Strona główna arrow Nr 67 (2/2014) arrow Zaczęło się ponad 18 lat temu...
Zaczęło się ponad 18 lat temu... Drukuj Poleć znajomemu
Ks. Stasio Krajewski SAC – taki był początek mojej przygody z Brazylią:

29 stycznia 1996 r., poniedziałek
Mój ostatni, 21., dzień podróży statkiem „Kuźnica” z Gdyni do Santos (największy port w Brazylii).
Noc minęła spokojnie. Wyspałem się. Wstałem o 6.30. Odprawiłem w kajucie Mszę św. w intencji ludzi, do których przybywam.
7.30 – śniadanie – jajecznica, ale nie jadłem. Podziwiam zbliżające się wybrzeża Santos.
Jutrznia, ostatnie pakowanie. Na razie stoimy na redzie. Statek zakotwiczony. Ile to potrwa, trudno powiedzieć.
9.00 – temperatura 30ºC. Jest bardzo wilgotnie.
Najpierw mieliśmy czekać godzinę. Później wejście do portu zaplanowano na 11.00. Następnie przesunięto na 17.00.
11.30 – obiad; zupa (barszcz czerwony), schab po meksykańsku, makaron, surówka.
Co tu robić? Czekamy już 5 godzin. ...

... 16.15 – coś drgnęło. Wpływamy powoli do portu. Brzeg coraz bliżej.
17.15 – jesteśmy w porcie Santos. Cumujemy.
17.30 – kolacja – bigos. Teraz czekanie na odprawę. Niestety – dzisiaj jej nie będzie. Nikt na mnie dziś nie czekał. Jutro mogą przyjść celnicy, więc jeszcze jeden dzień na statku. Trochę oglądałem TV brazylijską. Nic ciekawego – te same reklamy, polityka. Jakiż ten świat mały.
Różaniec w kajucie, Nieszpory. Trochę połaziłem w nocy po statku i spać.

30 stycznia 1996 r., wtorek
Choć to koniec podróży statkiem, nadal na nim jestem.
7.30 – wstałem. Źle mi się spało. Straszny hałas od portowych agregatów.
Śniadanie – szynka, ser, herbata. Po śniadaniu Jutrznia i trzeba czekać.
Czekam, czekam i zaczynam się denerwować. Wszystko już spakowałem, pocę się niemiłosiernie.
11.30 – obiad i oczekiwanie na celników oraz moich Współbraci. Nawet nie mogę odprawić Mszy św., bo w każdej chwili mogą przyjść celnicy.
15.00 – każą wynosić wszystkie rzeczy z kajuty i na urząd celny.
ok. 16.00 – jedziemy. W urzędzie celnym są Współbracia, którzy po mnie przyjechali z Rio de Janeiro: ks. Jan Sopicki i ks. Jan Pietrus. Czekają tu na mnie od 11.00. Okazuje się, że dzisiaj jest strajk w porcie.
Tak to Brazylia powitała małego misjonarza.
Jeszcze nie wiadomo czy nas odprawią. Dzięki Bogu jakoś udaje się nam wydostać z urzędu celnego i portu Santos.
Ok. 17.30 jedziemy do Rio de Janeiro. Przed nami 507 km.
Mijamy Santos, São Paulo, piękne doliny, wiadukty i tunele. Droga zatłoczona, chwilami pada deszcz. Mamy szczęście. Za nami samochody nie wyhamowały i cztery stłuczki. Robi się korek – my jedziemy do przodu. W drodze Nieszpory i Różaniec.
O północy jesteśmy w Rio de Janeiro. Zajeżdżamy do naszego domu. Jest bardzo ładny. Na razie spełnia rolę siedziby Delegatury, Nowicjatu i Seminarium.
Czyściutko! Pokój dla mnie przygotowany. Podoba mi się tutaj.
Ok. 1.00 idę spać. Nie mogę zasnąć. Upał, upał, upał.

31 stycznia 1996 r., środa
7.30 – po męczącej nocy wraz z ks. Jasiem Pietrusem odprawiam Mszę św. dla Nowicjatu (4 nowicjuszy).
8.15 – śniadanie, Jutrznia
ok. 9.30 wraz z ks. Jasiem Sopickim, delegatem naszej Delegatury, robimy zakupy na obiad z okazji mojego przyjazdu.
12.30 – spotkanie ze Współbraćmi: ks. Czesławem Zającem, ks. Janem Janikiem, ks. Markiem Karnym, ks. Jarosławem Kaczmarkiem, ks. Pawłem Kowalczykiem oraz moim nowym proboszczem, ks. Kazimierzem Pacem.
Po obiedzie pojechaliśmy obejrzeć dużą posiadłość, którą diecezja chce nam dać na Nowicjat.
Wieczorem instaluję się w nowej parafii, w moim nowym domu. Jest to parafia św. Rocha, położona w odległości 20 km od centrum Rio.
O godz. 20.00 zjawiają się naszym domu sąsiedzi: ks. Jarek Chmielecki i ks. Jarek Kaczmarek – proboszcz parafii św. Elżbiety. Nasze spotkanie kończymy ok. 23.00.

1 luty 1996 r., czwartek
To mój drugi dzień pobytu w Rio. Dziś jesteśmy umówieni z ks. J. Sopickim – Delegatem, by omówić kilka spraw.
Jedziemy do Kurii Archidiecezjalnej po moją jurysdykcję oraz zameldować mnie w Urzędzie Federalnym – biurokracja tutaj przechodzi nawet moją wyobraźnię.
Cierpliwości!
Po południu czytam teksty liturgiczne na dzisiejszą Mszę św. Poprawia mnie 16-letnia Viviani.
Pokory!
Jeszcze przed Mszą św. wraz z ks. Kaziem odwiedzamy siostry zakonne, które mieszkają na terenie parafii. Są bardzo miłe – poczęstowały nas galaretką – „niebo w gębie” – palce lizać.
O 19.00 odprawiam Mszę św. koncelebrowaną. Pierwsza w mojej nowej parafii.
O 20.00 składamy rewizytę obu Jarkom. Ks. Jarek Chmielecki to wspaniały kucharz, ale to jeszcze nie koniec dnia. Kazio po tej rekreacji zabiera mnie jeszcze na urodziny do katechetki z naszej parafii. Przyjęcie bardzo miłe. Zostaję przyjęty jak ktoś znany. Czuję się rodzinnie i choć umiem zaledwie parę zdań po portugalsku, nie czuję się obco. O północy kończę podsumowanie tego obfitującego we wrażenia dnia.

2 luty 1996 r., piątek
Dziś Ofiarowanie Pańskie, ale tu zwykły dzień. Do południa robimy z Kaziem zakupy. Później obiad. Dziś przed południem grzało, ale ok. 13.00 zaczęło padać i dobre pół godziny lało jak z cebra. Po południu jedziemy z Proboszczem do Seminarium na profesję kleryków.
Była to bardzo ładna uroczystość pierwszej profesji 4 kleryków kandydujących do naszego Stowarzyszenia. Mszy św. koncelebrowanej przewodniczył ks. Jan Sopicki – Delegat naszej Prowincji.
O 19.00 w parafii Msza św., a po niej spotkanie z grupą młodzieży z naszej parafii. Trochę przypominają mi młodzież z oazy w Łodzi.
O 21.00 przyjechali do nas na pizzę Jarek (Jorge), Jarek (Lucas) i Jasio (Francisco). Było wesoło. Pogadaliśmy do 23.30.
O północy poszedłem spać. Pierwszy raz się wyspałem. Noc po deszczu była chłodniejsza.
Dzięki Ci, Boże, za każdy dzień.

I tak, moi Drodzy, już ponad 18 lat upływają mi dnie i noce na ziemi brazylijskiej – od 14 lat w Amazonii brazylijskiej, w Manaus, gdzie jestem proboszczem w parafii Matki Bożej Chwalebnej.

Pozdrawiam wszystkich Czytelników.

Ks. Stasio Krajewski SAC
Zdjęcia: archiwum, Zdzisław Sowiński