Nowy w PNG Drukuj Poleć znajomemu
Byłem proboszczem w Ząbkowicach Śl., kiedy na początku roku szkolnego 2011/2012 zaczęło do mnie docierać, że Pan chce bym porzucił pracę w Polsce i podjął pracę w Papui Nowej Gwinei.

mojej decyzji poinformowałem przełożonych i rodzinę oraz przyjaciół końcem maja 2012 r. Wtedy też zapadła decyzja, że od września tego roku udam się do Warszawy na przygotowania, do Centrum Formacji Misyjnej. Przygotowania zakończyłem końcem maja br. i wysłałem dokumenty do współbraci w Papui, potrzebne do otrzymania wizy. Wizę otrzymałem w lipcu br. a w sierpniu przełożeni kupili bilet do Papui, na 17 września br.

Wystartowałem z Warszawy o 11:55. Zaraz w samolocie spotkałem dwie siostry zakonne i zapytałem dokąd lecą, bo domyślałem się, że gdzieś na misje. Jakie było moje zaskoczenie, gdy odpowiedziały, że do Papui Nowej Gwinei. Zamieniłem się...
... z jedną pasażerką miejscami, tak że znalazłem się obok sióstr i mogliśmy w drodze do Doha (Katar) wspólne rozmawiać. W Doha mieliśmy sporo czasu, siostry 7 godzin, ja 8. One leciały dalej przez Singapur, ja przez Manilę. Był więc czas i na posiłek, i na rozmowy. Dzięki tym rozmowom czas szybko minął i "rozfrunęliśmy się" każdy swoim samolotem.

Z Manili przeleciałem do Port Moresby kilka minut po 5 lokalnego czasu, 19 września. No i tu zaczął się wyścig z czasem, bo na wszystko miałem tylko 2,45 godz. Najpierw kontrola paszportowo-wizowa, potem kontrola celna. a następnie próba odprawienia się na kolejny samolot. Niestety mój ostatni bilet był w Airlines PNG - takie lokalne tanie linie lotnicze - i musiałem przejść na port krajowy. Zaraz za drzwiami po tych wszystkich kontrolach czekał na mnie br. Raj (czyt. Radż), Hindus, werbista pracujący w Port Moresby. To on wcześniej w stolicy biegał z moimi papierami potrzebnymi do wizy. Zaraz poprowadził mnie do drugiego portu, niby tylko 100 m, ale pod drzwiami tubylcy o coś tam kłócili się z ochroną. Ja bym się "nie przebił", ale brat umie mówić w pidgin, i szybko przeprowadził mnie przez ten tłum. Ustawiliśmy się w kolejce do kontroli bezpieczeństwa. Potem pomógł odprawić się do Wewak.

Po odprawie zaprowadził mnie do odpowiedniej bramki, posadził tuż przed drzwiami i wyjaśnił, że tu będą wołać na lot do Wewak. Linie te są tak małe, że nawet na tablicy lotów mojego lotu nie było. No ale dość planowo pojawiała się obsługa i poszedłem do samolotu. Oprócz mnie w samolocie lecieli tylko tubylcy. Samolot miał lądowanie najpierw w Mont Hagen, gdzie większość wysiadła i wsiedli nowi pasażerowi, znów sami Papuasi.

Dolecieliśmy do Wewak prawie zgodnie z planem, czyli ok. 10:30 Na lotnisku czekali na mnie współbracia: ks. Paweł, ks. Darek i br. Janusz, którzy pomogli mi odebrać bagaże. Potem pojechaliśmy do naszego domu w Wewak-Boram, gdzie przywitali mnie nasi parafianie piękną taneczną procesją i naszyjnikiem z kwiatów. Dostałem pęk ciętych orchidei, lokalnie plecioną torbę i kij na wędrówki.

Po oficjalny powitaniu przez parafian, którzy cieszą się bardzo, że nowy ksiądz przybył do pracy, współbracia przywitali mnie bardzo serdecznie, po polsku, już w domu, chlebem i solą, a potem wprowadzili do mojego pokoju. Mieszkał w nim wcześniej śp. ks. Jacek Bilik. Jak zacząłem się rozpakowywać po ścianie przebiegł pierwszy współlokator - zielona jaszczurka. Bić jej nie biłem, bo już od jakiegoś misjonarz słyszałem, że są pożyteczne w domu, bo wyjadają robactwo. U współbraci tylko upewniłem się, że nie są niebezpieczne.
Tego dnia ks. Darek przygotował bardzo smaczną kolację z rybki, po kolacji jeszcze chwilę porozmawialiśmy i poszedłem spać, bo zasypiałem w czasie rozmowy.

Na razie nie bardzo mogę pomóc współbraciom, a moje główne zadanie polega na nauce języka. Pod okiem Pawła zacząłem naukę czytania w pidgin. Dla nas Polaków czytanie jest dość łatwe, bo w większości przypadków czyta się litery, tak jak są napisane. Jako tekst źródłowy do czytania poszedł najpierw Mszał, żebym mógł dołączać się do Mszy św.

Byłem już, w pierwszą moją tu niedzielę, z ks. Pawłem w Mandi na I Komunii św. Czasami jeżdżę z br. Januszem na zakupy. Pojechałem też z nim do kurii. Biskupa nie mamy chwilowo, bo i przeszedł na emeryturę, i bardzo choruje. Nawet wyjechał do swojej ojczyzny, Australii, na leczenie. No ale zobaczyłem jak tam jest. Wyrobiliśmy papuaskie prawo jazdy dla mnie. Powoli poznaję mieszkańców i innych księży pracujących w okolicy.

Ciężko mi jest na razie przyzwyczaić się do temperatury i wilgotności tu panujących. Nawet leżąc w nocy, można się zlać potem. Powoli jednak zaczynam lepiej znosić te warunki, a współbracia bardzo mi w tym pomagają swoimi radami. Mam nadzieję, że szybko będę mógł im pomóc w duszpasterstwie.

Ks. Sławomir Maizner SAC
Zdjęcia: br. Janusz Namyślak SAC, ks. Paweł Kotecki SAC