Strona główna arrow Nr 63 (2/2013) arrow Znaleźć serce, by kochać
Znaleźć serce, by kochać Drukuj Poleć znajomemu
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Bardzo serdecznie i gorąco pozdrawiam z Afryki z misji w sercu Kamerunu, z buszu i wioski Nkol Avolo.

Obecnie rozpoczyna się u nas pora suszy. Jeszcze nie wiem, co to oznacza dla misjonarzy, szczególnie dla tak świeżo upieczonych jak ja. Wiem już, jak wygląda pora deszczowa. Codziennie ulewne burze, brak prądu, praca przy świeczce, czasem brak wody, nieprzejezdne drogi.

Przyjechałam do buszu 1 października, w święto Teresy od Dzieciątka Jezus – patronki misji. Przez jej wstawiennictwo zawierzam siebie Bogu każdego dnia. Ludzie mówią, że misjonarze mają dodatkowych Aniołów Stróży, żeby nas pilnowali. Chyba jest w tym coś z prawdy – sama już tego doświadczyłam. Spotkanie z wężami, skorpionami i ostatnio tyfus.

Mieszkam w wiosce, gdzie...
...nie ma księdza, który znałby język polski. Mamy ogromny problem z codzienną Mszą św., nie mówiąc już o spowiedzi. Żeby skorzystać z sakramentu, jadę raz w miesiącu na wschód Kamerunu do polskiej misji w Doume, gdzie biskupem jest ks. Jan Ozga. Jest to mniej więcej 350 km od mojej misji. Na warunki Europy to niewiele, ale nie tu. Dzięki temu, że przyjechałam tu we środę, rozpoznano u mnie tyfus. Kolejny raz Bóg mnie ocalił. Widocznie mam jeszcze coś do zrobienia.

Powoli poznaję ludzi, kulturę, zwyczaje, a przede wszystkim problemy Kameruńczyków, przynajmniej w tej części, gdzie pracuję. Leży mi bardzo na sercu los dzieci. Zdjęcia nie oddają tej przeogromnej biedy, z jaką każdego dnia się spotykam.

Los dzieci w Kamerunie jest tragiczny. Od najmłodszych lat, czyli od 5. roku życia, dziecko samo musi zadbać o siebie. Samo idzie do rzeki, żeby uprać ubranie, samo szuka sobie pożywienia, samo choruje i samo umiera. Dzieci tu są traktowane jak psy. Posiłek i wodę do picia otrzymują tylko jeden raz dziennie. W rodzinach wielodzietnych, a takich tu nie brakuje, chore dziecko nie jest leczone. Nawet jeśli ktoś z nim przyjdzie do dyspanseru, to dziecko ma zapamiętać, jak powinno zażywać leki przeze mnie przepisane. Szokiem dla mnie jest, że kiedy dziecko umiera, nie jest chowane w trumnie, tylko rzucane na kompost, na gnój, żeby szybciej się rozłożyło i było nawozem pod banany, papaje, kakao itd. Albo ich ciała są zżerane przez psy albo inną dziczyznę. Niemalże każdego dnia przychodzą do mnie dzieci strasznie pobite przez rodziców, nauczyciela albo innego dorosłego.

Dziecko tu nie ma najmniejszych praw. Większość z nich nie jest zgłaszana do urzędów po urodzeniu, a jeśli nawet, to po jego śmierci metryka urodzenia przechodzi na kolejne dziecko. Od najmłodszych lat wykorzystywane są do prostytucji i bardzo ciężkich prac.

Jestem tu i każdego dnia zadaję sobie pytanie: Boże, czego Ty ode mnie chcesz? Co mam robić? Odpowiedź przychodzi sama do mojego dyspanseru. Dzieci, przedszkolaki i starsze, idąc do szkoły lub przedszkola, zachodzą do mnie „po krzyżyk” – żeby zrobić im na czole. Maluchy oczekują na całusa. Niewiele mogę im pomóc. Każde z nich otrzymuje szklankę wody i lizaki; niestety już mi się skończyły te, które zabrałam ze sobą z Polski. Któregoś dnia, robiąc porządki w dyspanserze, znalazłam słój z kostkami cukru. Więc teraz dzieciaki otrzymują wodę z cukrem. Tak samo, kiedy wracają ze szkoły. One są szczęśliwe; oczekują tak niewiele.

Czuję się bardzo maleńka wobec ich szczebiotu, gdy odchodząc ode mnie, krzyczą jeszcze przez długą drogę: merci, nasza siostro, jesteś dobra.

Ogromnym problemem jest edukacja. Do szkoły idzie najczęściej jedno dziecko z rodziny, pozostałe to analfabeci.

Pomóc mogę tylko tym, które same do mnie przyjdą do ośrodka. Kto wie, ile z nich umiera z głodu, chorób, odwodnienia. Tego nigdzie się nie rejestruje. W ośrodku zdrowia brakuje mi głównie leków do leczenia ran. Tu wszystko jest kosmicznie drogie, a mój ośrodek utrzymują sponsorzy główne z Polski, zwykle przeciętnie sytuowani, a często biedni ludzie. Brakuje mi wszystkiego: strzykawek, igieł, środków opatrunkowych.

W moim dyspanserze jest wydzielona izba do porodów. Przeżyłam szok, kiedy tam weszłam. Zwykłe klepisko, lampa naftowa, fotel zrobiony przez miejscowych i nic poza tym. Nie byłam jeszcze przy porodzie. I oby szybko nie zaszła taka potrzeba. Najczęściej kobiety rodzą w wioskach albo gdzie popadnie. Ostatnio pod palmą, czekając na Mszę św. Dużo z nich dokonuje aborcji. Prawie wszystkie kończą się ich własną śmiercią i maleństwa. Zabiegu tego dokonuje jakaś znachorka ich sposobami. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak to wygląda i czym to robi.

Do dyspanseru przychodzą nie tylko katolicy. Przyjmuję wszystkich, pogan i muzułmanów. Ci ostatni szanują mnie. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z pogardą czy inną przykrością. Szkoda tylko, że kobieta muzułmańska nie jest tak szanowana jak ja.
Dziewczynki do 7. roku życia są obrzezywane. Robi to najczęściej babka rodziny. Jest do tego specjalny rytuał. Dziewczynkę stroi się w ładną sukienkę, maluje, a później babka szkłem, żyletką lub blachą po puszcze konserwy bardzo dotkliwie kaleczy, wycina całe wargi sromowe. Robi to oczywiście bez żadnego znieczulenia. Dziewczynki gorączkują, wdaje się infekcja, większość umiera.

Moi kochani, pokrótce opisałam swoje pierwsze doświadczenia pracy misyjnej. Wiem, że to jest moje miejsce. Wiem, że jeśli niewiele mogę pomóc z braku leków, to mogę kochać. Na to zawsze znajdę serce.

Proszę o modlitwę, bym nigdy nikomu nie przesłoniła Boga, ale by ci ludzie przez moją obecność odczuli, że nie są gorszym gatunkiem, że za nich też Chrystus oddał życie i ich bardzo kocha. Niech Bóg was błogosławi.

S. Anita, pallotynka
Zdjęcia: archiwum Sióstr Pallotynek