Strona główna arrow Nr 63 (2/2013) arrow Parafia na wyspach. Taraway
Parafia na wyspach. Taraway Drukuj Poleć znajomemu
Przysłowiowy „rzut beretem” od Walis, nieco dalej jeszcze na zachód, położona jest wyspa Taraway. Bardzo nietypowo ustawiona, bo w poprzek do wszystkich innych (wszystkie wyspy są mniej więcej usytuowane wzdłuż linii wschód-zachód, natomiast ta stoi na linii północ-południe), stanowi zachodnie rubieże parafii i świetny bufor od wrednego zachodniego wiatru dla sąsiedniej wyspy Walis.

Niewielka, podłużna i w całości rafowa wysepka wystaje zaledwie kilka metrów nad poziom morza (może ze dwa?), ale dzielnie opiera się morzu i falom, zwłaszcza podczas sezonu na zachodnie wiatry, zwane TALEO, które w swej brutalności podnoszą morskie fale na wiele metrów wzwyż, stanowiąc tym samym poważne wyzwanie i nie lada kłopot dla wszystkich pływających mniejszymi jednostkami.
Taleo zazwyczaj zaczyna się na przełomie października i listopada i trwa mniej więcej do końca kwietnia. Pływanie w tym czasie...
... nie należy do przyjemności, a fale i wiatr zniechęcają amatorów podróżowania. Niestety, muszę przyznać, że nie ma ono nic wspólnego z poetyckim „bujaniem na falach”.

Taraway to najmniejsza zamieszkała wyspa w parafii – nie licząc dwóch malutkich bezludnych „piegów na morzu” pomiędzy większymi wyspami. Populacja sięga około 120 osób i to tylko wtedy, gdy wszyscyzjadą z miasta na wakacje lub święta. Niewiele jest tu buszu i materiału budowlanego, toteż gospodarka gruntami pod ogrody musi być bardzo ostrożna i restrykcyjna.

Środek wysepki zdobi słodkowodne jeziorko używane prawie przez wszystkich do mycia i kąpieli. W zasadzie to jedyny tradycyjny i stały rezerwuar wody na wyspie.

Kiedy misjonarze znaleźli wody gruntowe i wykopali studnie, zakładając pompy, stały się one alternatywnym zasobem wody i to dużo czyściejszej niż dotychczas.

Niestety, brak dbałości o sprzęt, poparty lenistwem w naprawianiu, szybko odstawił pompy na boczny tor, a pozostawił tylko studnie do czerpania wody. Niskie i płaskie wysepki nie gromadzą wokół siebie chmur, zwłaszcza w porze suchej, więc i zbiorniki na deszczówkę są bardzo krótkoterminowym rozwiązaniem.

Na całej wyspie jest tylko jedna wioska skupiająca wszystkich mieszkańców. Nieco za wsią mieści się szkoła podstawowa, ale to nie przeszkadza nikomu, bo tutaj wszędzie jest blisko. Obowiązują tu dość ścisłe zasady postępowania dotyczące organizacji życia w osadzie. Ale bez nich pewnie szybko musieliby opuścić swą matczyną wysepkę.

Taraway jest ostatnią znaną mi wyspą i wspólnotą, gdzie wszyscy razem ruszają do pracy przy zakładaniu ogrodów i robią je wspólnie dla wszystkich. Przypomina to może troszeczkę nasze dawne PGR-y (dla młodszego pokolenia – Państwowe Gospodarstwa Rolne), które zakończyły swą smutną egzystencję totalnym fiaskiem – z tą jednak różnicą, że tutaj nie są one państwowym ani ideologicznym wymysłem, no i działają od pokoleń. Zupełnie różny jest też system ich podziału, dalszego uprawiania i późniejszych zbiorów plonów.

Zresztą inaczej pewnie mieszkańcy zniszczyliby szybko swą wysepkę. Jest to też efekt dość solidnie funkcjonującej tradycyjnej struktury wioskowej i obowiązującego w niej przywództwa.

Przy tak malej populacji jest to praktycznie wspólnota kilku rodzin, które są ze sobą już nieźle i dość blisko skoligacone. Skoro więc młodzieniec szuka dla siebie panny nie związanej bliżej z rodziną, musi się udać znacznie dalej na swe „łowy”.
A na marginesie mówiąc – tutaj nie ma najmniejszej możliwości, by coś się wydarzyło bez wiedzy reszty. Więc i robienie sobie szwindli jest odpowiednio traktowane dyscyplinarnie.

Przez wieś biegnie jedyna droga, która w jedną stronę rankiem prowadzi dzieci do szkoły (podstawowej – katolickiej), a w drugą wiedzie na cmentarz. Następnie, obchodząc całą wyspę dookoła, wraca do punktu wyjścia. Jest to jedyna wyspa o centralnym cmentarzu dla wszystkich – i tak pięknie utrzymanym. W samym środku wsi stoi dom-kościół i „dom ojca” – czyli plebania. Ale, podobnie jak na wyspie Biem, jak jest ksiądz, wokół panuje zupełna cisza. Nie wiem jak jest, gdy mnie nie ma, ale wydaje się, że wówczas też chyba jest dość spokojnie.

Tutejsi ludzie w swej tradycji nie odnoszą się już do haus tambaranu, inicjacji czy wielu innych zwyczajów i wierzeń. Te zostały już dość dawno zarzucone, choć pewnie w sercach najstarszych ta tradycja jeszcze jest mocno żywa. Zachowali jednak swoje tańce, tradycyjny strój i język (który co prawda nieco się skrzyżował z okolicznymi, ale wciąż jest pielęgnowany) oraz najważniejsze historie swego pochodzenia i sekrety swego istnienia. Tym jednak się nie dzielą i o nich nie opowiadają, a i najmłodsi już o nich coraz mniej wiedzą.

Wyspa w zasadzie jest katolicka, ale w poszukiwaniu partnerek życia sprowadzono również mniejszości religijne. Podobno serce nie sługa i nie patrzy na wyznanie. Z czasem niektórzy przechodzą na katolicyzm, inni pozostają wierni swojemu wyznaniu, ale nie praktykują z braku kaplic i pastorów z ich wyznania. W 2010 roku był chrzest dwóch takich osób, które po latach pożycia małżeńskiego poprosiły o chrzest w Kościele katolickim.
Frekwencja podczas niedzielnych i świątecznych Mszy św. i nabożeństw jest prawie stuprocentowa, a oprawa liturgiczna dobrze przygotowana. Ważniejsze święta i wydarzenia z życia wsi obfitują również w tańce i procesje w tradycyjnych strojach.

Inną oznaką dość dobrego zorganizowania i upartości ludzi może być fakt, że jest tu katolicka szkoła podstawowa, mimo że liczba mieszkańców, a zatem i dzieci, jest zbyt mała na otwarcie szkoły i nieraz chciano ją zamknąć – poradzili sobie z tym problemem, otwierając co drugą klasę. W lata parzyste mają klasy parzyste, a w nieparzyste – odwrotnie.

Nie oznacza to jednak, że jest tu raj na ziemi. Są też konflikty i niesnaski, bo przecież tam gdzie są ludzie, zawsze są jakieś kłopoty. Większość problemów starają się jednak tak rozwiązywać, by proboszcz o tym nie wiedział, w przeciwieństwie do sąsiedniej wyspy Walis, gdzie nawet najmniejszym drobiazgiem czy draką zaraz muszą się pochwalić przed księdzem.

Oprócz ludzi wyspę Taraway upodobały sobie również duże nietoperze. Zupełnie nieszkodliwe dla ludzi i w pełni owocożerne, przylatują tutaj jak do noclegowni, nie zaznając od ludzi niegościnności – tylko, że w ich przypadku jest to nasz dzień. Wieczorami całe chmury nietoperzy, i to nie w setkach, ale już w tysiącach, lecą na główny ląd na wyżerkę. Tutaj niechybnie padłyby z głodu. A ponieważ ludzie na nie nie polują, jak gdzie indziej, i zostawili je w spokoju, więc chętnie wracają następnego poranka. Odlot całości stada trwa ponad godzinę – towarzyszy mu bardzo charakterystyczny łopot bezpiórych skórzastych skrzydeł. Nigdy jeszcze tylu nie widziałem naraz i w jednym miejscu.

Gościnność i przyjazność mieszkańców zachęca do odwiedzania tego miejsca. Sam dojazd z miasta trwa ze dwie godziny motorówką (przy niemiłym wietrze może być nawet dobre dwa razy dłuższy), a sam dojazd do wyspy dodaje odrobinę adrenaliny, bo oznacza lawirowanie między rafami. Dla „najaranych” i nieostrożnych kierowców brawura zazwyczaj kończy się szybką, bolesną i kosztowną lekcją pokory, w postaci zawiśnięcia delikwenta na rafie.

Jest to mała enklawa, pewnie jedna z ostatnich w tym rejonie, gdzie życie ma swój styl i smak, nieco inny i niezależny od stylu i negatywów miasta oraz nachalnej pseudocywilizacji. Ale tutejsi ludzie nie stronią od jej zdobyczy. Może tylko trochę lepiej im wychodzi dostosowywanie ich do swoich potrzeb.

Jest to miejsce, do którego w zasadzie przyjeżdża się z przyjemnością i nie ucieka się stad. Zapraszam.

****

To już ostatnia z „moich” wysp. Cykl artykułów „Parafia na wyspach” pokazuje, jak bardzo różnią się od siebie poszczególne wyspy i jak odrębne niosą ze sobą problemy oraz jak zupełnie indywidualnie trzeba podchodzić do mieszkańców każdej z nich. Nigdy ta sama metoda i ten sam program nie sprawdzają się na kolejnych dwóch wyspach. Nie da się też osiągnąć tych samych wyników w całej parafii w tym samym czasie.
Jest to duże utrudnienie i wyzwanie w pracy, ale „jak się nie ma co się lubi, trzeba polubić, co jest”.

Ks. Dariusz Woźniak SAC
Zdjęcia Autora