Sens życia Drukuj Poleć znajomemu
Jestem Stasio Krajewski z Manaus. Dlatego zdrobnienie, bo figura nie pozwala używać całego Stanisław – 164 cm wzrostu. W Brazylii pracuję od 1996 r., dokładnie od 29 stycznia. Brazylia przyjęła mnie strajkiem – 24 godziny czekałem na statku, bo nie chcieli mnie wpuścić. A jak już wpuścili, to się tak zadomowiłem, że jestem już 17 lat i pewnie mnie stąd nawet czołgiem nie przegonią. Zwierzątek w Amazonii też się nie przestraszyłem; już mnie znają.

Od 28 lutego 1999 r. objąłem parafię Matki Bożej Chwalebnej po pierwszym pallotynie w Manaus, ks. Zbyszku Dobku. Niegdyś pracowali tu księża holenderscy, potem rok była opuszczona i biskup poprosił, byśmy ją objęli w 1992 r. Teraz żartuję, że chociaż jestem tu 14 lat, to gdzie ja teraz pójdę po Matce Bożej Chwalebnej?

Gdybym narzekał na swoją parafię czy pracę to byłby ciężki grzech. Jestem akceptowany, a nawet myślę, że ludzie mnie lubią. A dowodem na to jest ta sytuacja: w roku 2004 (byłem w tej parafii zaledwie 5 lat) zmarł mój Tata. Nie mogłem, niestety, być na pogrzebie w Polsce. Jest w Brazylii taki zwyczaj, że odprawia się Mszę św. siedem dni po śmierci. W ciągu całego tygodnia...
... parafianie wyrażali swoje współczucie.

Msza św. za Tatę wypadała w poniedziałek, a jest to dzień, który w całej naszej archidiecezji jest dniem wolnym dla księży.

Wtedy Mszę św. odprawia się w dowolnej porze i miejscu. W naszej parafii w tym czasie grupa Odnowy w Duchu Świętym (ja ją nazywam grupą modlitewną) spotyka się na chwalenie Pana Boga – przez 2 godziny śpiewa.

Ale w ten poniedziałek powiedziałem, że przepraszam, ale będę odprawiał Mszę św. za mojego Tatę. Gdyby ktoś zechciał przyjść, będzie mi bardzo przyjemnie.

W niedzielę u nas są cztery Msze św. Toteż kiedy o godz. 19.00 wyszedłem z zakrystii, zamurowało mnie – kościół był pełen ludzi. Przyszli ze względu na mnie i na Tatę, choć go nie znali. Było więcej ludzi niż w niedzielę na Mszy św. – mało się nie rozpłakałem.

Msza się odbyła, nawet miałem to szczęście, że był w tym dniu ks. Jan Sopicki i powiedział krótkie kazanie o moim Tacie.

To był jeden z dowodów sympatii. Innym są urodziny – proszę ludzi, że jeśli chcą mi podarować prezent, niech to będzie obecność na Mszy św. – zawsze jest pełen kościół. No i od 1999 r. nie kupuję ręczników, perfum, kremów do golenia, skarpetek i prześcieradeł. Po każdych imieninach mógłbym otworzyć sklepik. To jest coś wielkiego, taka ofiarność.

Mówię o tym, żeby uświadomić, jak bardzo zmieniło się myślenie tutejszych parafian. W czasach, gdy w parafii pracowali księża holenderscy, ludzie oczekiwali prezentów od księży i nikt nawet nie pomyślał, że księdzu można dać prezent.

Bo przecież ksiądz jest z zewnątrz, to ma pieniądze i to on budował kościoły, szpitale, finansował wszystko. Jak przyszedł ks. Zbyszek, uświadomił wiernym, że parafia ma na utrzymaniu księdza.

Ja też podkreślam: „ja wam służę, a wy macie mnie utrzymać”. No i do tej pory mi nigdy nie brakowało lodów w lodówce. Jeżeli jest się dla ludzi, działa się dla nich, potrafią to docenić, a jeśli mówię, że coś robimy, angażują się ze mną. Uczulam Czytelników, byście nie myśleli, że kiedyś głodowałem albo cierpiałem niedostatek. Na pewno nie żyję ponad stan, ale też nic mi nie brakuje.

Parafia wiele robi w zakresie działalności socjalnej. Już od ponad 20 lat (to nie jest moja zasługa ani ks. Zbyszka) – otwieramy „powodziowe przedszkole” (głównie pomaga w tej inicjatywie Duszpasterstwo Dziecka, ale w tej chwili to są przede wszystkim ludzie z Ruchu Miłosierdzia Bożego; pomaga mi 10 wolontariuszek).
W okresie pory deszczowej, między majem a sierpniem, woda zalewa połowę naszej parafii (domki na palach) i dzieci nie mają się gdzie bawić.
Organizujemy codziennie dokarmianie tych dzieci i przez kilka godzin po południu dajemy im możliwość zabawy w naszym centrum, nazywanym „domem dziecka”.

Od poniedziałku do piątku, od 14.00-18.00 (przed południem są w szkole), dzieci mają „pełna michę”; cukierków też im nie zabraknie. Mają też minimum katechezy – żeby przynajmniej umiały się przeżegnać i odmówić „Zdrowaś Maryjo”.
Podziwiam zawsze wolontariuszki, bo wszystko jest robione za „Bóg zapłać”. Nawet jeśli jestem na urlopie w Polsce, wiem, że przedszkole będzie otwarte dzięki takim paniom, jak Dona Dioleue, d. Naiz, d. Socorro, d. Francisca, d. Joia oraz panom Zenildo i Jorge. Mogę wyliczać dziesiątki takich pań, które naprawdę kochają te dzieci, niestety, niekochane przez rodziców.

Przedszkole funkcjonuje dzięki ofiarności Ruchu Miłosierdzia Bożego. Wiele osób składa jakieś datki. Nasze dzieci nie głodują, a ofiara Dobrodziejów z Polski pozwala na danie dzieciom czegoś więcej. Są to m.in. wycieczki do muzeum, do zoo, do parków botanicznych, bo inaczej dzieci nigdy by z tej dzielnicy nie wyjechały. Otaczamy opieką, w zależności od dnia, od 100 do 120 dzieci. Od 2000 r. mamy nowy dom na solidnych fundamentach, bo domy na palach „tańczą”. Jakby naraz 100 dzieci się ruszało, skakało, wszystko by runęło. Toteż pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po przyjeździe do parafii było zburzenie starego domu i postawienie solidnego na murowanym fundamencie.

Angażujemy się też na rzecz rodzin zaniedbanych (nie głodujących, bo tych tak naprawdę nie ma), których mamy ponad 70 i obejmujemy je pomocą. Są to rodziny zaniedbane uczuciowo przez matki i ojców, które pozostają pod opieka Duszpasterstwa Dziecka (ważenie dzieci, sprawdzanie, czy nie są niedożywione).

Moja parafia utrzymuje się tylko i wyłącznie z ofiar moich parafian. To, co robimy, praca na rzecz dzieci powodziowych, też jest z naszych środków. Jak już wspomniałem, ofiary Dobroczyńców są wykorzystywane do rozszerzenia „oferty zajęć” dla dzieci. Nawet bym nie chciał, żeby były jakieś kontrakty z Urzędem Miasta, bo to by tylko psuło ofiarność moich parafian. A tak każdy jest zaangażowany i czuje się odpowiedzialny. Budzi się świadomość społeczna i wiem, że pomoc wzajemna trwać będzie niezależnie od księdza i jego „zaplecza”.

Zawsze mówię kobietom, które narzekają, że im trudno: „Idź do naszego domu dziecka na 2 godziny, posłuchaj tego krzyku, to ci przejdą fikcyjne problemy. Przecież inni potrafią wytrzymać”.

Pomagające mi kobiety przeważnie są już babciami. A kiedy się wejdzie do tego domu dziecka, jak się zaraz te dzieci przytulają! Jak tak ogarną, zaraz łzy lecą. Wspaniała jest szczerość tych dzieci, ich wdzięczność, uśmiech.

W czasie, kiedy nie działa przedszkole dzieci chodzą do szkoły – mają obowiązek szkolny. Te dzieci są jak wilki – ich się nie utrzyma w domu. Są wychowywane na ulicy, a jak ulica jest zalana, nie mają gdzie iść. Przyjmujemy w zasadzie dzieci od lat 3, ale czasem przychodzą mniejsze ze starszymi, które je wychowują (tu już 5-latki wychowują noworodki). Ale noworodków nie przyjmujemy, nie mamy na to warunków. To praktycznie są dzieci ulicy. Jak woda opadnie, są dwa boiska – wtedy przychodzą tylko coś zjeść i już nie chcą tam siedzieć.

Nasza parafia jest też bazą dla moich współbraci, którzy pracują 200 km od Manaus, w Novo Airão. Jest to powiat wielkości 1/3 Polski. Ta nasza misja w sposób szczególny utrzymuje się z datków Dobrodziejów Sekretariatu Misyjnego z Polski. Diecezja nie byłaby w stanie utrzymać działalności misyjnej czy naszych księży, ks. Józefa Maślanki i ks. Marcelego. Nawet nasza parafia z tego niewielkiego co mamy, też potrafi podzielić się, np. w postaci zwykłej bielizny kościelnej do tamtych kościołów czy kaplic.
Do podróży barką, utrzymania ludzi, którzy tą barką kierują, by odwiedzić wszystkie wspólnoty rozsiane z obu stron rzeki Rio Negro, potrzeba niemałych pieniędzy. Największe kwoty pochłania paliwo do barki. Do najdalszej wspólnoty trzeba płynąć barką 2 tygodnie. Zwykle wyruszają też katechiści. Zabiera się w taką podróż ponad 500 litrów paliwa (ropy). Trzeba wziąć zapas żywności na ten czas. Sam doświadczyłem 3 dni takiej podróży. Gdyby była możliwość, księża pewnie załatwiliby sobie lodówkę na gaz do barki. Kosztuje ona znacznie drożej niż normalna, no i trzeba by ją sprowadzić. Bywa tak, że jak się skończy lód, trzeba pić ciepłą wodę. W temperaturze 400 C.

Doświadczenie uczy, że lepiej nie dawać ludziom za darmo; jeżeli zapłacą chociaż złotówkę, czyli kupią – wtedy doceniają, bo: „Ja to kupiłem”. Toteż często w parafii organizujemy tzw. brecho, polegające na tym, że ludzie przynoszą używaną odzież (czystą, wypraną), którą inni kupują za symboliczną kwotę. To się cieszy zawsze dużym zainteresowaniem.

Ludzie, którzy u nas wspomagają dobroczynność, potrafią się podzielić, choć to niewiele w porównaniu z tym, czym nas wspomagają Dobrodzieje z Polski.
Drogi Czytelniku, mogę Cię zapewnić, że wszystkie ofiary są wykorzystane, nic nie jest zmarnowane. Jesteśmy szczególnie wdzięczni, bo wiemy, że w większości to „wdowi grosz”, który przyjmujemy z taką radością, jak przyjął go Pan Jezus. A wdzięczność wyraża choćby uśmiech dziecka, które dostało cukierka.


Każdy z nas, jak potrafi, stara się, może nie tyle ulżyć ludziom, ile dać powód do dumy. Mogę powiedzieć, że jest osiągnięciem, iż ludzie czują się teraz dumni, bo są w tej parafii, bo mogą utrzymać kościół, bo jest on zadbany. Zawsze mówię, że „w kościele każda cegła ma swojego właściciela – to wy jesteście”.

Jak już wspomniałem, w ramach pracy socjalnej wspomagamy też ludzi na trochę innej płaszczyźnie. Wypożyczamy nasze lokale, także do celów, które służą niekoniecznie tylko katolickiej wspólnocie, ale całej dzielnicy. Staramy się być niezależni od jakichkolwiek instytucji państwowych.
Mało tego, staramy się dzielić tym, co mamy. Instytucje państwowe proszą nas o pomoc – w zeszłym roku np. zgodziłem się użyczyć sali za „Bóg zapłać” na projekt dla młodzieży, polegający na dodatkowych zajęciach dla dzieci i młodzieży, po lekcjach. Projekt nie mógł być realizowany w szkole, był realizowany u nas. Wynagrodzenie otrzymywali natomiast nauczyciele biorący udział w projekcie „Jovem”.
Projektów jest dużo, tylko brakuje pomieszczeń. Jakbym sali nie udostępnił, byłoby po projekcie. Tak więc jego realizacja to też zasługa parafii.
Nierzadko w naszych domach dzieciom urządzane są przyjęcia urodzinowe. Kiedy ktoś umrze, dom służy jako kaplica.

Sporo zadań mamy w zakresie pracy duszpasterskiej. Jest dużo różnych grup. Może bardziej skupię się na ruchu zwanym Ruchem Miłosierdzia Bożego. Wprawia mnie w dumę, że ruch w mojej parafii to najstarszy Ruch Miłosierdzia Bożego w całej naszej diecezji Manaus. Po raz pierwszy grupa wiernych odmówiła w kościele Koronkę do Miłosierdzia Bożego 17 czerwca 1993 r. Teraz będzie świętował 20-lecie.

Warto podkreślić, że ruch nie powstał z inicjatywy księdza, ale najpierw grupa świeckich wraz z siostrami św. Doroty spotykała się w domach i dopiero kiedy dowiedział się o tym ks. Dobek, zaprosił ich do kościoła. Datę pierwszego odmówienia Koronki w kościele uznaje się za oficjalny początek ruchu. Początkowo było to 12 pobożnych kobiet, skupionych wokół sióstr, które w tym czasie prowadziły Klub Matek w parafii. Siostry odeszły w 1993 r., ponieważ przyjęły liczne obowiązki, a brakowało powołań.

Od 17 czerwca te panie spotykały się na modlitwie już w kościele, co piątek o godz. 15.00, zawsze z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Przybywało chętnych do tej formy modlitwy.

W 1999 r.wprowadziłem w każdy pierwszy piątek miesiąca Mszę św. do Miłosierdzia Bożego. Oprócz koronki i adoracji mamy też czytanie, np. przez 3 lata przeczytaliśmy cały Dzienniczek s. Faustyny. W 2001 r.,dzięki łaskawości sióstr z Łagiewnik, otrzymałem relikwie św. Faustyny.

Kiedy rok wcześniej Jan Paweł II kanonizował św. Faustynę, w naszej parafii po raz pierwszy była obchodzona Niedziela Miłosierdzia Bożego. Najpierw była procesja w parafii, a od dnia śmierci Jana Pawła II nieśliśmy obraz Miłosierdzia Bożego i relikwie św. Faustyny w procesji diecezjalnej.
Od tego czasu nasz Ruch Miłosierdzia Bożego organizuje tę procesję. Wychodzimy z naszego kościoła o godz. 15.00 do katedry, gdzie na zakończenie sprawowana jest Msza św. W procesji, która przechodzi przez 5 dzielnic, bierze udział ok. 2000 wiernych. Co roku coraz więcej ludzi z różnych parafii bierze w niej udział. Przed świętem przez 9 dni trwa nowenna – zaczyna się w Wielki Piątek, a kończy w sobotę przed Niedzielą Miłosierdzia Bożego. Ruch Miłosierdzia Bożego z naszego kościoła zaszczepił też sposób odmawiania koronki w innych parafiach – obecnie jest już 5 takich parafii.

Mówię to dlatego, że gdyby ktoś mi próbował zarzucić, że wprowadzam tam polskie zwyczaje, niech wie, że to była inicjatywa świeckich stamtąd.

Aby ludzie mogli dowiedzieć się więcej, zorganizowana została wystawa „Dzieło i życie św. Faustyny”, co roku poszerzana o nowe zdjęcia, nowe przekazy. I jest często odwiedzana.

Ciąg dalszy w następnym numerze

Ks. Stasio Krajewski SAC
Zdjęcia: archiwum, ks. Artur Karbowy SAC