Strona główna arrow Nr 66 (1/2014) arrow I Bóg kiedyś stał się wędrowcem...
I Bóg kiedyś stał się wędrowcem... Drukuj Poleć znajomemu
Podróż na Bliski Wschód jest z pozycji Europejczyka zawsze czymś szczególnym i egzotycznym. Inne są miejsca, twarze, zapachy, odgłosy, gesty i języki. Właściwie każdy, kto odwiedził te tereny, może to potwierdzić. Jednak wyprawa na obszary bliskowschodnie – do Izraela, Autonomii Palestyńskiej, Jordanii, Syrii czy Egiptu – może być przeżywana nie tylko jako egzotyczna przygoda spotkania z inną kulturą, ale także jako swoista podróż w przeszłość – przeszłość opisaną w najstarszych tekstach literackich świata – w księgach biblijnych.


Skrzyżowanie świata


Bliski Wschód, zwany czasem Żyznym Półksiężycem, to szczególne miejsce. Jeśli bowiem uważnie spojrzymy na mapę świata, to łatwo dostrzeżemy, iż stanowi on swoiste skrzyżowanie dróg i szlaków pomiędzy Afryką, Azją i Europą. To miejsce, które w starożytności musiał odwiedzić każdy, kto z głębi kontynentu azjatyckiego czy z Afryki zdążał na zachód bądź na północ. Najstarsze fragmenty Biblii od początku wskazują na nomadyczny charakter tej ziemi. Jej bohaterowie – szczególnie obrazujący początki rodu ludzkiego – Kain, Noe, Lot, Abram, jego syn Izaak i jego wnuk Jakub — to strudzeni wędrowcy, podróżujący pomiędzy dorzeczem Eufratu i Tygrysu a piramidami Egiptu.

Można zatem popatrzeć na ziemię i drogi współczesnej Jordanii, Izraela, Palestyny czy Iraku, widząc w nich przestrzeń podróży podjętej z tęsknoty za lepszym życiem i bezpiecznym schronieniem. Kilkanaście pierwszych rozdziałów...
... Księgi Rodzaju, których historia rozgrywała się na dzisiejszych bliskowschodnich terenach (od Iraku do Egiptu, a nawet Etiopii), to opowieść o wędrowcach, z których najbardziej znanym jest Abraham – patriarcha trzech wielkich religii świata. Kiedy mam okazję być nad brzegami Morza Martwego z jego słoną i oleistą wodą i patrzeć na surowe wzgórza Pustyni Judzkiej, gdy mogę przystanąć pod dębami Mamre w Hebronie, myślę o biblijnym nomadzie Abrahamie i jego rodzinie, o Locie i jego ciekawskiej żonie, wiem, że ta kraina była wtedy piękna, zielona i żyzna, a biblijni bohaterowie wraz ze swym dobytkiem podróżowali wpatrzeni i wsłuchani w znaki i głosy natury i Boga.

Bóg – Nomada

Nie ta jednak (dość przecież banalna refleksja) skłania mnie do głębokiej zadumy, ale uświadomienie sobie, że w tych geograficznych przestrzeniach, gdzie skrzyżowały się drogi wielu nacji, kultur i rodów, także Bóg wybrał los wędrowca. Biblia i spotkanie z realiami Bliskiego Wschodu sprawiły, iż zrozumiałem, że w czasach Abrahama, Lota, Sary, Izaaka i Jakuba, a także wiele razy potem, Bóg wybrał się w podróż, Bóg stał się wędrowcem podróżującym przez świat. Bóg wędrował tymi drogami i ścieżkami, wśród tych krajobrazów i horyzontów. Sądzę więc, że Biblia – pierwsze księgi Starego Testamentu, a potem w sposób szczególny relacje ewangeliczne – mówi nam, że właśnie tu, na skrzyżowaniu dróg świata, pomiędzy Afryką, Azją a Europą, kilka tysięcy lat temu, można było spotkać tajemniczego Wędrowca. Pierwszym, który tego doświadczył był Abraham – nomada z chaldejskiego Ur, posłuszny głosowi nieznanego Boga, mówiącego mu – „wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci wskażę„ (Rdz 12,1).

Abraham jest znakiem i metaforą życia w podróży, decyzji o wyruszeniu w nieznane, ku obcym krajobrazom i obcym twarzom. Nigdy nie dowiedzielibyśmy się o człowieku z miasta Ur, gdyby nie jego podróż, w której doświadczył czegoś wyjątkowego – spotkał tajemniczych pielgrzymów.

Myślę więc, że można spojrzeć na Biblię jako na opowieść o podróżnikach, którzy w trudzie drogi doświadczyli rzeczy niezwykłych. I choć w samej Biblii jest wiele wątków wędrownych, to jeden uważam za szczególny – narrację z osiemnastego rozdziału Księgi Rodzaju, w której widzimy Abrahama siedzącego u wejścia do swego namiotu w najgorętszej porze dnia. Właśnie wtedy, w ciężkie od powietrza, nieruchome i upalne południe, patriarcha zauważa idących ku niemu trzech wędrowców.

Wierny wschodniej tradycji gościnności, widząc, że przybysze są obcy, Abraham podjął ich bardzo serdecznie. Pamiętamy, że właśnie wtedy, pod dębami Mamre, w popołudniowo-wieczornej godzinie, tajemniczy wędrowcy ogłosili stuletniemu już prawie Abrahamowi nieoczekiwaną nowinę: „O tej porze za rok znów będę u ciebie, a twoja żona Sara będzie miała wtedy syna”. Sara, która podsłuchiwała w namiocie obok rozmowę tajemniczych gości, zaśmiała się myśląc sobie: „Teraz, gdy przekwitłam, mam doznawać rozkoszy i mój mąż starzec?”. Tajemniczy przybysze mówią zaś do Abrahama: „Dlaczego to Sara się śmieje i myśli: czy naprawdę będę mogła rodzić, gdy już się zestarzałam? Czy jest coś, co byłoby niemożliwe dla Pana?” (Rdz 18,13). I autor biblijny relacjonujący to przedziwne spotkanie mówi: stąd wzięło się imię potomka Abrahama, bowiem hebrajskie „jizchak” znaczy „uśmiechać się”, a dokładnie jest to transkrypcja wyrażenia Jchq-‘El „niech Bóg wejrzy z uśmiechem”. Słowo to stało się imieniem potomka patriarchy. Izaak jest synem uśmiechu, ponieważ żona Abrahama nie wierzyła, że na stare lata może rozpocząć nową podróż – podróż do macierzyństwa, podróż do nowego etapu życia.

Zarówno żydowska, jak i chrześcijańska tradycja, w biblijnej opowieści o tajemniczych wędrowcach odwi-dzających Abrahama, widzi prawdę, że to sam Bóg przybył do patriarchy, u niego ucztował i zanim rozmawiał. W subtelnie symboliczny sposób opowieść ta pokazuje, że i Bóg podjął trud wędrówki. Wybrał się w drogę, ponieważ zapragnął spotkać człowieka.

Trzej tajemniczy wędrowcy przyszli do Abrahama nie tylko oznajmić mu radosną wieść o narodzinach syna, ale także by ostrzec jego i bliskich (Lota z rodziną), o tym, iż dopełniła się miara Bożego gniewu na Sodomę i Gomorę. Bóg wyruszył, by odnaleźć bogobojnego i sprawiedliwego człowieka i z nim podzielić się troską nad światem. Jak pisze autor Księgi Rodzaju, Abraham odprowadza wędrowców i w drodze życzliwie targuje się z nimi o los Sodomy i Gomory prosząc, by Bóg, który oznajmił – „skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, chcę iść i zobaczyć, czy postępują tak, jak głosi oskarżenie” – odnalazł tam dziesięciu sprawiedliwych i oszczędził miasta.


Wędrowiec z nieskończoności

Ten biblijny obraz ma dla mnie głęboki alegoryczny sens – oznacza podróż Boga do świata, podróż z nieskończoności w skończoność. Odnajduję tu metaforę wyjścia Boga ze swej transcendencji, ze swego nieskończonego bytu, by móc odnaleźć i spotkać zagubionego człowieka. Zobaczyć, jak on żyje i postępuje. Boży wędrowiec chce odnaleźć sprawiedliwego patriarchę, ale także zepsutych i przewrotnych mieszkańców Sodomy. Oto Bóg dokonał pesach – „przejścia”, by poszukać człowieka i tym samym naznaczył świat swoją absolutną obecnością. Bóg stał się wędrowcem po to, by spotkać człowieka, który przez grzech był zmuszony wyruszyć z raju w nieprzyjazny świat.

Swoista jest jednak ta podróż Boga do świata. Transcendentny i absolutnie Inny musiał wyjść z nieskończoności do skończoności, od tego, co nieogarnione do tego, co ograniczone. Bóg podjął trud wychodzenia ku skończoności, ponieważ, gdyby nie doświadczał tego, czego my doświadczamy, nie wypełniłby niejako pewnej powinności względem swego stwórczego działania. Tak jak my, ludzie, nie uważalibyśmy kogoś za dobrego, gdyby ten ktoś zostawił swojego przyjaciela w największej potrzebie, tak również – to oczywiste – nie uważalibyśmy Boga za doskonałego, gdyby Bóg pozostawił nas samotnych w świecie.
Nie da się cierpieć, nie cierpiąc, dlatego Bóg wybrał los pielgrzyma, by bezpośrednio doświadczyć tego, co ograniczone i skończone. Oznacza to, że skoro Bóg nieskończony i absolutny stworzył skończone uniwersum, to w ostateczności, by wypełnić jego największy sens – pełną realizację natury świata – musi dokonać przezwyciężenia różnicy pomiędzy skończonością a nieskończonością.

Istnienie samo, „Samoistne Istnienie” nie znałoby w pełni świata od niego pochodzącego, gdyby nie doszło do granicy istnienia – znoju, cierpienia i śmierci. Bóg zatem, będąc Bogiem, doświadczył także tego najmniejszego istnienia, w swoisty sposób przekraczając naturę swego istnienia. Bóg, chcąc zejść w skończoność, musiał dokonać cudu natury (nieskończony Bóg ograniczył się ludzkim ciałem), by uleczyć naturę istnienia. Stało się to możliwe dzięki owej niezwykłej podróży, w której On sam dokonał przekroczenia natury, przechodząc z nieskończoności w skończoność, z bytu Boga do bytu Boga-Człowieka.

W teologicznej refleksji chrześcijańskiej ta prawda wyrażona jest w nauce o wcieleniu. Inkarnacja Boga jest największym spełnieniem obecności i podróży Boga w świecie. Bóg stał się podróżnikiem i wędrował przez świat w tajemnicy wcielenia. Jak mówi Stanisław Judycki – przywołując w rozważaniach o inkarnacji intuicje średniowiecznych mnichów i uczonych Rajmunda Lulla, Bonawentury, Jana Dunsa Szkota – świętość i doskonałość Boga polega właśnie na niewyobrażalnym dla nas doświadczeniu, jakim musi być przejście przez próbę skończoności, wejście absolutności w ograniczony świat (zob. S. Judycki, Bóg i inne osoby, Poznań 2010, s. 69-78, 91-98). W ten sposób Bóg dopełnia racji doskonałości, ponieważ spełnia warunek obecności w zmienności, przygodności i nietrwałości świata. Dzięki temu Jego wiedza o tym, jaki jest wszechświat, dopełnia się i staje się doskonała. Bóg jest ukrytym pielgrzymem, który nas odwiedza, a znajomość naszej zwyczajności i doczesności czyni go istotą najdoskonalszą.


Nieustająca Pascha

Piękna opowieść o Abrahamie i tajemniczych wędrowcach prowadzi więc ku refleksji o inkarnacji Boga w świat, ale może być przecież pociągnięta jeszcze głębiej. Opisany w późniejszych księgach biblijnych Jezus Chrystus, Rabbi z Nazaretu wędrujący drogami Palestyny – owo życie, które objawiło się i które (jak pisał św. Jan) „ujrzeliśmy własnymi oczami, na które patrzyliśmy i którego dotykały nasze ręce” – stał się sensem wciele-nia, z pełnym doświadczeniem ludzkiej egzystencji – narodzin, samotności, cierpienia, bliskości, ciała, miłości, a ostatecznie i śmierci. Ten, który przez kilkanaście lat gdzieś w prowincjonalnej Galilei spał, jadł, nauczał i wędrował, spotykając rzesze ludzi, odbył też szczególną podróż w sobie. Jego wewnętrzna „pascha” była osobniczym przejściem. Musiała dokonać się extra naturam, ponieważ to, co absolutne nie może inaczej „pojawić się” w naturalnym świecie. Tylko przekraczając naturę, Absolut mógł stać się wędrowcem doczesności. Od narodzin z Dziewicy przez cierpienie, ból, śmierć, „zejście” do otchłani, aż ku zmartwychwstaniu i wstąpieniu (powrocie) ku temu, co nadnaturalne, co nadprzyrodzone.
I tu ujawnia się – jak sądzę – ostatni etap Wędrowca. Jego obecność w świecie nabrała innego, głębszego i wymagającego wymiaru. Absolutny, nieskończony Bóg stał się chlebem i powierzył się ludzkim rękom. Stał się Eucharystią, by na zawsze pozostać obecnym tutaj. Czyż nie jest to podróż? Bóg, który dla stworzenia zawsze jest i będzie absolutny, tajemniczy, Inny, spotyka się z nami, pojawiając się „pod postaciami chleba i wina”. Sprawia, że: „Słowem więc Wcielone Słowo/ chleb zamienia w Ciało swe/wino Krwią jest Chrystusową/ darmo wzrok to widzieć chce/ tylko wiara bożą mową/ pewność o tym w serca śle”.
Oto ostatni etap Jego wędrowania w świecie – mogę spotkać Boga, który już nie tyle jest strudzonym pielgrzymem ludzkich dróg, ile „pokarmem pielgrzymów”.

* * *

Odwiedzając współczesną Jerozolimę i wraz z turystami różnych nacji zwiedzając tkwiące kilka metrów poniżej poziomu obecnych dróg, placów i budynków miasta, zachowane fragmenty Zachodniego Muru Świątyni Jerozolimskiej, dociera się do poziomu ulicy sprzed dwóch tysięcy lat. Kamienny bruk, pozostałość kilku kolumn, Mur Zachodni uświadamiają, że zatrzymaliśmy się w miejscu, w którym w czasach Heroda Wielkiego, Annasza, Kajfasza i Poncjusza Piłata, rzesze mieszkańców i pielgrzymów zdążały do bram Świątyni. Przewodnik mówi, że tą trasą przybywali do miasta wędrowcy z północnej części Izraela, z Galilei.

A więc i Jezus wraz z uczniami zdążał tą drogą. Dotykam bruku, ścian muru – chcę dotknąć śladów Wędrowca – i uświadamiam sobie, że podróż Boga w stronę człowieka jest tak naprawdę po to, by człowiek podjął podróż w stronę Boga i zrozumiał, że On z nieskończoności dotarł do nas, aby pokazać nam naszą własną skończoność. Dzięki temu ja stanę się Człowiekiem, a On pozostanie Bogiem, nigdy odwrotnie. Porządek uniwersum natury i nadnatury zostanie zachowany – w Wędrowcu rozpoznam Boga, w sobie rozpoznam Człowieka.

Ks. dr Jacek Grzybowski
adiunkt Wydziału Filozofii UKSW.
Wykłada filozofię kultury, filozofię polityki i historię filozofii
w Wyższym Seminarium Duchownym Diecezji Warszawsko-Praskiej i na UKSW
Zdjęcia: ks. Jarosław Kamieński, ks. Artur K