Strona główna arrow Nr 64 (3/2013) arrow 40 lat polskich pallotynów w Brazylii
40 lat polskich pallotynów w Brazylii Drukuj Poleć znajomemu
Podczas Mszy św. na 40-lecie naszej obecności w Brazylii, kiedy ks. Czesław Zając mówił o początkach naszej obecności, na nowo uświadomiłem sobie, ile się dokonało tutaj przez ten czas. W tym roku mijają 34 lata od mojego przyjazdu do Brazylii, co w perspektywie 40 lat stanowi całkiem sporo. Nie byłem świadkiem tylko kilku pierwszych lat działalności naszych księży.

W roku 1979 mieliśmy trzy placówki: w Rio de Janeiro parafię św. Elżbiety i św. Rocha oraz parafię w São João do Triunfo w Paranie, gdzie pracował ks. Ludwik Homa. W Rio przebywali księża: Czesław Zając, Jan Janik, Tadeusz Korbecki i Stefan Kajfasz. Miesiąc przede mną przybył ks. Marian Skorżyński. Byliśmy małą wspólnotą stawiającą pierwsze kroki na ziemi brazylijskiej, która próbowała się jeszcze organizować. Razem z ks. Marianem uczestniczyliśmy w kursie języka portugalskiego w Rio de Janeiro, próbując jednocześnie pomagać w naszych parafiach. Przez miesiąc byliśmy na każdej z trzech parafii, aby poznać nową rzeczywistość oraz naszych księży.

Najpierw byliśmy razem z ks. Zającem i ks. Janikiem w parafii św. Elżbiety. W domu...
... nie było nawet kucharki. Sami sobie gotowaliśmy obiady albo kupowaliśmy jakieś danie gotowe i przynosiliśmy do domu. Nie mieliśmy możliwości chodzenia na obiady do restauracji. W kościele mieliśmy bardzo dużo młodzieży. Był to okres, kiedy Ruch Odnowy Charyzmatycznej przyciągał tłumy młodzieży do Kościoła. Trzeba było być razem z nimi i starać się im towarzyszyć. Obserwowaliśmy wielkie zaangażowanie ze strony naszych księży.
Ks. Czesław z zapałem popierał ruch małżeństw – Encontro de Casais com Cristo (Spotkanie Małżeństw z Chrystusem). Ruch ten działa do dzisiaj na terenie wielu naszych parafii, przyprowadzając do Chrystusa wiele małżeństw i całe rodziny. Ksiądz Janik, w swoim stylu, zawsze był ze wszystkimi, ale przede wszystkim z młodzieżą. Na parafii nie było żadnego pojazdu. Do centrum miasta dojeżdżaliśmy głównie podmiejskim pociągiem.

Słynna stała się tutaj przygoda ks. Janika, który pojechał do miasta, ale gdy chciał wrócić do domu, stwierdził, że nie ma przy sobie żadnych pieniędzy. Żeby wejść na peron i wsiąść do pociągu, trzeba było zapłacić ok. 50 groszy. Ks. Jasiu udał się do żebraka, żeby mu pożyczył 50 centavos. Żebrak się ucieszył, że był ktoś jeszcze biedniejszy od niego i nie tylko mu pożyczył pieniądze, ale jeszcze zapłacił za cafezinho (małą kawkę). Oczywiście, że przy najbliższej okazji ks. Janik oddał pieniądze żebrakowi i zapłacił mu za kawę. Ks. Jasiu opowiadał, że za każdym razem, gdy był na dworcu centralnym w Rio de Janeiro, szukał żebraka i razem pili kawę – w ten sposób stali się przyjaciółmi.

W parafii św. Rocha ks. Korbecki i ks. Kajfasz ciągle coś budowali, powiększając zaplecze dla katechezy i dla różnych grup apostolskich. Ks. Tadeusz właśnie załatwiał teren pod budowę nowego kościoła filialnego pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego. Niedługo później tryumfował, bo dostał ten teren. Zaraz zabrał się do roboty. Całymi dniami pracował, najpierw przygotowując teren pod budowę, a następnie wznosząc mury nowej świątyni, która dzisiaj jest Sanktuarium Archidiecezjalnym Miłosierdzia Bożego. Ja miałem bardzo niewielki udział w tym, bo tylko jednego dnia mu pomagałem przy przewożeniu ziemi z części wyżej położonej do niższej, przygotowując teren pod budowę.
Wokół ks. Tadeusza gromadzili się wierni, którzy pomagali przy wznoszeniu nowego kościoła: jedni pracując na budowie, inni stwarzając zaplecze oraz wspomagając materialnie inicjatywy ks. Korbeckiego.
W ten sposób powstawała wspólnota wiernych, by po kilku latach (9 maja 1983 r.) stać się oficjalnie parafią Miłosierdzia Bożego.

Ks. Tadeusz praktycznie nie miał pracowników, a tylko wolontariuszy. Gdy po wielu latach chciałem zatwierdzić oficjalnie nowy kościół u władz miejskich, urzędnicy domagali się dokumentacji potwierdzającej opłacanie robotników pracujących przy budowie. Pojechaliśmy razem z ks. Tadeuszem do władz miejskich.

Jeden z urzędników odpowiedzialnych za przyjmowanie ukończonych budów zapytał ks. Tadeusza:
– Kto budował kościół?
– Ja – odpowiedział ks. Korbecki.
– Ksiądz był odpowiedzialnym za budowę. Ale kto faktycznie pracował na budowie?
– Ja – odpowiedział ponownie. Urzędnik, już trochę zniecierpliwiony, uściślił pytanie.
– Ja chcę wiedzieć kto pracował jako murarz, kładąc cegły, mieszając zaprawę, wznosząc mury.
– Ja. Jak chcecie wiedzieć, to sobie poczytajcie – odpowiedział ks. Tadeusz, przedstawiając reportaż, który się ukazał w gazecie diecezjalnej wychodzącej w owym czasie.
Urzędnik przeczytał i zapytał ponownie.
– Ale ja chcę potwierdzenie wypłat robotnikom.
– Ja sobie nie płaciłem – odpowiedział ks. Tadeusz.
– Ale przecież ksiądz miał pracowników.
– Ja miałem tylko wolontariuszy.

Po takich odpowiedziach urzędnik zrezygnował ze stawiania kolejnych pytań i zatwierdził ostatecznie budowę kościoła, uznając ją za zakończoną bez wszystkich dokumentów, których się domagał początkowo.

Ks. Kajfasz kontynuował pracę w parafii św. Rocha, a później, jako ekonom delegatury, zbudował gmach naszego seminarium na dwóch działkach otrzymanych na rzecz Seminarium. Było to wielkie dzieło zrealizowane pod koniec lat osiemdziesiątych, które do dzisiaj służy naszym klerykom i całej wspólnocie pallotyńskiej.

Natomiast w Paranie mieliśmy parafię w São João do Triunfo założoną kiedyś przez Polaków przybywających do Brazylii pod koniec XIX w. i na początku XX wieku. Wielu ludzi jeszcze się spowiadało po polsku. Ale gdy kiedyś wygłosiłem kazanie po polsku, niewielu było takich, którzy je zrozumieli. Ks. Ludwik dojeżdżał garbuskiem do wielu kaplic położonych w terenie, gdzie były małe skupiska rolników przede wszystkim polskiego pochodzenia. Przebywając tam z ks. Marianem na przełomie października i listopada 1979 r., doświadczyliśmy, jak dokuczliwe jest zimno parańskiej zimy, a raczej wiosny. W domu było bardzo zimno, nawet gdy świeciło słońce. Trzeba było wyjść na zewnątrz, żeby się ogrzać na słońcu. Podobała mi się atmosfera prostoty tamtejszych mieszkańców. Szkoda, że okoliczności zmusiły nas do opuszczenia tej parafii.

Osobiście bardzo przeżyłem tragedię śmierci dwóch moich kolegów. W sierpniu 1981 r. byłem na parafii św. Elżbiety z ks. Marianem Skorżyńskim. Dołączył do nas ks. Eugeniusz Feldo, który był naszym kolegą seminaryjnym. 7 września ks. Eugeniusz pojechał na plażę ze swoim kolegą kursowym, ks. Janikiem, i utonął w oceanie. Ks. Marian przeżył to w sposób szczególny, bo pochodzili z tych samych stron (Radom i okolice). Wyjechał na kilka dni do Amazonii, do ks. Maślanki, który działał w Novo Airão. Razem wypłynęli na Rio Negro. Ks. Marian utonął w rzece 15 października 1981 r. Z trzech młodych księży w wieku około 30 lat nagle zostałem sam. Podświadomie myślałem, że teraz jest kolej na mnie. Wówczas ks. Zając przeniósł mnie do parafii Matki Bożej Fatimskiej w Niterói, która została przyjęta przez pallotynów na początku roku 1981.

Stamtąd poszedłem do Itaipu w roku 1983. Pod koniec sierpnia tego roku będziemy obchodzić trzydziestolecie obecności pallotyńskiej w Itaipu. Zostałem proboszczem parafii, w której było wiele do zrobienia, zarówno w dziedzinie duszpasterskiej, jak i administracyjnej. Faktycznie trzeba było stworzyć struktury parafialne, zbudować dom parafialny, kupić tereny pod nowe kaplice i wybudować je, przeprowadzić remont kościoła parafialnego i istniejących już kaplic. Ale najważniejszym zadaniem było organizowanie wspólnoty parafian.

W tym okresie zacząłem także pracę powołaniową. To właśnie z Itaipu pojechali do nowicjatu w Cornelio Procópio pierwsi kandydaci. W roku 1991, po wybudowaniu domu seminaryjnego na Vila Valqueire, klerycy zamieszkali w nim.

Z Itaipu przeniosłem się w marcu 1992 r. do parafii Miłosierdzia Bożego i objąłem funkcję delegata prowincjalnego.

Dla nas było wielką radością, że wraz z przybyciem nowych księży mogliśmy otworzyć nowe placówki w Itaperunie, w Cachoeiras de Macacu oraz w Portugalii, jak również stworzyć struktury niezbędne dla formacji kapłańskiej dla powołań brazylijskich.
Pod koniec mojej kadencji jako przełożonego delegatury udało się nam znaleźć i kupić dom w Guapimrim, gdzie został otworzony drugi dom formacyjny – nowicjat.

W ten sposób mamy dwa domy formacyjne i konieczne warunki do formacji miejscowych księży. W sumie przez ten czas zostało wyświęconych 12 księży Brazylijczyków. Niezmiernie ważnym faktem jest, że seminarium utrzymuje się dzięki współpracownikom z naszych parafii pallotyńskich. W zasadzie jesteśmy samowystarczalni.

Jedyną placówką, która potrzebuje wsparcia materialnego jest nasza misja w Novo Airão.

Przez czterdzieści lat przebywa tam ks. Maślanka, który chce tam pozostać do końca swego życia.

Dla mnie doświadczenie 5 lat pracy w Amazonii to czas niezapomniany pomimo swoich trudności i wyzwań.

Liczę na to, że jeszcze tam kiedyś będę mógł pracować.

Patrząc na minione lata mojej obecności w Brazylii i w Portugalii, chcę wyrazić wdzięczność Panu Bogu, że przez 34 lata mogłem się przyczynić do rozwoju naszej regii pallotyńskiej Matki Bożej Miłosierdzia.

Modlę się o to, aby nasi następcy prowadzili to dzieło do dalszego rozwoju w duchu św. Wincentego Pallottiego pod szczególną opieką Królowej Apostołów.

Ks. Jan Sopicki SAC
Zdjęcia: Autor, ks. Artur Karbowy SAC, archiwum, Marita Mauricio Conrado Veiga
 
Tego autora
Z tego kraju
Chętnie czytane
SMS misje