Strona główna arrow Nr 67 (2/2014) arrow Czy można podarować czas?
Czy można podarować czas? Drukuj Poleć znajomemu
Można. A przekonałam się o tym w Afryce…

Jestem Karmelitanką od Dzieciątka Jezus. Nazywam się siostra Felicjana. Mój pobyt na misjach zaczął się w 1993 r., bo chociaż nigdy nie myślałam serio, żeby być misjonarką, plan Boży był inny. Wzięłam pod uwagę taką możliwość dopiero, kiedy jedna z sióstr przyszła do mnie i powiedziała, że chce jechać na misje, że pojedziemy obie. Pomyślałam, że według naszych kryteriów nie spełniam żadnego i nikt mnie nie wyśle. Okazało się inaczej – siostra nie wyjechała, a ja wyjechałam.

Po rocznym pobycie we Francji pojechałam do Rwandy i zaczęłam moje misyjne życie w Ruhango koło Butare. Byłam tam przez 5 lat.

W tym czasie wybuchła wojna, musiałyśmy wyjechać, potem wracać. Po wojnie też było wiele trudnych sytuacji, ale ja czułam się tam dobrze – byłam potrzebna. Nasza praca polegała na opiece nad kościołem parafialnym, sierotami, a także rodzinami i więźniami. Po wojnie potrzeb było wiele, więc nie była to prosta praca charytatywna w parafii. Kiedy wydawało mi się, że poznałam język kinyarwanda, ludzi, przyszła wiadomość, że wyjeżdżam do Burundi.

Było mi żal opuszczać to wszystko, bo, tak po ludzku, miałam ...

... wszystko poukładane, miałam przyjaciół. I nagle miałam wyjechać do miejsca, które wydawało mi się końcem świata. Tu byłyśmy blisko miasta, a mam wyjechać na wieś, daleko od jakiegokolwiek większego miasta, gdzie nie ma prądu (tylko 12V). Księdza na parafii też nie było. Myślałam: „No, Felusia, teraz wyjeżdżasz na koniec świata”. No i jeszcze jedyna biała z czarnymi siostrami. Ale życie pokazało, że był to bardzo dobry czas.

Pojechałam do Gakome. Było nas 5, czasem 6. Parafia bez księdza, „proboszczem” była siostra. Ojcowie Karmelici dojeżdżali do nas z Musungore raz w miesiącu, w niedzielę i w jeden dzień w tygodniu. W jakieś uroczystości mogłyśmy jechać do nich na Mszę św. Generalnie starałyśmy się być razem z ludźmi na liturgii Słowa Bożego, którą przygotowywali katechiści razem z siostrami. Oni też udzielali Komunii św. Cieszyłam się, że mogłam być z tymi ludźmi, uczestniczyć w życiu chrześcijańskim tak jak oni.

Na początku nie było to dla mnie łatwe, bo cała liturgia była w języku kirundi, musiałam mocno wsłuchiwać się. Mogłam dogadać się z ludźmi, ale nie mówiłam biegle. Mieszałam kirundi z kinyarwanda. A chociaż językiem urzędowym był francuski, ludzie na wsi go nie znali.

Kiedyś pomagał mi w ogródku chłopiec, który u nas pasł kozy. Powiedziałam, żeby przyniósł mi kwiatek, ale powiedziałam amaszurgue , po kinyarwanda – poprawił mnie: amaszurgue. Ludzie wyłapywali różnice, poprawiali i nikt się specjalnie nie dziwił. Mieli cierpliwość.

Kiedy moim udziałem stało się prowadzenie budowy, tłumaczyłam w kirundi pracownikom, co mają robić. Za jakiś czas szłam zobaczyć, jak robią. Wtedy wiedziałam, czy zrozumieli. Jak robili inaczej – trzeba było tłumaczyć raz jeszcze. Pracownik, zatrudniany u nas już od kilku lat, słuchał mojej mowy, a kiedy ja byłam zadowolona, że wszystko dobrze wytłumaczyłam, mówił do pozostałych: Zrozumieliście? Mama powiedziała… i raz jeszcze powtarzał w kirundi. On rozumiał, ale upewniał się, czy inni też zrozumieli. To było bardzo sympatyczne. Nazywali mnie Mama Inginieri.

Ale wracając do Gakome – to była nasza pierwsza placówka. Zajmowałyśmy się pracą duszpasterską w parafii. Prowadziłyśmy katechezę. Szkoła była płatna, nie wszystkich było stać na opłaty. Stwierdziłyśmy, że musimy zrobić coś więcej i postanowiłyśmy zrobić szkołę szycia, bo najbliższa znajdowała się 15 km od naszej wioski. Udało nam się znaleźć sponsorów i zgromadzić potrzebne środki. Wybudowałyśmy budynek z 3 klasami. Od razu zgłosiła się spora grupa dziewcząt, a także kobiet, które chciały nauczyć się szyć.

Po roku stwierdziłyśmy, że nie mamy nic dla chłopców. I znowu szukałyśmy sponsorów – udało się i wybudowałyśmy drugi budynek, większy, gdzie była pracownia stolarska, murarska i krawiecka. Mniejszy budynek posłużył do nauki teoretycznej. Znaleźli się chętni do uczenia chłopców. Wyposażenie pracowni było bardzo proste – nie było prądu, nie mogło być maszyn. Wszystko musiało być robione ręcznie. Zresztą jaki by miało sens nauczyć ich obsługi maszyn, skoro po powrocie do swoich wiosek nie mieliby i tak czym pracować.

Gdy ktoś kończył naszą szkołę, starałyśmy się zakupić dla niego komplet narzędzi, z którymi mógłby zacząć pracę. Zawsze też mogli korzystać ze sprzętu szkoły. Starałyśmy się także wyposażyć dziewczęta w maszyny do szycia.

Na tym terenie było dużo sierot. W mieście były sierocińce, a tu sieroty mieszkały w swoich domach. Miały możliwość przychodzenia do naszej szkoły, a po południu zajmowały się swoimi domami, ogrodami. Odwiedzałyśmy te dzieci, sprawdzałyśmy czego potrzebują. Regularnie otrzymywały żywność, ubrania. Dzięki tym wizytom mogłam poznać dzieciaki, wioskę, krajobraz…

Na odwiedziny jednej rodziny trzeba było przeznaczyć 2-3 godziny. Tam nie można wejść, powiedzieć „dzień dobry” i wracać. Trzeba posiedzieć, porozmawiać, wszystko zobaczyć. A po drodze też spotykało się sporo ludzi i nikogo nie można było pominąć – z każdym trzeba się zatrzymać i porozmawiać.
My tu jesteśmy stale zagonieni, nigdy nie mamy czasu, a tam właśnie mają czas dla drugiego człowieka. I od nas tego samego oczekują.

Siostry Afrykanki uczulały mnie, żeby dać ludziom poczuć ich godność i, jeśli potrzebują pomocy, dać im pracę, jakąkolwiek, żeby poczuli, że zapracowali, a nie żebrali. Toteż ktokolwiek coś chciał, musiał popracować, choćby godzinę, ale nie dostawał za darmo. W ten sposób uniknęłyśmy chodzących za nami i żebrzących. Pewnie, była też pomoc darmowa, np. rozdawanie żywności, ale starałyśmy się, żeby nie czuli się żebrakami.

Chłopiec, o którym wspominałam, miał brata. Ich rodzice zmarli. Musieli się sami utrzymywać. Widział, że trzeba poprawić dach, coś kupić, a później chciał się żenić, więc musi dom wystawić, dziewczynie ubrania kupić… – na to wszystko potrzebne są pieniądze. Na ile było potrzeba, miał pracę u nas w ogrodzie. U nas czuł się jak w rodzinie. Dostawał żywność, a potem pomagałyśmy mu w szykowaniu wyprawki do ślubu.
Dom tych chłopców był jednym z tych, które odwiedzałyśmy. Zawsze było u nich posprzątane, chociaż podłoga to klepisko, a szafa – sznurek. Porządek był również koło domu. Razem z nimi mieszkała koza.

Była taka akcja, że można było kozy rozdawać sierotom. Oni je hodowali, mieli mleko, jak były małe, podhodowali i mogli sprzedać, i mieć pieniądze na to co niezbędne. Było im trochę łatwiej.
Generalnie w domach sierot był porządek – starali się zadbać o siebie.

Kiedyś przeszłyśmy po tych domach, sprawdzając, co wymaga naprawy – dachy, okna… Trafiłyśmy na rodzinę, która mieszkała w szałasie postawionym z gałązek. Mieszkało tam pięcioro dzieci i koty. Myślałyśmy jak im pomóc, żeby nie było tak, że siostry wszystko zrobiły. Siostra, która była odpowiedzialna za parafię i grupy parafialne, zaproponowała, że my opłacimy pracownika, który będzie budował dom, a młodzież z organizacji parafialnych zrobi cegły – nie wypalane, ale suszone na słońcu. Młodzież pomogła tej rodzinie wyrobić cegły, tzn. nosić wodę, glinę, robić kostki i suszyć je. Pomogli też przy uprawie ogródka i budowie domu. My kupiłyśmy drewno, dachówkę i gwoździe.
Młodzież była zadowolona, że mogła pomóc, zobaczyli, że parafia wzięła się za to.

Byli też chłopcy, którzy szukali pracy, żeby zarobić na szkołę. Dałyśmy im jako pracę ścięcie i pocięcie drzewa. Przy okazji rozwalili płot, ale drzewo ścięli. Płot naprawili. Dzięki temu mieli pieniądze na ubranie, książki i czesne. Na pracę poświęcali wakacje, a my musiałyśmy zrobić coś, co nie było konieczne, ale w sumie się przydało, bo miałyśmy czym w piecu palić. Na dobre to wyszło i im, i nam.

Czasem czułam się zmęczona, ale radosna. Oni są zadowoleni, pogodni. Wystarczało trochę muzyki, a już tańczyli.
Kiedy opuszczałam Gakome, było mi żal. Spędziłam tam 4 lata i bardzo lubiłam pracę z dziećmi.

Co było dalej – w następnym numerze.

Siostra Felicjana, Karmelitanka Dzieciątka Jezus
Zdjęcia: archiwum, ks. Tomasz Atłas