Strona główna arrow Nauczanie arrow Chcę miłosierdzia, a nie ofiary...
Chcę miłosierdzia, a nie ofiary... Drukuj Poleć znajomemu
Homilia wygłoszona podczas Mszy św. jubileuszowej z okazji 40 lat pracy pallotynów w Brazylii i Rwandzie

Czcigodni Współbracia, Szanowni Goście,
Może zabrzmi to dziwnie, ale paradoksalnie, przy okazji tak wielkiego jubileuszu, jako tzw. sumista, mam ułatwione zadanie: kazanie za mnie powiedział już sam Pan Jezus. Nie mnie – marnemu prochowi – dopowiadać cokolwiek do słów Mistrza; tym bardziej, że ostrzega nas św. Leon Wielki: „niech ludzka mądrość nie waży się wyjaśniać tego, co już wyjaśniła mądrość wieczna”. Zatem stosownie do powyższego wskazania pozwolę sobie jedynie zwrócić uwagę na niektóre stwierdzenia z dzisiejszej Ewangelii, które rzucają pewne światło na charakter przeżywanej uroczystości.

Pójdź za mną...
W kościele św. Ludwika w Rzymie, narodowym kościele Francuzów w Wiecznym Mieście, możemy podziwiać przepiękny obraz Caravaggia przedstawiający w niezwykle plastyczny sposób usłyszany przed chwilą epizod ewangeliczny – powołanie Mateusza. Na pierwszy rzut oka obraz wydaje się jakiś taki „świecki”, absolutnie nie pasujący do kościoła. Ot, siedzą ludzie w tawernie i liczą pieniądze. Niemalże słychać gwar rozmów, śmiechy, odgłosy zabawy i pijatyki. Nagle wszystko zamiera – w strumieniu światła pojawia się jakaś postać i wskazuje na Mateusza. Inni tego nie wiedzą. Są zajęci swoimi sprawami i nie mają pojęcia, że na jednego z nich właśnie wskazał Bóg. Może i dostrzegają...
... jakiegoś człowieka, który wyciąga rękę, ale dla nich to przypadkowy facet. Aureoli nad jego głową nie dostrzegają na pewno. Liczą pieniądze, koncentrują się na rozrzuconych monetach, nic poza bogactwem świata nie widzą. Ale ten, po którego przyszedł Jezus, czyli Mateusz, czuje, że właśnie wywraca się jego życie. – Ja? – wydaje się dziwić, wskazując na siebie gestem podobnym do Jezusowego.

Ciąg dalszy znamy, dośpiewał go m.in. Jacek Kaczmarski:
Mateusz twoja kolej – nie podnosi głowy
Jakby zastygł z wbitymi w twardy blat palcami
Przez chwilę jeszcze siedział przez chwilę z nami
Potem wstał, pieniędzy nie wziął i odszedł bez słowa
– poszedł za Tym, od którego biło to niezwykłe światło.


Śmiem twierdzić, a w uzasadnieniu powołam się na autorytet niestety nieobecnego wśród nas naszego współbrata, ks. arcybiskupa Henryka Hosera, że takim momentem powołania misji w Rwandzie i Brazylii, był fakt założenia w Ołtarzewie grupy misyjnej.
Było to 1 października 1970 roku, kiedy to dwóch Henryków założyło w naszym seminarium wspólnotę, która zajmowała się aktualnymi misjami, misjologią. Tak początki wspomina ks. Arcybiskup: „To były najmłodsze roczniki, które założyły grupę misyjną i dzięki tej współpracy, rozwijając naszą świadomość misyjną, prowadząc rożne formy animacji misyjnej, wykształciliśmy solidną grupę, która w całości długiej karawany – jak my to mó-wimy – wyjechała w 1973 r.
na misje. To wspólnota misyjna była argumentem dla naszych przełożonych, aby mogli się podjąć misji zagranicznych, których wtedy nie było”.

Obie grupy tej samej karawany poszły tam, skąd biło niezwykłe światło. Jedni do Rwandy, która, jak przekazują starcy klanów przy ogniskach, powstała z ognia. To znajdujące się na północy wulkany, które jej pilnują, zionąc ogniem, siarką i dymem, utworzyły niepowtarzalny krajobraz tysiąca wzgórz, który na początku był ziemią spaloną, a dziś karmi miliony ludzi tam żyjących. Inni do Brazylii, która, jak twierdzą sami Brazylijczycy, jest zwieńczeniem stwórczego działa Boga, a samo Rio stoi na szczycie owego najdoskonalszego dzieła.

Co nimi powodowało? Co kazało opuścić bezpieczne środowisko i udać się w nieznane? Przecież potrzeby pastoralne polskiej prowincji były ogromne.

Odpowiedź na „pójdź za mną”?; przejęcie się misyjnym nakazem – „idźcie na cały świat...”? czy „biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”? – z pewnością tak. Sądzę jednak, iż był jeszcze inny powód, o którym wspomina Jezus w dzisiejszej Ewangelii.

Nie potrzebują lekarza zdrowi...
Dla kogo Bóg jest wszystkim, ten zrobi bardzo wiele, aby również inni poznali Jego imię, aby odkryli Boga zbawiającego człowieka. Osoba rozmiłowana w Panu będzie głosić innym Jego imię i Jego naukę. Przesiąknięci charyzmatem Pallottiego – ad infinitam Dei gloriam – nie mogli inaczej. Niektórzy z obecnych tu misjonarzy być może obruszą się, twierdząc, że tak wzniosłe cele im nie przyświecały; a pierwsze, jakże bolesne, zderzenie z misyjną rzeczywistością już na pewno wyleczyło z wszelkich teologiczno-ideologicznych wzniosłości. Ale gdyby u fundamentów waszej motywacji nie było wiary i pragnienia podzielenia się nią z innymi, wasza działalność w zetknięciu się z ogromem ludzkiej nędzy na faveli w Rio czy wniknięcie w mentalność Rwandyjczyka (bez dzielenia na Hutu czy Tutsi) zakończyłaby się spektakularną klęską.

Nie było i nie jest łatwo głosić Ewangelię ludziom, którzy uważają cię za szpiega systemu komunistycznego, a tak przecież postrzegano was w Brazylii. Nie było i nie jest przyjemne być odbieranym jako przedłużenie ramienia znienawidzonego kolonizatora, a do tego wystarczył tylko kolor skóry w Afryce. Bez świadomości, że wiara jest darem, który został nam dany, abyśmy się nim dzielili; jest podarowanym talentem, który ma owocować... nie byłoby dzisiaj tej Eucharystii i nie byłoby dwóch dynamicznie rozwijających się jednostek administracyjnych SAC będących dumą, tak, dumą – nie lękam się użyć tego określenia – naszego Stowarzyszenia.

Nie potrzebują lekarza zdrowi...
Wasz wyjazd 40 lat temu, jak również dzisiejsze wyjazdy nowych zastępów misjonarzy nie mają na celu tworzenia struktur administracyjnych, a już na pewno nie pompowanie pychy przełożonych, lecz głoszenie Dobrej Nowiny, dawanie świadectwa.
Miniony XX wiek, ale i nasz XXI stały się wiekiem świadków. Zarówno 40 lat temu, jak i dzisiaj wiara i jej wyznawanie wiąże się z dawaniem radykalnego świadectwa wierności Bogu i Ewangelii w obliczu kultury, stylu życia i mody, która jest obojętna lub wroga wobec wartości ewangelicznych. Po bolesnych doświadczeniach konfrontacji z faszyzmem, komunizmem, staje przed nami, jako ludźmi wiary, kolejna konfrontacja z kulturą, która skłania nas do tanich kompromisów z sumieniem, z wyznawanym przez nas światem wartości ewangeliczno-etycznych.

40 lat temu, podobnie jak dzisiaj, z mediów, od rodziny, od kolegów płynęła zachęta, abyśmy nie byli „naiwni”, abyśmy – w imię nowoczesności – rezygnowali krok po kroku z wierności swojemu sumieniu i 10 przykazaniom. Abyśmy broń Boże nie wychodzili na zewnątrz z naszą zaściankową wiarą, próbując zaszczepiać ją innym.

Odpowiedzią na tę szatańską pokusę nijakości był wasz wyjazd i niewykluczone, że towarzyszyły wam słowa nieżyjącego poety Zbigniewa Herberta:
Idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
Wśród odwróconych plecami i obalonych w proch
Ocalałeś nie po to aby żyć
Masz mało czasu trzeba dać świadectwo
Bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
W ostatecznym rachunku jedynie to się liczy (...)
Strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
Oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
Powtarzaj: zostałem powołany – czyż nie było lepszych?

(Zbigniew Herbert,
Przesłanie Pana Cogito)

W tym kontekście jakiejś większej mocy nabierają słowa papieża Franciszka wypowiedziane do młodych na zakończenie ostatniego Światowego Dnia Młodzieży w Brazylii: „Ewangelizacja jest dawaniem osobiście świa-dectwa o miłości Boga, jest przezwyciężaniem naszych egoizmów, jest służeniem, pochylając się, żeby umywać nogi naszym braciom, tak jak to czynił Jezus”.
I tu dotykamy trzeciego aspektu dzisiejszej Ewangelii mającego odniesienie do naszej uroczystości.

Chcę miłosierdzia, a nie ofiary...
Ewangelia to nie jest jakaś zła informacja o kondycji człowieka i świata – choć tę prawdę odsłania – to przede wszystkim Dobra Nowina, która mówi nie tyle o ludzkiej słabości, ile o sile Bożego Miłosierdzia. Bo „im większy grzesznik, tym ma większe prawo do Mojego Miłosierdzia”, jak powiedział Jezus do Siostry Faustyny. Dzisiejszy patron, św. Mateusz, i jego kompani doświadczyli tego bardziej niż namacalnie.
Dzisiaj możemy powiedzieć, że żyjemy w erze Bożego Miłosierdzia. Chyba nigdy w historii nie rozbrzmiało tak orędzie o Bożym przebaczeniu, jak współcześnie. Obraz Jezusa Miłosiernego jest dzisiaj najbardziej rozpoznawalnym obrazem religijnym na całym świecie, a sam Jezus powiedział, że jest on naczyniem, przez które chce rozlewać na świat swoją łaskę. Również na tym polu – szerzenia orędzia miłosierdzia – pallotyni w Brazylii i Rwandzie nie mają się czego wstydzić. Wprost przeciwnie.

Co można było zaproponować ludziom, którym teologia wyzwolenia przedstawiała Chrystusa, niczym Che Guevarę, jako rewolucjonistę niszczącego przy użyciu przemocy panujący porządek świata? Z czym należało wyjść do ludzi biorących czynny lub bierny udział w straszliwym ludobójstwie w Rwandzie i twierdzących później, że Bóg umarł?

Najwłaściwszą odpowiedzią na tę teologię „śmierci Boga” było i jest pokazanie, jak On jest obecny w świecie poprzez swoje miłosierdzie objawione w Jezusie Chrystusie i dostępne w sakramentach oraz w czynach miłosiernych. Podstawowym zadaniem posłannictwa Kościoła wobec współczesnego świata jest dawanie świadectwa o miłosierdziu Boga.

W encyklice Dives in misericordia Jan Paweł II stwierdza: „Kościół winien dawać świadectwo miłosierdziu Boga objawionemu w Chrystusie, w całym Jego mesjańskim posłannictwie, przede wszystkim wyznając je jako zbawczą prawdę wiary i życia z wiary, z kolei starając się wprowadzać je i wcielać w życie zarówno własnych wyznawców, jak też w miarę możności wszystkich ludzi dobrej woli. Wreszcie Kościół – wyznając miłosierdzie i nie odstępując od niego w życiu – ma prawo i obowiązek odwoływać się do miłosierdzia Bożego, wzywając go wobec wszystkich przejawów zła fizycznego i moralnego, wobec wszystkich zagrożeń, które tak bardzo ciążą nad całym horyzontem życia współczesnej ludzkości” (DM 12).

Misja głoszenia Bożego Miłosierdzia wyraża się w wyznawaniu prawdy, że Bóg jest miłosierdziem oraz uwielbieniu Boga miłosierdzia. Drugim zadaniem Kościoła, a więc uczniów Chrystusa, jest czynienie miłosierdzia. Trzecim polem dawania świadectwa o Bogu jest modlitwa o miłosierdzie dla świata. Punktem wyjścia wszelkiej działalności w dziedzinie apostolstwa Miłosierdzia Bożego jest wyznanie wiary w Boga miłosierdzia.

I to wszystko miało i ma miejsce na wszystkich misjach prowadzonych przez polskich pallotynów. Nie dewocja, nie samo nabożeństwo, nie klepanie koronki, jak niektórzy nas oskarżają, lecz głoszenie orędzia, wskazywanie na jeden z najistotniejszych przymiotów Boga. A początek był 40 lat temu.

Ks. Adam Golec SAC