wersję posiłku. Nawet zamiast pałeczek na stole gościły tak dobrze nam znane sztućce. Te wizyty przypominały mi trochę polski zwyczaj „zastaw się, a postaw się” – stoły aż uginały się od różnorodnych przysmaków, z których oczywiście każdego musiałam skosztować, pod czujnym okiem pani domu i wypowiedzieć się, czy mi smakowało (co nie zawsze bywało łatwe…).

Jeśli chodzi o smak Korei, to mi niezmiennie kojarzyć się on będzie z lekko słodkawym posmakiem kalbi (żeberka) i samgiopsal” (boczek). Przy czym muszę zaznaczyć, że zarówno za jednym, jak i drugim przysmakiem w Polsce nie przepadam. A tam, przyrządzane na specjalnym grillu, wbudowanym w restauracyjny stół, z dodatkiem niezliczonych sosów i przeróżnych sałatek, warzyw itp. wszystko smakuje przepysznie! Od poprzedniego pobytu w Korei (w 2008 roku) nauczyłam się przyrządzać w domu coś, co uważałam za sushi. Dopiero teraz dowiedziałam się, że to, czym częstowałam całą rodzinę i znajomych to wcale nie sushi tylko… kimbap (kim – wodorost, bap – ryż). „Potrawą”, której z pewnością dłuuuugo nie zapomnę jest suszona ośmiornica! Wszyscy (włączając w to mojego brata) po prostu się tym zajadają, niczym najlepszą przekąską (jak my paluszkami, orzeszkami czy chipsami) i może smak by mnie przekonał, konsystencję bym zniosła, jednak zapach… pozostawiał wiele do życzenia (przypominał woń pokarmu dla rybek).

Jeden z dni poświęciliśmy na wyprawę do Yangdeogwon – pallotyńskiego Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, położonego około 1,5 godziny drogi od Bundangu. Tam, na zboczu stromej góry, na którą, mimo niedawno wybetonowanej drogi, tylko doświadczeni kierowcy są w stanie wjechać, króluje Jezus Miłosierny. Nasz przyjazd zbiegł się z uroczystością Świętej Rodziny i pierwszą rzeczą, rzucającą się w oczy, była kaplica wypełniona ludźmi po brzegi. Już wtedy zastanowiło mnie, że na parkingu przy sanktuarium nie widziałam żadnych dodatkowych samochodów czy autokarów.

Po katechezie, adoracji, Mszy św. i krótkim spotkaniu okazało się, że te rzesze wiernych weszły pieszo pod górę tak stromą, że ja nawet z okien samochodu odczuwałam strach. Jednak wiara w Tego, który wysłuchuje ich próśb, a także przywiązanie do pallotynów sprawiły, że żadne trudności nie mogły im stanąć na drodze do celu. W Yangdeogwonie mogłam zobaczyć, jak wiele udało się ks. Pawłowi Zawadzkiemu i jego współbraciom osiągnąć przez 5 lat, od mojej poprzedniej wizyty. W miejscach, gdzie wtedy stały tylko fundamenty, albo nic nie było, teraz są już budynki, gdzie pielgrzymi mogą się ogrzać, posilić, nawet przespać. Jednak wciąż potrzeba dużo modlitwy i pieniędzy, aby mury domu rekolekcyjnego mogły przyjąć tych, którzy właśnie tam szukają oparcia w Bożym Miłosierdziu.

Sylwestra spędziliśmy wraz z Jarkiem na przygotowywaniu całej masy ciast i sałatek, które po Mszy św. noworocznej głodni Koreańczycy zjedli w przeciągu chwil, pomagając sobie jedynie pałeczkami.
A już w kilka dni po przywitaniu Nowego Roku musiałam stwierdzić, że wszystko co dobre, szybko się kończy i zabrać się za pakowanie i pożegnania. Okazało się, że wracając, miałam tyle samo, jak nie więcej bagaży, co lecąc do Korei, a to za sprawą niezwykle gościnnych i życzliwych mieszkańców Bundangu i okolic, którym serdecznie za wszystko dziękuję – kamsahamnida!

Nie byłoby mnie tam, gdyby nie moja kochana rodzina, która pomogła mi spełnić marzenia i spotkać się z bratem – im też chciałabym gorąco podziękować. A nie byłoby ani tego lotu, ani artykułu, gdyby nie Ten, który zbiera już kolejną górę ubrań do prasowania, bym miała powód do snucia kolejnych planów… Bratek – dzięki, że jesteś!

Tekst i zdjęcia: Ola Kamieńska