Strona główna arrow Meksyk arrow Meksykańskie opowiastki
Meksykańskie opowiastki Drukuj Poleć znajomemu
W Valle de Chalco spora część naszych obowiązków to duszpasterstwo grup. Podczas tych kilku miesięcy, kiedy tam pracowałem (bo po urlopie decyzją Prowincjała powróciłem do Tenango del Aire), byłem odpowiedzialny za część z nich (m.in. za grupę ministrantów, samotnych matek, Szafarek Eucharystii).

Wszystko musi być na swoim miejscu
Moje wielkie uznanie i szacunek zyskały panie Szafarki Eucharystii Ministra de Eucharistia. W Polsce się chyba nie zdarza, żeby panie komunikowały, a w Meksyku raczej trudno spotkać mężczyznę, który nosiłby Komunię. Ale Jezusowi zawsze towarzyszyły niewiasty – Ewangelia więc naświetla, że to jest dobre. Panie Szafarki nie tylko pomagają w zanoszeniu Komunii św. do chorych w każdy czwartek, ale także opiekują się nimi. Zawsze zgłaszają ks. Bartkowi potrzebę spowiedzi czy gorszy stan chorego, który się nie spowiadał. Są „oczami i uszami” kapłana.

Opieka nad chorymi jest znacznie szersza. Zatroszczył się o to jeszcze nasz poprzednik, meksykański ksiądz. Mamy tu aptekę dla chorych i lekarza, który przychodzi co drugi dzień i przyjmuje chorych...
... za symboliczną opłatę. Leki wydaje za darmo. Zbieramy je od ludzi, którzy często przynoszą całe reklamówki, tego co zostało po bliskich, którzy odeszli. Pod bacznym okiem pana doktora sprawdza się, czy to się nadaje i wg potrzeb on te leki wydaje. Do doktora ludzie przychodzą nieraz całymi rodzinami. Chociaż jest lekarzem pierwszego kontaktu, pomaga też w miarę możliwości osobom chorującym np. na serce.

W naszej parafii nie mamy zakrystii, bo trudno tak nazwać niewielką kanciapkę, w której nie ma nawet możliwości postawienia stołu. Toteż tak naprawdę zakrystia jest w domu parafialnym, czyli w przedsionku między naszymi pokojami, kaplicą i kuchnią. Panie Szafarki zobligowały się, i solidnie tego pilnują, do pomocy w zakrystii. Nie mamy dachu, nie mamy drzwi w kościele (jak poprzednio wspominałem, brezentem oddzielamy kawałek terenu przyszłego kościoła, by nie wiało czy nie zacinało deszczem) i wszystko, łącznie z ołtarzem, trzeba chować, by się samo nie „schowało”.

Panie przychodzą 40 min. przed każdą Mszą św., wszystko wynoszą i przygotowują, a po Mszy św. sprzątają. Jeżeli Msza św. ma być przy głównym ołtarzu, wyżej niż prowizoryczna kaplica, trzeba wszystko tam zanieść. Najświętszy Sakrament trzymamy w pokoju-kaplicy w domu.

Ja osobiście jestem zachwycony postawą Pań Szafarek, ich zdrowym zaangażowaniem. Cięty jestem bardzo, kiedy widzę, że ktoś ma rodzinę i jest jej potrzebny, że ma zobowiązania zawodowe, życiowe, a czasami z przesadą chce ukierunkować swoje życie tylko dla Kościoła, zaniedbując to, co jest jego priorytetem. A te panie, niektóre już są babciami, mają wszystko właściwie poukładane (tam się szybko babcią zostaje). Była tam taka babcia (czterdzieści kilka lat), która z wnusią przychodziła. Córka szła do pracy, a ona zajmowała się dzieckiem – mała biegała, nikomu nie przeszkadzała. Inna mówiła, że tylko pochowa wszystko, bo za chwilę mąż z pracy przyjdzie i musi obiad przygotować. I to mi się podoba – czuje się, że wszystko musi być na swoim miejscu.

W Meksyku rodzina jest bardzo ważna, a wręcz powiem, że to coś świętego. Mimo wszystko szanują instytucję rodziny, chociaż często kobiety zostają same z dziećmi, a mężczyzna idzie do innej.
Szczególnie widać siłę rodziny, kiedy rodzice bardzo się starzeją – nie zostawia ich się samym sobie. Dzieci dzielą się opieką do końca.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to wychowanie: ile sam dasz, tyle doświadczysz. Nie. To naturalny rytm życia. To twój święty obowiązek. Mnie to też ubogaca i cieszy.

Porwania

Są zjawiskiem, które ma miejsce w całej Republice Meksyku, a szczególnie w jej północnej części. Miałem celebrację słowa, takie ostatnie pożegnanie przy ciele zmarłego. Wtedy pyta się o tego człowieka i okoliczności śmierci, żeby ewentualnie coś powiedzieć do rodziny. Okazało się, że to było morderstwo. Chłopak miał 27 lat; osierocił dwoje dzieci, 4-letnie i 6-miesięczne; żona ma 23 lata. Byli zaledwie rok po ślubie. Wracał z pracy. Rozstał się z kolegą ok. 300 m od domu. Nie dotarł. Słuch o nim zaginął. Odnaleziono jego ciało z przestrzeloną głową w poniedziałek czy wtorek w innej miejscowości. Przez cały weekend był maltretowany.
Nie było konkretnej przyczyny porwania – nikt nie zwrócił się z żądaniem okupu czy pogróżkami. Wraz z nim zginęło jeszcze kilku mężczyzn.

Podobne zdarzenie opowiadał ks. Bartkowi jeden z parafian, którego też porwano na weekend. Było tam jeszcze trzech porwanych. Porywacze gdzieś ich wywieźli, pili alkohol, brali narkotyki i znęcali się nad nimi. Też nic nie chcieli od rodzin. Wyglądało to jakby chcieli się zabawić lub przyuczyć tych, co jeszcze do końca nie stracili sumienia. Ten pan mówił, że w końcu stracił przytomność, a po jakimś czasie obudził się w świeżo wykopanym grobie na miejscowym cmentarzu. Leżał na ciałach dwóch zastrzelonych mężczyzn. Nie wie, co stało się z czwartym.

Nie chcę jednak demonizować, bo Meksyk jest pięknym krajem i ja sam doświadczam wielkiej sympatii ludzi. Wielu turystów podróżujących po kraju może poświadczyć moje zdanie. To wojny miejscowych – nie jest to jednak dobre pod żadnym względem.

Grupy muzyczne
Ciekawe są nasze grupy muzyczne. Mamy dwie – nazywa się je tutaj estudianda. Ta forma muzykowania pochodzi z Hiszpanii – to są grupy męskie lub żeńskie i nazywają się tuna. Tutaj są grupy mieszane, stąd estudiantina. W grupach tych także dzieci się angażują. Grupy te nie tylko ubogacają liturgię, ale także organizują koncerty przy parafii.

Ostatnio mieliśmy przegląd muzyki estudiand – było 19 grup. Występy trwały od 18.00 do 2.00 w nocy. Nie ma żadnych nagród, po prostu grupy się prezentują. Mają bardzo ciekawe ubiory, jakby średniowieczne, z getrami, pompiastymi spodniami, a ci, którzy weszli na wyższy poziom (przynajmniej 3 lata w grupie, ileś zaliczonych koncertów), otrzymują jeszcze kapę, płaszcz. Ślicznie to wygląda. Nieodzownym instrumentem jest gitara. Jest to muzyka bardzo radosna. Czasem dochodzi do tego taniec z tamburynem.
Trzecia grupa to grupa gitarowo-klawiszowa, licząca bodaj 14 osób.

Największa estudiantina jest w naszej kaplicy – to grupa rodzinna z kilkoma zaledwie osobami niespowinowaconymi. Najmniejsze dzieciaki mają chyba po 5-6 lat, uczą się grać, śpiewają. A należą i dziadkowie. Dla nich wszystko, najmniejszy nawet szczegół, jest ważne. Za każdy koncert otrzymują tasiemkę i potem się nimi obwieszają jak medalami. Liturgia ubogacona występami tych grup ma zupełnie inny wymiar. Gra się też na harmonii.

Taka grupa to nie tylko muzyka, ale też formacja. Byłem bardzo zbudowany, kiedy poproszono mnie o pogadankę na temat rodziny. Wszyscy byli obecni, z dzieciakami włącznie. Podziękowali mi i powiedzieli, że chcieliby więcej i częściej. Takie pogadanki zdarzały się najczęściej spontanicznie, zwykle po Mszy św. Zaczynało się najczęściej od jakiegoś pytania…

Sama muzyka bardzo mi się podoba. Jest w niej dużo radości, ale i nostalgii – zależy, co chcą wyrazić. Oni żyją tym śpiewem. Dla nich bycie w tej estudiantinie to coś znacznie więcej niż bycie członkiem grupy i granie na instrumencie czy śpiewanie. Dla nich to jakaś forma wyrażania samych siebie, to określony styl bycia, który ich pochłania.

Adoration Nocturno
Mamy też grupę zwaną Adoration Nocturno, czyli Adoracja Nocna.
Członkowie spotykają się raz w miesiącu o godz. 18.00, mają coś w rodzaju warsztatów, a o 22.00 rozpoczyna się adoracja Najświętszego Sakramentu, która trwa do 6.00 rano. Kończy się błogosławieństwem i Mszą św. Też proszą, by zajrzeć na takie spotkanie i powiedzieć coś na jakiś temat. Widać, że chcą, by ich formacja była bardzo ożywiona.

Jest to chyba największa grupa w Kościele meksykańskim. Zrzesza tysiące ludzi i aktywnie działa. Mają spotkania dekanalne i diecezjalne. Bardzo ważne jest, że ożywiają życie eucharystyczne. Taka grupa działa też w Tenango.

Br. Michał Szczygioł SAC
Zdjęcia Autora

 
SMS misje