Strona główna arrow Nr 66 (1/2014) arrow Betesda. Czy chcesz być zdrowy?
Betesda. Czy chcesz być zdrowy? Drukuj Poleć znajomemu
Sadzawka Betesda, zwana także Owczą, kojarzy się nam z cudem uzdrowienia paralityka, opisanym w Ewangelii według św. Jana (5, 2-17). Miejsce to znajduje się w Jerozolimie, na terenie posesji należącej od 1878 roku do zakonu Ojców Białych.

Aby tam dotrzeć, trzeba kilkadziesiąt metrów po wejściu Bramą Św. Szczepana skręcić w prawo. Na próżno jednak będziemy szukać tam dziś lustra wody. Nie ma jej. Po zburzeniu Jerozolimy w 70 roku po Chrystusie miejsce uzdrowień na długi czas poszło w zapomnienie. Dziś dostrzegamy tu jedynie fragment kolejnych budowli, które powstawały na miejscu sadzawki na przestrzeni wieków: pogańskiej świątyni ku czci Eskulapa z III wieku czy też kościołów chrześcijańskich z czasów bizantyjskich i okresu Krzyżowców. Trudno sobie wyobrazić, że za czasów Pana Jezusa głęboka na 10 metrów sadzawka zajmowała powierzchnię około 120 na 60 metrów.

Powstała ona kilkaset lat przed Chrystusem, gdy dzięki wybudowaniu przegrody, woda deszczowa spływająca doliną ze wzgórza utworzyła naturalny zbiornik. Nieco później...
... przekształcono go w sztuczny zbiornik, z którego kanałem doprowadzano wodę do Świątyni Jerozolimskiej. Około 150 roku przed Chrystusem powstało i rozwinęło się tu miejsce uzdrowień. Badania archeologów wykazały, że Sadzawka Owcza składała się z dwóch zbiorników położonych obok siebie. Każdy z nich otoczony był portykami, pod którymi w ciągu dnia znajdowali schronienie liczni chorzy i kalecy: niewidomi, chromi, sparaliżowani. Łączyła ich nadzieja na odzyskanie zdrowia. Gdy lekarze byli już bezradni, gdy wyczerpały się pieniądze na leczenie, a najbliżsi tracili cierpliwość, ta sadzawka była dla nich ostatnią szansą. Czekali więc, wpatrzeni w jej wody. Nie widzieli żadnego Anioła. Ale fakty mówiły same za siebie. Co jakiś czas woda się poruszała i kto pierwszy wszedł do sadzawki po poruszeniu się wody, doznawał uzdrowienia niezależnie od tego, na jaką cierpiał chorobę. Zatem czekali.

Ten człowiek leżał tu już od wielu lat. I nagle zaskoczyło go to pytanie. Bardzo dziwne pytanie, jak pocisk trafiające w środek serca: „Czy chcesz być zdrowy?”. Przecież o niczym innym nie marzył od 38 lat. Tysiące razy zadawał sobie to samo pytanie: „Dlaczego ja?”. Szukał przyczyny swej choroby, niczym Hiob. Czy to cierpienie to za własne grzechy? A może za grzechy rodziców? Nie znajdował odpowiedzi. Natomiast zazdrościł. Tylko jednego. Nie bogactwa. Nie chciał złotego pałacu ani nawet pięknych powłóczystych szat. Nie chciał robić żadnej kariery. Dziwił się tym, którzy marnowali swe życie w pogoni za ulotną chwilą sławy. Jego największym marzeniem i tęsknotą było zdrowie. Żeby tak choć kilka kroków zrobić o własnych siłach. To dlatego tu leżał.

Od wielu lat śnił mu się ten sam sen: oto porusza się woda w sadzawce, a jemu pierwszemu udaje się do niej dostać. Był to sen dający nadzieję. Ale przecież bardzo głupi sen. Dokoła niego było tak wielu chorych. Niektórzy z nich pochodzili z bogatych rodzin. Stać ich było na opłacenie kilku noszowych, którzy dniem i nocą czuwali na zmianę, aby gdy tylko nadejdzie poruszenie wody, wrzucić do niej swego podopiecznego. Inni chorzy leżący obok mieli znajomości albo umieli się dobrze posługiwać swymi łokciami i zawsze dopchali się pierwsi tam, gdzie chcieli. A on? Ani zdrowia, ani znajomości, ani umiejętności posługiwania się w życiu łokciami.

Nie dość, że nie miał zdrowia, to w dodatku był takim nieudacznikiem życiowym. Nie miał pojęcia, po co właściwie żyje. Brak mu jednak było odwagi na popełnienie samobójstwa. Dlatego wegetował. Bo trudno było to nazwać życiem. Od 38 lat leżał tu zagubiony wśród innych chorych. Ilekroć ktoś wrzucony jako pierwszy do sadzawki odzyskiwał zdrowie, brała go wściekłość na swą niemoc. Wtedy płakał. Za każdym razem na nowo płakał, jak dziecko. I marzył o tym, co po ludzku biorąc było nierealne.
Tylko, co innego mógł robić? Miał obok siebie swoją miskę, do której od czasu do czasu ktoś wrzucał kawałek chleba albo wlewał trochę wody. I czekał, sam nie wiedząc na co.

„Czy chcesz być zdrowy?” Tak, Panie, bardzo chcę być zdrowym. Nie znam Cię, ale tego jestem pewien. Całym sercem i całą duszą, ze wszystkich moich sił zapewniam cię: pragnę być zdrowym, tylko o tym marzę od 38 lat. I wtedy usłyszał: „Wstań, weź swoje łoże i chodź!” W tej chwili natychmiast wyzdrowiał.

Otrzymał ogromny dar. On, nie mający pieniędzy, nie umiejący rozpychać się w życiu łokciami, bez znajomości. To właśnie jego prośba została wysłuchana. Zalało go poczucie szczęścia. Teraz tylko myślał o tym, jak najlepiej wykorzystać każdą chwilę życia, jak żyć w przyjaźni z Bogiem realizując polecenie: „nie grzesz więcej”.

Gdy będę umiał tak prosić Boga, jak o swe zdrowie prosił paralityk, to mnie może też przydarzyć się cud uzdrowienia. Z choroby ciała lub ducha. „Proście a otrzymacie”. Tylko żebym umiał tak prosić, żebym chociaż chciał.

Ks. Piotr Nowicki SAC