Strona główna arrow Nr 64 (3/2013) arrow Czas siania. 40 lat. Czas zbierania
Czas siania. 40 lat. Czas zbierania Drukuj Poleć znajomemu
Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który [go] uprawia. (...) Wytrwajcie we Mnie, a Ja [będę trwał] w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeśli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeśli we Mnie trwać nie będziecie (J 15,1.4).

W czasie Mszy św. dziękczynnej z okazji 40-lecia obecności pallotynów polskich na brazylijskiej ziemi, która została odprawiona 3 kwietnia br. o godz. 19.00 w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Rio de Janeiro, słowo Boże skierował do wszystkich uczestników tej uroczystości ks. Czesław Zając SAC, który 40 lat temu opuścił rodzinny kraj, by podjąć pracę duszpasterską w Brazylii.
40 lat – to dużo czy mało? Takie pytanie rodzi się, kiedy stajemy wobec rzeczywistości, którą tworzymy.

Liczba 40 ma w symbolice biblijnej głębokie znaczenie, wykraczające poza sferę czysto matematyczną – oznacza ... 
... czas potrzebny, aby COŚ się dokonało, wypełniło, zrealizowało (40 lat wędrówki narodu wybranego; 40 dni marszu proroka Eliasza przez pustynię, aż do góry Horeb, mocą cudownego pożywienia; 40 dni postu Chrystusa Pana na pustyni).

To COŚ oznacza w wielkim skrócie wypełnienie się Bożych zamiarów w życiu ludzi, w dziejach narodów, w zbawianiu świata.
To COŚ nie jest... domeną zarezerwowaną tylko dla Pana Boga, w znaczeniu, że Bóg planuje, decyduje, a człowiek jest ślepym i posłusznym narzędziem, które nie wie, tak do końca, co robi i dlaczego, zatracając wolność wyboru.
To COŚ dokonuje się poprzez współuczestnictwo człowieka zjednoczonego z Tym, który go powołał do istnienia, tak jak winorośl jest zjednoczona z pniem.

Jestem głęboko przekonany, że te słowa w pełni odzwierciedlają to, co się dokonało poprzez obecność i ewangeliczną posługę polskich pallotynów na brazylijskiej ziemi przez ostanie 40 lat. Kiedy ks. Czesław Zając, ks. Jan Jędraszek i ks. Tadeusz Korbecki wyruszali, aby zacząć swoją posługę na brazylijskiej ziemi, nie wiedzieli, tak do końca, co i gdzie będą budować poprzez swoją posługę. Ale ten problem, ta trudność, ta rozterka nie były w stanie zgasić ducha radości i przekonania o słuszności podjęcia tej niełatwej decyzji.

Pierwsze placówki przejęliśmy po pallotynach włoskich w Rio de Janeiro. Były to parafie pod wezwaniem św. Elżbiety i św. Rocha. Pierwotnym celem była pomoc Kościołowi lokalnemu, który cierpiał na brak powołań kapłańskich i zakonnych. W miarę upływu lat, podczas których przyjeżdżali kolejni współbracia z Polski, zostały przyjęte nowe placówki.

Na początku lat 90. istniała już struktura w miarę stabilna i zorganizowana. Wydawałoby się, że już wszystko zostało dokonane, że nie potrzeba podejmować nowych wyzwań, że wystarczy tylko dbać i pielęgnować to, co zostało wypracowane. Ale to COŚ w planach Bożych często odbiega od COŚ w planach ludzkich.

Poprzez duszpasterską działalność naszych współbraci, czy w strukturach parafialnych, czy poprzez kursy, spotkania, rekolekcje, zaczęli pojawiać się młodzi ludzie, którzy szukali możliwości odpowiedzenia TAK na głos Pana Boga, który powoływał ich do swojej służby. Pojawiały się głosy: to nie ma sensu, nie ma powołań w Rio de Janeiro, nie macie struktur i ludzi przygotowanych do podjęcia prac formacyjnych i erygowania seminarium. Jakże mylne były te rady ludzkie i jakże słuszne zamierzenia Boże – możemy stwierdzić dzisiaj.

W chwili obecnej, kiedy niedawno obchodziliśmy jubileusz 10-lecia utworzenia regii brazylijskiej pod wezwaniem Matki Bożej Miłosierdzia i 40-lecia naszej obecności w Brazylii, możemy się radować obecnością 11 kapłanów brazylijskich, 6 kleryków, 3 nowicjuszy i 6 postulantów. Być może, na pierwszy rzut oka, nie wydają się te liczby wielkie, ale patrząc na stan ogólny naszej młodej regii – 49 członków – nabiera to innych wymiarów.

W krótkim czasie udało się nam wypracować model współpracy z dobrodziejami w takim zakresie, iż dzisiaj prawie wszystkie wydatki związane z działalnością 2 domów formacyjnych (nowicjat i seminarium) są pokrywane ze środków finansowych otrzymanych od naszych dobrodziejów. Kilka lat temu zaczęliśmy budowę nowego seminarium.
Znowu pojawiły się głosy: nie ma możliwości, brak pieniędzy, kto to zrobi. Ale znowu Boże COŚ było mocniejsze. Wprawdzie budowa ciągnie się już kilka lat i mamy wielkie problemy związane z zakupem materiału budowlanego i opłaceniem robotników, ale nie tracimy nadziei, że z pomocą wspólnot pallotyńskich z innych krajów oraz ludzi dobrej woli uda się nam przezwyciężyć te trudności.

Członkowie naszej regii pracują w 3 stanach w Brazylii (Rio de Janeiro, Minas Gerais, Amazonia) oraz w dwóch parafiach w Portugalii. Aktualnie nasza obecność „ogranicza” się wyłącznie do parafii. Nieprzypadkowo słowo „ogranicza” ująłem w cudzysłów, gdyż budowanie Królestwa Bożego i prowadzenie ludzi ku Bogu praktycznie nie ma granic, kiedy dotykamy rzeczywistości parafialnej. Praktycznie we wszystkich naszych parafiach, oprócz różnorakich działań pastoralnych i apostolskich, przy ogromnym współudziale ludzi świeckich, mają miejsce dzieła charytatywne.

Na terenie naszych parafii działają gabinety dentystyczne i lekarskie, apteki, psycholodzy i logopedzi, odbywają się różnego rodzaju kursy dokształcające. Myślę, że nie muszę dodawać, że porady lekarskie i lekarstwa są darmowe. Lekarze, dentyści i inni ludzie po prostu ofiarowują kilka godzin swojego czasu dla dobra innych. Lekarstwa oraz inne środki otrzymujemy z aptek, firm farmaceutycznych oraz zakupujemy ze środków, które wspólnota parafialna wypracowuje na ten cel. Wszystkie nasze parafie, raz w miesiącu, w czasie ofiarowania na Mszy św. zbierają żywność (tak zwana „akcja kilo”). Grupy świeckich mają listę rodzin w parafii, które potrzebują konkretnej pomocy. Rodziny takie są objęte opieką materialną i duchową.

Nie chcę zanudzać Czytelników wyliczanką wszystkiego, co robimy, bo Pan to wie. Być może to, co się dokonuje poprzez naszą działalność, jest przysłowiową kroplą w oceanie, ale, pracując 23 lata w Brazylii, doświadczyłem, że nic nie jest małe, gdzie miłość jest wielka i że nawet nieogarnięty ocean składa się z wielu kropel. Jestem wdzięczny Panu Bogu, że mnie posłał do pracy misyjnej; wdzięczny Współbraciom, którzy mobilizują mnie poprzez swoje zaangażowanie i oddanie; wdzięczny ludziom, do których mnie Pan posłał, bo mogłem się od nich nauczyć życia i wiary.

Kończąc, chciałbym opowiedzieć o fakcie z sierpnia 1992 r., który w pewien sposób wycisnął znamię na całej drodze mojego posługiwania jako kapłana i pallotyna tutaj, na brazylijskiej ziemi.

W tym czasie zostałem wezwany do szpitala, ale nie była to wizyta jak wszystkie inne. Przed wejściem na salę stało małżeństwo, które powiedziało mi, że na tej sali leży ich córka, Josiane, dziewczynka, która miała zaledwie 7 lat i prognozowano, że z powodu raka przeżyje niewiele więcej. Poprosiłem rodziców dziewczynki, abym mógł wejść na salę sam. Muszę przyznać, że czułem pewien lęk: jak zareagować, co powiedzieć, co przemilczeć. Po krótkiej rozmowie moje lęki zniknęły tak, jak pęka mydlana bańka. Ludzie, którzy ocierają się o nieskończoność, w pewnym sensie mają świadomość swojego odejścia. I tak było w tym przypadku.

Dziewczynka ta nie przystąpiła jeszcze do I Komunii św. i dlatego zaproponowałem jej, aby przyjęła Ciało Chrystusa na swoim szpitalnym łóżku. Zgodziła się i po raz pierwszy wyspowiadała się. Chociaż nie miała żadnego przygotowania do sakramentów, nie musiałem nic pomagać – zaskoczyła mnie wielkością i pięknem swego dziecięcego serca oraz dojrzałością wiary. Nie było w niej żadnego buntu, chociaż pytała: dlaczego? Nie bała się odejść z tego świata, chociaż chciała dalej bawić się z rodzeństwem i koleżankami.
Jak powiedziałem wcześniej, zaskakuje mądrość ludzi, którzy już się ocierają o drugi brzeg.

Nazajutrz zebrali się rodzice, kilka osób z rodziny i pani doktor, która się nią opiekowała. Josiane otrzymała Ciało Chrystusa. Wydawało się, że Chrystus przyszedł, aby towarzyszyć w ostatniej drodze tej malej dziewczynki, drodze, którą On poznał 2 tysiące lat temu, w drodze ku domowi Ojca. Kilka dni później matka dziewczynki przyszła z wiadomością, że jej córeczka zmarła. I wręczyła mi zgiętą kartkę, wydartą z jakiegoś zeszytu. „To jest liścik od moje Josiane dla księdza – powiedziała. – Napisała go w przeddzień swojej śmierci”. Kiedy rozpostarłem tę kartkę, znalazłem na niej kilka rysunków kwiatków i kilka słów napisanych drżącą dziecięcą rączką.
Chcecie wiedzieć, co napisała? Niestety, to jest sekret między małą Josiane, która odeszła do Pana już tyle lat temu, a mną, który jeszcze pielgrzymuję tutaj, na ziemi brazylijskiej. Mogę Wam jedynie powiedzieć, że ta kartka wydarta z zeszytu jest dla mnie jednym z najcenniejszych prezentów, który zachowałem do dzisiaj. Mam zamiar dołączyć ten liścik do mojego testamentu, aby go odczytać razem, jeśli uzna się to za stosowne.

Nie jestem sam – oprócz mocnej dłoni Chrystusa, która już niejeden raz mnie pochwyciła w momentach mojej słabości i podtrzymuje, tak jak Piotra, abym „nie utonął”, czuję i słyszę lekki trzepot skrzydeł Anioła, którego znam po imieniu i który mnie strzeże.

Pozdrawiam wszystkich Czytelników i Przyjaciół misji. Pamiętajcie o nas w swoich modlitwach i cierpieniach, które złożycie Panu w naszych intencjach.

Chwała Ojcu, który palcami artysty ukształtował ten świat – Polskę i Brazylię.

Chwała Synowi, który mnie powołał do budowania Swojego Królestwa na brazylijskiej ziemi.

Chwała Duchowi Świętemu, który na mnie, ułomnego człowieka, zesłał tyle darów, aby tego dzieła dokonać.

Być może tejże nocy obudzisz się, słysząc jakiś hałas i szelest. Nie bój się. Być może to Anioł cię nawiedził... MÓJ ANIOŁ.

Ks. Jarosław Chmielecki SAC
Zdjęcia: archiwum, ks. Artur Karbowy SAC, Marita Mauricio Conrado Veiga