Strona główna arrow Rok 2003 arrow Nr 24 (3/2003) arrow Rozmowa z ks. Czesławem Zającem SAC
Rozmowa z ks. Czesławem Zającem SAC Drukuj Poleć znajomemu

R. – Ksiądz jest w Brazylii od początku misji polskich pallotynów w tym kraju.
K. –
Jestem w Brazylii od 30 lat. Początek -to było dla nas pójście całkowicie w nieznane. Nie wyobrażaliśmy sobie jak realnie ta Brazylia wygląda, ani jaka będzie nasza praca. Pojechaliśmy, zaproszeni do pracy wśród tamtejszej Polonii: ks. Jan Jędraszek, ks. Tadeusz Korbecki i ja. Już założyciel polskiej gałęzi zgromadzenia miał ideę przygotowania księży do pracy wśród Polonii i próbowaliśmy to realizować. Po niecałym roku prowincjał zalecił nam przejąć pracę po pallotynach włoskich w rejonie Rio de Janeiro, gdyż ze względu na wiek i brak powołań chcą oddać te placówki. W tej sytuacji przeszliśmy do Rio i tam na początek przyjęliśmy 2 parafie po pallotynach włoskich. To już było coś konkretnego, jakaś baza do dalszej pracy. Tam „przymierzaliśmy się” do Brazylii, a tu już była praca w kościołach, parafiach zorganizowanych przez Księży Pallotynów. Prace tam kontynuujemy dotychczas.

Na początku, jak mawiał ks. Korbecki, trzeba było utrzymać się na powierzchni wody, bośmy nie mieli doświadczenia, ani nie znaliśmy dobrze języka, ani nie mieliśmy kogoś, kto by nas...

...wprowadził. Wprawdzie obiecał nam pomóc ks. Maślanka, który wcześniej wyjechał indywidualnie, ale pokazał się dopiero po dwóch latach, jak już utrzymaliśmy się na wodzie, gdyż w tym czasie sam przeżywał spore trudności.
Początki na pewno były ciężkie – problem poznania języka, kultury, wejścia w środowisko, mentalność tych ludzi. Utrzymaliśmy się z ks. Korbecki, głównie dzięki niemu. Doszedł ks. Kajfasz, który też jest człowiekiem twardym, upartym; ks. Janik i później ks. Jan Sopicki, który też był podporą w tamtym czasie. Stopniowo zaczynaliśmy się czuć „u siebie”.

R. – Czy Ksiądz przeżywał takie kryzysowe momenty, kiedy miał ochotę wracać?
K. –
Tak, miałem takie momenty. W pierwszych trzech latach miałem ogromną pokusę, żeby sobie dać z tym spokój. Czułem się ogromnie zagubiony w tym „ich” świecie. Brakowało oparcia, bo byliśmy zdani tylko na siebie. Nie bardzo wiedziałem co wtedy zrobić – trwać czy odejść. Wydawało mi się, że może to jednak pomyłka, za ciężki krzyż. W pewnym momencie „poczułem grunt pod nogami”. Myślę, że tym, co w pewnym momencie podtrzymało mnie na duchu, był przyjazd ks. Janika i ks. Sopickiego. To było oparcie psychiczne we współpracy. Gdy poczułem, że mam oparcie psychiczne w konkretnych ludziach, pallotynach, którzy są ze mną – przełamałem kryzys.
Bardzo dużo dla naszej misji zrobił ks. Korbecki. To on dostał teren pod budowę kościoła Miłosierdzia Bożego i seminarium; to on właśnie postawił w stanie surowym ten kościół. Choć trudno było mu wejść w środowisko robił, co miał robić i zrobił bardzo dużo. Obecnie jest w Meksyku.
Trzeba wspomnieć o tych, co odeszli, bo każdy z nich pozostawił swój ślad na tej ziemi: ks. Jan Jędraszek (odszedł po 6 latach), brat Jan Zgłobica, ks. Ludwik Homa (schorowany; pracował jakiś czas w Portugalii: zmarł w 1992 r.).

R. – Wspomniał Ksiądz, iż przyjęte parafie nie dawały możliwości przyjmowania miejscowych kandydatów.
K. -
Początkowo nie mieliśmy zaplecza dla ewentualnych kandydatów do kapłaństwa. Włosi wysyłali chłopców, zgłaszających się do nowicjatu czy seminarium do Italii, ale to nie zdawało egzaminu. Oni byli tam zupełnie zagubieni; czuli się jak ludzie drugiej kategorii. Musieliśmy zorganizować zaplecze dla zgromadzenia, dla seminarium. Udało nam się otrzymać za darmo teren (podobnie jak pod kościół Miłosierdzia Bożego). Fundusze na budowę trzeba było zdobyć samemu. Firma wykonująca była uczciwa. Udało się – i od 12 lat mamy seminarium. Klerycy mieszkają w tym budynku; tu prowadzona jest formacja duchowa i „nauka” życia wspólnotowego, natomiast studia (teologia, filozofia) odbywają na zewnątrz. Przez jakiś czas byłem ojcem duchownym w seminarium, a wiec miałem z klerykami sporo kontaktu. Powołań jest wiele, ale problemem jest wytrwanie, toteż przez 10 lat wyświęciliśmy tylko 4 księży. Wprawdzie do seminarium chłopcy trafiają już po nowicjacie, ale i tak często zniechęcają się, załamują – są mało odporni psychicznie. Poza tym wszystko odbierają bardzo emocjonalnie. Różne trudności wywołują pokusę, by wrócić do świata. Zdarza się, że odchodzą nawet po 4 – 5 latach w seminarium, bo ciągle nie potrafili adaptować się w tej sytuacji. Myślę, że dzieje się tak, ponieważ nie mają korzeni religijnych. Często pochodzą z rodzin o nieokreślonej religijności; gdzieś słyszeli, że można być księdzem, pallotynem, zgłosili się. Przez rok przyjeżdżali na dwudniowe spotkania powołaniowe. Przeszli nowicjat, ale nieraz przechodzą takie kryzysy, że muszą odejść.
Kleryków spotykam dość często, gdyż po drugiej stronie ulicy jest kościół Miłosierdzia Bożego, gdzie jestem proboszczem (od 9 lat), oraz Ośrodek Miłosierdzia Bożego.

R. – Kościół brazylijski w dużej mierze opiera się na współpracy ze świeckimi. Jak Ksiądz od tej strony ocenia Brazylijczyków?
K. –
Ludzi związanych ze sprawami pastoralnymi jest bardzo dużo; ksiądz właściwie tylko animuje, towarzyszy temu wszystkiemu. W mojej parafii są 23 różne grupy pastoralne czy stowarzyszeniowe, toteż nie jestem w stanie wszystkiego ogarnąć. W każdej grupie są ludzie odpowiedzialni, przygotowani do pracy w danym zakresie. Wystarczy pokazać, ukierunkować i radzą sobie doskonale, np. przygotowanie dla narzeczonych - ja mam jedną pogadankę, a resztę świeccy. W czasie rekolekcji karnawałowych miałem tylko jedna naukę dziennie, spowiadałem, odprawiałem Msze św., prowadziłem nabożeństwa pokutne i sprawowałem ogólny nadzór. Pozostałe pogadanki, skecze religijne, „dynamiki grupowe” prowadzili klerycy lub świeccy. Świeccy działają bardzo aktywnie i dobrze – to jest rzeczywiście kościół posoborowy, żywy.
W Brazylii charakterystyczne jest to, że wielu ludzi, którzy przyznają się do katolicyzmu uczestniczy też w innych kultach - to tak jak w polskim przysłowiu: „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. Tak postępują też niektóre osoby publiczne (np. politycy, piosenkarze) – jeśli przeżywają kryzys popularności i grozi im, że zostaną „wykopane”, to idą na kult afrobrazylijski, któremu przewodniczy mãe do santo czyli taka czarownica i tam próbują ratować swoją pozycję.

R. – Jaka jest Księdza parafia?
K. –
Parafia Miłosierdzia Bożego jest trochę inna niż nasze pozostałe placówki. Mieszka tu przeważnie klasa średnia, ludzie zaliczający się do inteligencji, a więc wykształceni. Większość deklaruje się jako katolicy, ale z 13 tys. mieszkańców przychodzi regularnie do kościoła zaledwie 10%. Natomiast prawie wszyscy chrzczą dzieci w kościele – rocznie jest ok. 300 chrztów. i ok. 100 ślubów. Ta dzielnica „budowała się” niemal razem z naszym kościołem. Zamieszkało w niej sporo cwaniaków różnych zawodów, m.in. inżynierów, pułkowników, wojskowych, policjantów federalnych. Do pracy w takim środowisku trzeba być specjalnie przygotowanym, żeby dotrzeć do ludzi. Napomnieć, ale nie urazić. Mówię do nich, że są razem ze mną odpowiedzialni za ewangelizację tego środowiska: „Przecież widzicie, jak nas (katolików) jest mało, jak mało nas przychodzi do kościoła. Tym bardziej musimy wiec być przedłużeniem Chrystusa w świecie, w którym żyjemy. To, co przeżywacie w kościele, powinno oddziaływać na wasze środowisko”. Apelując do poczucia odpowiedzialności, przygotowuję ich do pracy ewangelizacyjnej, by byli świeckimi apostołami, by dbali o dobry kontakt z innymi. Są już jakieś efekty, bo np. małżeństwa nie sakramentalne (ogromny problem Brazylii) mogą pracować w ekipach pomocy dla biednych czy pomagać przy rekolekcjach właśnie dla małżeństw nie sakramentalnych, mówiąc o codziennym życiu.

R. – Proszę nam opowiedzieć o kulcie Bożego Miłosierdzia w parafii.
K. -
Nasza parafia leży w geograficznym centrum Rio, choć centrum życia to plaże i tereny w pobliżu. Do nas docierają grupy ludzi z Rio i innych miast. Przyjmujemy ich serdecznie i zapraszamy do wspólnej modlitwy, mówimy o Bożym Miłosierdziu. Antonio de Aguiar, wikary w tej parafii, co dwa tygodnie uczestniczy w telewizji w programie, poświeconym Bożemu Miłosierdziu, jego przeżywaniu i realizowaniu. „Ozdobą” dyskusji są fragmenty „Dzienniczka” św. Faustyny, przygotowywane przez Antonia. Punktem centralnym jest oczywiście „Koronka do Miłosierdzia Bożego”. Podobny program prowadzi Antonio co tydzień w radio diecezjalnym.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: archiwum