Strona główna arrow Inne kraje arrow Warto się wysilić
Warto się wysilić Drukuj Poleć znajomemu
Każdy z nas na swój sposób przeżywał ostatnie konklawe, w czasie którego wybrano nowego papieża Franciszka. Z pewnością łączyła nas wspólna intencja związana z wyborem nowego Rybaka Dusz i sternika Kościoła, przejawiająca się we wspólnej modlitwie o światło Ducha Świętego dla kardynałów zgromadzonych w Kaplicy Sykstyńskiej. Wielu dołączyło do tej intencji swoje indywidualne wyrzeczenia, umartwienia i inne formy błagania. Ja postanowiłem, że na tę intencję ofiaruję pielgrzymkę. Jak postanowiłem tak też zrobiłem.

12 marca 2013 wyruszyłem z naszego sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Tenango del Aire do... nie do Guadalupe, ale do naszej nowej parafii w Valle de Chalco pod wezwaniem Matki Bożej Ucieczki Grzeszników. Nie jest ważne czy się idzie do ogromnych sanktuariów czy do małej parafii z kościołem bez dachu - liczy się intencja i ofiara.

Korzystając, że w dniu rozpoczynającego się konklawe wypadał mój dzień wolny wystartowałem. Do przejścia w jedną stronę miałem 18.3 km, trasą biegnącą po szlaku kolejowym. Zdawać by się mogło, że po trakcie kolejowym będzie się szło dosyć łatwo - nic bardziej mylnego. Kamienie, którymi...
... jest wyścielona linia kolejowa po kilku kilometrach zmieniają trasę w piekło. Dobrze, że włożyłem buty górskie z usztywniaczem na kostki. Nie trudno w czasie wędrówki o skręcenie stawu skokowego na tym kamienisku. Szła ze mną moja wierna psina, Tabita (labradorka). W pielgrzymce towarzyszyła mi nieustanna modlitwa różańcowa i Koronka do Miłosierdzia Bożego.

Trasa kolejowa, którą szedłem, poza sezonem zbiorów kukurydzy i pszenicy, rzadko jest eksploatowana przez pociągi (towarowe), jednak tego dnia, o dziwo, przejechał pociąg z, jak nigdy, długim składem. W tym czasie razem z Tabitą mieliśmy 10 minutowy odpoczynek po przebyciu ok. 11km. Biedna psina wpadła w taki stres, że musiałem ja trzymać z całych sił. Wcale się jej nie dziwię, bo odległość od przejeżdżającego składu wynosiła może z 80 cm. Daliśmy się zaskoczyć tej stalowej maszynie w wąskim przesmyku. Ale co tam. Ruszyliśmy dalej.
Inspiracją stał się dla mnie ks. Bartek, współbrat, który proboszczuje w Valle i z którym przez pierwsze miesiące byłem na nowej placówce. Od pewnego czasu, co miesiąc organizuje pielgrzymkę do naszego sanktuarium tą sama trasą, tylko w odwrotną stronę.

Wszystko się wspaniale połączyło - konklawe, pielgrzymowanie, modlitwa, trud, odciski i spalona od słońca szyja. Jeszcze przed wyjściem myślałem: Siedzieć przed telewizorem i czekać na biały dym czy dać coś z siebie, tak ciutek więcej? Teraz nie żałuję tego trudu, a i przygoda była przednia. Wyruszyliśmy dosyć późno, bo na szlak kolejowy weszliśmy ok. 12 w południe. Włączyłem GPS-a i rozpoczęło się obliczanie trasy. W jedną rękę wziąłem smycz, w drugą różaniec. Po prostu ful wypas, czego chcieć więcej…

Trasa okazała się dosyć wymagająca przy słońcu palącym z góry ok. 30 stopni, okropnym kurzu i wszechobecnych kamieniach na torowisku. Do tego też trzeba dodać watahy bezpańskich psów, pętające się po okolicach. Niespełna miesiąc przed moją pielgrzymką taka wataha psów zagryzła pięcioosobową rodzinę w lesie nie daleko stolicy.

Pierwszy etap pielgrzymki minął nam w dość dobrym tempie i po niespełna 3 godzinach i 30 minutach byliśmy już przed obrazem naszej Seniora del Refugio (Pani Ucieczki Grzeszników) w Valle de Chalco. Po chwili modlitwy na intencję wyboru nowego papieża, ugoszczony zostałem przez ks. Jarka w domu parafialnym. Spędziłem tam ok dwóch godzin i postanowiłem, że drogę powrotną również odbędę pieszo. Był to troszkę szalony pomysł, bo w tym czasie zmrok zapadał już ok. 19.00, a ja startowałem w drogę powrotną ok. 18.00. No ale, jak mówił Pan Michał Wołodyjowski do swej ukochanej Baśki przed wysadzeniem twierdzy w Kamieńcu: Nic to

Ruszyłem. Po jakichś 5 km odczuwać zacząłem pierwszy kryzys. Wciąż byłem blisko drogi, po której jeździła komunikacja publiczna, tak wiec pokusa była okrutna, aby zrezygnować. Zbliżająca się noc też nie napawała mnie optymizmem. Postanowiłem jednak iść dalej. Zacząłem znów tracić ducha, kiedy robiło się już szaro na świecie, a ja przekraczałem kolejną znaną mi ulicę, na której mogłem znaleźć transport do Tenango. Nic to…, jak iść to iść.

Po zapadnięciu zmroku trasa zaczęła mi się strasznie dłużyć. Świat nagle nabrał innego kształtu. To, co wcześniej wydawać by się mogło krótkim odcinkiem albo nieznacznym zakrętem przerodziło się w jakiś niekończący się maraton. Kamienie pod nogami zadawały się rosnąć do wielkości głazów. Makabra - pomyślałem.
Miałem ze sobą latarkę czołówkę, ale szybko zrezygnowałem z jej usług. Prawdą jest, że lepiej dostosować wzrok do ciemności nocy. Światło latarki tylko otępiało mój wzrok i przekłamywało rzucanymi cieniami kamieni i innych przeszkód. Co kilka minut tylko na chwilę zapalałem latarkę, aby zasygnalizować moją obecność na torach i odstraszyć ewentualne zagrożenia. Opłaciło się. Kiedy na ok 10 km przed Tenango rozsiadłem sie na kamieniu, aby wypić ostatnią porcję wody, podzieliwszy się przedtem z Tabitą, miałem przygodę z watahą bezpańskich psów zbiegającą z góry. Dzięki temu, że zapaliłem w ich kierunku latarkę spłoszyły się i uciekły. W ten sposób je odpędziłem, ale one podniosły mi poziom adrenaliny - przerwałem postój, po części ze strachu.

Różaniec po prostu palił mi się między palcami. Modlitwa tego dnia stała się dla mnie jakby paliwem, wprowadzając mnie, pomimo już dużego zmęczenia, jakby w trans pielgrzymowania. Jakże to ważne, kiedy jest intencja i cel w połączeniu z modlitwą! Gdzieś na wysokości Temamatli, ok 6. 7 km przed Tenango, dopadł mnie najokrutniejszy kryzys. Kiedy zobaczyłem znane mi okolice, poczułem straszne znużenie. Pomyślałem, aby się położyć i uciąć sobie drzemkę. Nic bardziej złudnego. Skończyła mi się woda, byłem już lekko odwodniony, a słońce po upalnym dniu nieźle spiekło mi kark.

Jednak ta myśl stawała się obłędnie kusząca. Na domiar złego na prawej nodze czułem kilka sporych bąbli. Wszystko przemawiało za tym, aby ulec pokusie. Pomimo wszystko nie dałem się zwieść aż do samego końca. Kiedy juz zszedłem z torów i wchodziłem do Tenango, chwaliłem Boga za ten wspaniały dzień trudu i modlitwy. Po drodze zahhaczyłem jeszcze o dom mojego ministranta, gdzie poczęstowano mnie dzbanem wody – wypiłem bez namysłu – i wróciłem do domu.
Łącznie przeszedłem ponad 38km w niecałe 6 godzin 30 minut, nie licząc czerech krótkich postojów i odpoczynku w Valle.

Cieszę się i dziękuję Bogu za siły oraz że mogłem stać się w ten sposób jednym z wielu elementów tej Boskiej modlitewnej układanki intencji i wyrzeczeń z prośbą o nowego papieża.

Następnego dnia konklawe wybrało papieża Franciszka. Tegoż samego dnia nasza wspólnota pallotyńska odbywała comiesięczny dzień skupienia w konwencie sióstr w Juchitepek. Po zakończeniu dnia skupienia Mszą św. zostaliśmy zaproszeni przez siostry na wspólny obiad. Coś mnie tknęło i poprosiłem o włączenie telewizora, mówiąc: Coś mi się zdaje, że mamy nowego następcę św. Piotra. Po chwili wszyscy wspólnie zobaczyliśmy w telewizji wychodzącego na balkon w Watykanie Papieża Franciszka. Co za radość! Bogu niech będzie chwała!

Warto na miarę własnych możliwości, licząc siły na zamiary, zdobywać własne szczyty. Na własne Everesty w dziele Kościoła i zbawienia duszy własnej i bliźniego swego.

hno.Miguel, Meksyk