Strona główna arrow Nr 65 (4/2013) arrow Kairiru i Mushu. Parafia na wyspach
Kairiru i Mushu. Parafia na wyspach Drukuj Poleć znajomemu
Kairiru i Mushu to nazwy dwóch wysp, na których mieszkam ja i moi parafianie. Trudno powiedzieć, jak wielka jest populacja ludzi zgromadzonych na tych wyspach położonych na Morzu Bismarcka, ale szacuje się, że jest to około 8 tysięcy ludzi (licząc również kobiety i dzieci).

Do stałego lądu nie jest zbyt daleko: przy spokojnym morzu trasę między wyspą Kairiru a miastem „wojewódzkim” Wewak można pokonać w godzinę. Niestety, przy morzu wzburzonym czas się ten wydłuża i może zająć więcej niż 100% czasu w normalnych warunkach. A przekonał się o tym jeden ze współbraci, który płynął na Kairiru, by wygłosić rekolekcje do jednej z grup działających przy parafii. Mimo iście kowbojskiego kapelusza z szerokim rondem zakrywającym głowę i połowę „korpusu” spalił się na „raka”, a wieczorem szukał ukojenia, smarując się różnorodnymi kremami i mazidłami, by choć trochę ulżyć boleściom i katuszom.

Kairiru i Mushu... dwie wyspy położone tuż obok siebie: dzieli je zaledwie wąski przesmyk. A mimo to nie są one bliźniacze – różnią się znacznie. Przez środek wyspy Kairiru...
... wznoszą się góry, które w najwyższym punkcie osiągają 800 m n.p.m. (żadna wysokość, ktoś mógłby powiedzieć, ale z doświadczenia wiem, że potrafi dać w kość). Pierwsza wyprawa na szczyt zajęła mi prawie 4 godziny. Obecnie kondycja poprawiła się i już wiem, że pionową ścieżką, trawersując między przepaściami w klimacie tropikalnym i w skwarze słońca możliwe jest wejście w 1 godzinę i 40 minut. Zachęcam wszystkich do wypróbowania swojej kondycji).

Wyspa Mushu jest wyspą prawie płaską za wyjątkiem jednego niewielkiego wzniesieniem przy jednej z zatok zwanej Mushu Bay.

Na wyspie Kairiru miłośnicy militariów i historii II Wojny Światowej odnajdą swój raj. Po prawie 70 latach od zakończenia wojny wciąż można znaleźć i podziwiać osiągnięcia techniki tamtego czasu: armaty, karabiny, amunicja (łuski po nabojach do dział przeciwlotniczych oraz armat służą nam za wazony do kwiatów; nawet jak silny wiatr je powywraca nie stłuką się, a zadbane wyglądają jak pozłacane flakony w stylu Art-Deco).

Rok temu, tuż przed Nowym Rokiem, przyszedł do mojego domu katechista z popsutą kosiarką. Ma talent do takich spraw. Nie do przychodzenia, ale do psucia. Choć to pierwsze też mu nieźle wychodzi. Przychodzi i mówi: „Księżulku, ta kosiarka strzela”. Akurat nie byłem zajęty niczym ważnym, więc zabrałem się do jej naprawy, by przywrócić ją do stanu używalności, jak również by nie stwarzała zagrożenia życia dla ludzi ją używających oraz otoczenia. Bo co zrobię jak przerażone kury sąsiadów (czyt. nauczycieli) przestaną z przerażenia znosić jajka? Kiedy uporałem się z tym, chwytam za sznurek, naprężam mięśnie, chcąc pociągnąć tak, by za pierwszym razem odpaliła bez problemu. Pociągam i.... Jak coś nie łupnie, huknie, wybuchnie!!! Katechista padł na ziemię i mówi, że się poprawi, że nie popsuje jej więcej, tylko niech już nie strzelam.

Co się okazało? Niedaleko mojego domu jest szkoła średnia z internatem. Jedna z klas została wysłana w piękne popołudnie, by uzbierać drewna potrzebnego do ugotowania kolacji dla 400 uczniów. Owszem, znaleźli, i to sporo.
Ale jedna z grup chłopaków, szukając opału, znalazła również niewybuch: pocisk artyleryjski. Zamiast znieść uzbierane drewno do kuchni, zrobili ognisko z bombą w środku i uciekli. Po drodze spotkali dyrektora szkoły i w biegu powiedzieli mu: Happy New Year, Mr. Aram.
I w tym momencie, by podkreślić ważkość życzeń noworocz-nych, nastąpiła eksplozja. Akurat w momencie jak ja pociągałem sznurek kosiarki.

Na tej wyspie w czasie walk wojska japońskie miały swoją, całkiem dobrze rozwiniętą bazę naziemną oraz podziemną: schrony, korytarze, składy amunicji wydrążone w skalnych zboczach.

Wiele historii na temat ich zachowania i bestialstwa jest przekazywanych przez ludzi z ust do ust. Schodząc z najwyższego szczytu wyspy na drugą stronę (północną), natrafia się na dwa krzyże upamiętniające miejsce, w którym dwóch misjonarzy zostało bestialsko zamordowanych przez wojska japońskie. I nikt by o tym nie wiedział, ale na pobliskim polu w owym czasie pracowała kobieta, która, skrywając się pośród bananowców, stała się naocznym świadkiem męczeństwa.

W czasach pokoju wyspa Kairiru stała się niejako centrum naszej diecezji: znajdowało się na niej niższe seminarium duchowne, w którym kandydaci do bycia księżmi przechodzili swoje przygotowania, by w przyszłości zostać głosicielami Dobrej Nowiny w diecezji Wewak. Owo centrum wciąż istnieje – nazywa się St. John’s. Położone jest około 3 km od mojego domu.

Nie jestem geologiem, więc nie będę wchodził w zawiłe szczegóły, ale wyspa Kairiru jest wyspą powstałą w efekcie wybuchu wulkanu. W miejscu gdzie znajduje się krater wulkanu jest piękna zatoka Victoria Bay. Plaża, jeśli można tak o niej powiedzieć, usiana jest gorącymi źródłami, z których tryskają „gejzery”. Największy i najobfitszy z nich tryska ze skał wchodzących w zatokę. Tak więc spragniony odpoczynku wędrowiec, zanurzając się w wodzie o temperaturze grubo powyżej 37°C, może doświadczyć luksusów SPA w wersji naturalnej, organicznej, biologicznej, nie zniszczonej osiągnięciami cywilizacyjnymi.
A jak zgłodnieje, zawsze może ugotować we wrzątku wydobywającym się ze skały upolowaną jaszczurkę, węża lub kupione na fermie kurzej jajka, które są naprawdę smaczne, nawet bez soli.

W pracy duszpasterskiej poruszam się między wyspami i wioskami łódką o długości 5.7 m o imieniu „A kuku”, z silnikiem Honda BF20D. Nie wszędzie jednak da się dopłynąć łodzią: dalszą trasę trzeba przejść pieszo. Również gdy morze jest naaapraaawdęęę wzburzone, wolę nie ryzykować utraty łodzi bądź silnika, więc pozostaje wędrówka: najkrótszy odcinek to 20 minut, najdłuższy 5 godzin (oczywiście w jedną stronę).

Ludzie w wioskach na Kairiru i Mushu, gdzie są pobudowane kościółki, mają okazję spotkać mnie raz w miesiącu. Nie, nie ze względu, że człowiek jest leniwy, ale że fizycznie jest niemożliwe bywać częściej. Regularnie odwiedzam 15 wiosek, w których gromadzą się ludzie na Mszy św., celebracji sakramentów, rekolekcjach, kursach... Ale pozostają jeszcze wioski, gdzie pobudowane są tzw. Haus beten (nie kościoły a domy modlitwy, gdzie ludzie gromadzą się przynajmniej raz w tygodniu na wspólnych modlitwach), z których często dostaję zaproszenie, by ich odwiedzić bezpośrednio w wiosce, a nie w centrum, gdzie zazwyczaj się gromadzą jak „pater” przypływa.

To tak w skrócie, by choć trochę przybliżyć jedną z parafii, gdzie my jako pallotyni żyjemy i pracujemy na końcu świata.
Ten tzw. koniec świata – można potraktować różnie. Bo patrząc z naszej perspektywy, to może właśnie tu on się zaczyna?
Kto wie?

Ks. Paweł Kotecki SAC, misjonarz w PNG
Zdjęcia: Autor, Ks. Adam Golec SAC, br. Janusz Namyślak SAC, ks. Dariusz Woźniak SAC