Strona główna arrow Rok 2003 arrow Nr 24 (3/2003) arrow Przybyliśmy do kraju o odmiennym ustroju
Przybyliśmy do kraju o odmiennym ustroju Drukuj Poleć znajomemu

Wydawało się, że nasz wyjazd do Brazylii powinien być całkowicie apolityczny - z pobudek religijnych, obojętny dla sprawy polskiej i bez narażenia się rządowi brazylijskiemu. Były jednak kłopoty i z paszportami i z wizami.

Musieliśmy także podpisać w Ambasadzie Brazylijskiej dokument, który polecał nam nie zajmować się jakąkolwiek działalnością polityczną, a za taką mogła być wówczas uważana nawet praca charytatywna wśród biednych na favelach, podejrzane słowa lub czyny, które krytykowały aktualny stan Brazylii.
Przybyliśmy do kraju o odmiennym ustroju. W 1964 r. władzę objęły siły zbrojne: Wojska Lądowe, Marynarka, Lotnictwo. Urzędy zostały zmilitaryzowane, nie było wyborów. Parlament rozwiązano, ograniczono swobody obywatelskie. Ostrej cenzurze zostały...

...poddane telewizja i prasa. Kościół miał swoista „swobodę działania” – w żadnym wypadku nie mógł się wychylić poza ramy, które określały co jest niezgodne z linią dyktatury, czyli komunizujące. W latach siedemdziesiątych wielu działaczy wyjechało na wygnanie do Europy lub krajów ościennych.

My, jako przybysze spoza „żelaznej kurtyny” byliśmy obiektem szczególnie bacznej obserwacji, zarówno ze strony kościelnej, jak i rządowej. Kościół w tych latach był podzielony na zwolenników teologii wyzwolenia i tradycyjny, mocno związany z dyktaturą. My reprezentowaliśmy polski kościół „dewocyjny”, w zasadzie nie chciany przez nikogo. Nie trudno było odczuć rezerwę obydwu kierunków.
Ze strony władz wojskowych otrzymaliśmy dość staranną opiekę „aniołów stróżów”, którzy ciągle czuwali, zwłaszcza pod naszą amboną, która mogła być subversiva (przeciwna ustrojowi, cuchnąca komunizmem. Nierzadko ci ludzie przebierali się w piórka przyjaciół księży. Byli obecni na zebraniach różnych grup parafialnych, udzielali się czynnie w liturgii jako lektorzy, komentatorzy; zajmowali się pracą charytatywną. Niejednokrotnie nas „doświadamiali”, że nie jest konieczne mówić ludziom o biedzie, braku wykształcenia, bo przecież lud brazylijski jest najszczęśliwszym narodem w świecie – przez sam fakt, że żyje w Brazylii.

POUCZANIE ROZUMU
Tak nazywaliśmy niektóre wydarzenia i wypowiedzi, na które nie było sposobu, żeby ich uniknąć lub argumentów, żeby odeprzeć. Wiele sytuacji trochę przypominało stosunek rekruta do podoficera; nie pozostawało nic innego jak tylko robić dobra minę do złej gry. Wielokrotnie nie było wskazane używanie jakichkolwiek argumentów, zwłaszcza w zacietrzewieniu sentymentalnym, sportowym czy politycznym. Bez przerwy ktoś udowadniał, że Brazylia jest krajem najszczęśliwszym, gdzie nie ma wulkanów ani wojen, gdzie ludzie są bardzo gościnni, a wszystko co się zasieje owocuje. Gdyby ktoś z nas próbował przeciwstawić się choć trochę, usłyszałby zaraz niezbyt miłą opinię: Vocé naõ gosła do Brasil – Ty nie lubisz lub nie rozumiesz nas, Brazylijczyków. Dłuższy pobyt niejako wtłacza w naszej jaźni podświadomy lęk przed tym stwierdzeniem.

W latach dyktatury ludzie mało wyjeżdżali za granicę, dlatego tworzyło się getto samouwielbienia, a to powodowało, że działanie czy mówienie poza przyjętym szablonem mogło narazić na nieprzyjemności.
Nad naszym pobytem w pierwszych latach ciągle wisiało widmo wydalenia z kraju w ciągu 24 godzin. Przydarzyło się to ks. Vitorio (Vito). Po paru latach pracy wśród biedoty, stanął po stronie krzywdzonych. Wkrótce otrzymał nakaz natychmiastowego opuszczenia Brazylii. Był to już czas pewnej odwilży, toteż pozwolono pokazać jego pożegnanie z Brazylią w TV. Vito powiedział dziennikarce, że opuszcza ten kraj ze smutkiem, a zabiera tylko koszyczek owoców tropikalnych dla swojej mamy.

W tym czasie stosowano też pośrednie formy represji w postaci wezwań na rozmowy z miejscowym szefem policji. Z pewnością nasi opiekunowie decydowali kto, w wypadku wychylenia się, potrzebował mocniejszego wstrząsu „doświadamiajacego”.

Spotkało to nasze obydwie placówki w latach 1979-80. Któregoś wieczoru próbowaliśmy się dodzwonić na Bento Ribeiro. Telefon odebrał ktoś z naszych, ale nie chciał rozmawiać; zbył nas dwoma zdaniami. Później okazało się, że w tym czasie nasi współbracia mieli niezwykłą wizytę - zostali napadnięci, mocno sterroryzowani i oskubani ze swoich oszczędności. Wszystko to pozornie wyglądało na normalny napad rabunkowy. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że nie warto podejrzewać kogokolwiek, bo jeśli to było „uczenie rozumu”, to może skończyć się czymś gorszym. Że chodziło tu o praktyczna lekcję uświadomienia, kto ma tu coś do powiedzenia potwierdziła podobna nauczka w parafii św. Rocha.

Był 1 maja 1980 r. – tego dnia odprawiłem poranna Mszę św. dla większej grupy wiernych z parafii. W tym czasie narastało spore niezadowolenie w środowiskach robotniczych w Saõ Paulo. Nawiązałem do święta robotniczego i św. Józefa robotnika. Powiedziałem kilka zdań, że święto jest uczczeniem robotników, którzy zginęli w Chicago, walcząc o swoje prawa, że dziś wiele spraw nie zostało rozwiązanych. Dlatego robotnicy z ABC paulista domagają się poprzez strajk swoich praw. W tej Mszy św. uczestniczył pan M., mój „opiekun”, który, jak się później okazało, miał obowiązek informować o mnie swoich zwierzchników z lotniczych sił zbrojnych.

Wieczorem, w czasie Mszy i nabożeństwa majowego, odprawianych przez ks. S. był obecny pewien, dziwnie się zachowujący, nieznajomy. Po Mszy na plebani pozostało kilku mężczyzn i gospodyni, która codziennie przebywała w pokoiku obok kuchni. Ks. S. zaraz po nabożeństwie poszedł z wizytą do chorego. W pewnym momencie zbliżył się do nas mężczyzna z gazetą pod pachą. Kiedy był blisko nas, wyjął pistolet z gazety i oznajmił, że to jest tylko napad, że nie musimy się obawiać – on chce tylko pieniądze i kosztowności. Rozkazał nam wejść do kancelarii parafialnej, potem do zakrystii. Wtedy dołączył do niego kolega. Wspólnie podarli różne szaty liturgiczne i związali nam ręce i nogi, usta uszczelnili knebelkami i kazali się nam położyć na posadzce. Naszą wiekową kucharkę przywiązali w pozycji siedzącej do krzesła. W tym momencie ks. S. wrócił od chorego i został wykorzystany przez jednego z naszych „gości” za przewodnika po domu parafialnym. Ostatecznie łup nie był wielki – w kasie nie było wiele pieniędzy, a o kosztownościach trudno nawet marzyć. Szczęśliwie pozbyliśmy się 3 zegarków, ocenionych przez zegarmistrza jako nie warte naprawy.

W czasie całej „operacji” naszą uwagę zwracała pewnego rodzaju „grzeczność” przybyszów i język, wskazujące, że nie są oni zwykłymi bandytami.

Po wyjściu „gości” rozwiązaliśmy się i wróciliśmy do kancelarii. Telefon był wyrwany ze ściany. Szybko połączyłem przewody i zadzwoniłem do pana M. – wydawało się, że nie był zaskoczony napadem.
Upłynęło sporo czasu. Mieliśmy okazję spotkać różnych ludzi, nastąpiły też różne zmiany polityczne w kraju, a dyktatura coraz wyraźniej miała policzone dni. Nie dało się też ukryć, że siły zbrojne miały swoje grupos de asalto – grupy, które wielu ludzi „pouczały rozumu”

Ks. Tadeusz Korbecki SAC
Zdjęcia: archiwum