|
W Brazylii jestem od października 1976 r. Pojechałem nie znając nawet jednego słowa po portugalsku i nic prawie nie wiedząc o tym kraju. Ale było tam już trzech „naszych”, księża: J. Jędraszek, T. Korbecki, Cz. Zając.
Przez 15 lat pracowałem w Rio de Janeiro w parafii św. Rocha, od 12 lat jestem w Itaperunie w stanie Rio de Janeiro, odległej od Rio ok. 350 km. Jest to miasteczko, liczące ok. 150 -160 tys. ludzi, z 4 parafiami (z tego 3 pallotyńskie). W Brazylii urzeka spontaniczność ludzi, szczególnie w liturgii. Niby jest wszystko to samo co w Polsce, a jednak...
Mnie się wydaje, że Brazylijczycy wszystko przygotowują z większym zaangażowaniem i spontanicznością. Oprawę liturgiczną przygotowują poszczególne grupy (ruchy), np. Spotkania Małżonków z Chrystusem, Apostolstwo Modlitwy, Liga Katolicka czy młodzież – w każdą niedzielę, o każdej godzinie inna grupa prowadzi czytania, komentarze, śpiewy. Przygotowują także sami...
...(oczywiście pod moim nadzorem) na podstawie folietów (broszur), wydawanych przez redemptorystów w Brazylii. Oni już w niedzielę biorą foliet na następny tydzień i w ciągu tygodnia trwają próby – sami się organizują. I nie ma tak, że tylko ten umie czytać. Tam wychodzą ze środka kościoła, podchodzą do pulpitu, czytają i oddają następnemu. Wszyscy aktywnie uczestniczą we Mszy św. Nikt nie rozgląda się – kiedy wreszcie będzie koniec. A kiedy jest koniec to nie ma tak, że w momencie nie ma nikogo. Nie – oni jeszcze posiedzą, pomodlą się, pośpiewają, pogadają. Nie ma takiej gonitwy jak w Polsce. Tam czuje się, że przychodzą, bo chcą, a nie „bo to obowiązek w niedzielę iść na Mszę św.”
Tam przy każdej wspólnocie jest jakiś salon, salki katechetyczne, gdzie ci ludzie mogą się zbierać. W Rio jest barek. Parafianie sami „organizują” ciasto, różnego rodzaju napoje (oprócz alkoholowych) kawę, mleko. Zamiast iść do domu wypiją kawę czy zjedzą śniadanie. Ale w tym czasie już postoją, poplotkuja, coś opowiedzą. Nie uciekają.
W Itaperunie nie ma kina, teatru. Są kluby, ale tam jest niebezpieczeństwo narkotyków, pijaństwo i rodzice się boją, a i ta młodzież, która trzyma się Kościoła nie chce tam chodzić. Kiedyś młodzież 13 – 16 lat przyszła do mnie z prośbą, że chcieliby się pobawić. Powiedziałem, proszę bardzo, jak chcecie zorganizujcie zabawę w salce pod kościołem. Zaczęli po Wielkanocy – rozesłali zawiadomienia, że zostanie otwarta dyskoteka. Bawią się tam bardzo ładnie w każdą sobotę. O 19.00 jest Msza św., a od 20.30 do północy młodzież bawi się na dole. Po pierwszej dyskotece rozpętała się szalona dyskusja - jak to: dyskoteka w kościele? Ksiądz pozwolił? Kazałem zachować spokój i wszystko „rozeszło się po kościach”. Przychodzi coraz więcej młodzieży. Sami się organizują, sprzedają ciasta i napoje; tanio, ale mają z tego parę groszy na płyty, na instrumenty itp.
Rodzice mają nadzór, mogą wejść w każdej chwili. Postawiłem warunek, że mają pilnować, żeby nie było żadnych narkotyków. Oni wszyscy się znają, a więc łatwo zaobserwować obcych. Myślę, że i w taki sposób wnosimy swój wkład w ochronę młodzieży przed narkotykami, a także przyczyniamy się do więzi miedzy członkami wspólnoty parafialnej.
Ks. Stefan Kajfasz SAC Zdjęcie: Zdzisław Sowiński |