Strona główna arrow Nr 62 (1/2013) arrow Parafia na wyspach. Walis
Parafia na wyspach. Walis Drukuj Poleć znajomemu
Jedną z ostatnich i jednocześnie najdalej wysuniętych na zachód wysp w parafii, diecezji, a nawet i prowincji, jest wyspa WALIS. Długa, wąskawa i niewiele wystająca, bo około 15 m, nad poziom morza, jest wyspą rafową.

Rafa wystaje z ziemi na każdym kroku i lepiej uważać przy chodzeniu. Nieuważne kopanie w niej nie należy do przyjemności. Porośnięta stosunkowo rzadkim buszem, nie przypominającym tropikalnego lasu równikowego, posiada w samym środku malowniczo położone jeziorko ze słodką wodą. Całość poprzecinana jest mozaiką ogrodów i ścieżek.
Wyspa nie ma strumieni i płynących rzeczek, ale obfituje w wody gruntowe umożliwiające budowanie studni, których kilka powstało dzięki...
...misjonarzom.

Wyspa ozdobiona jest mnóstwem palm kokosowych, które tak bardzo kojarzą nam się z tropikalnym klimatem, że nie wyobrażamy sobie wyspy, plaży i morza pod równikiem bez pochylonych nad plażą palm kokosowych. Powabu i uroku wyspie dodają piękne i malownicze piaszczyste plaże otoczone szeroką wstęgą raf koralowych stanowiących istny labirynt przyprawiający o ból głowy niektórych nieobeznanych z tutejszymi wodami nawigatorów.

Populacja na Walis sięga około ośmiuset osób. Mieszkańcy mówią, że wyspa jest w całości katolicka, ale tak naprawdę rzeczywistość odbiega od tego stwierdzenia. Kiedyś tak było, ale dziś, oprócz przedstawicieli innych wyznań przybyłych z miasta lub przywiezionych jako współmałżonkowie przez tubylców po dłuższym ich pobycie na stałym lądzie, są również, i to znaczniejsze grupki, tacy, co kiedyś byli ochrzczeni przez swoich rodziców, ale od tego czasu więcej kościół ich na swoje oczy nie widział, ani oni kościoła.
Tak na dobrą sprawę nikt nie ma z nich jakiegokolwiek pożytku.

Na taki stan rzeczy na pewno miał wpływ częsty kontakt z miastem oraz rzesza naciągaczy i agitatorów, z jakimi się tam spotykali, a także nawiedzali ich na wyspie. Dzieła dopełniły słabe podstawy wiary i chwiejne postawy moralne, bo nie stało edukacji, na którą zupełnie nie mieli ochoty, kiedy była po temu okazja. Znajdą się też i tacy, którym uderzyła przysłowiowa „woda sodowa” do głowy, bo zobaczyli trochę więcej gotówki, z którą nie wiedzieli co zrobić i poszli w kanał alkoholu oraz narkotyków. Dziś stanowią nie lada problem dla całej społeczności na wyspie, która przecież jest dość zamkniętym i hermetycznym środowiskiem. Niemniej jednak, mimo tylu dość kłopotliwych i nieprzyjaznych czynników, z radością przyznaję, że większość jest jednak praktykującymi katolikami, a niedzielna frekwencja sięga w porywach nawet do 90% mieszkańców.

Przedziwna mentalność kieruje tymi ludźmi. Potrafią się zjednoczyć w jakiejś nadrzędnej sprawie i nie chodzi tu tylko o sytuację, gdy jest wspólny wróg, bo to zawsze i wszystkich jednoczy, ale również są w stanie podjąć wiele rozmaitych akcji i wspólnych prac. Na co dzień jednak „kochają” podziały, konflikty, niesnaski i problemy. Niemal nie potrafią bez nich żyć i innym o nich opowiadać. Bez kłopotów są jak ryba z wody wyłowiona i rzucona na piasek. Jeśli długo nic się nie dzieje, zaraz coś zmajstrują, a później się kłócą, sądzą, dogadują i godzą. I od nowa…

Ponieważ wyspa jest otoczona szerokim kołnierzem raf, obfituje w dary i owoce morza. Rafa, stanowi osłonę przed sztormami i wysokimi falami, ale również zapewnia dostawy protein, a ich nadmiar łatwo jest zamieniany na gotówkę. Od czasu do czasu jest bum albo sezon na jakieś żyjątko z rafy, więc zaczyna się „gorączka” na to coś. Wszyscy ruszają do boju, a zachłanność niemająca granic i rabunkowe połowy, „sprzątają” rafę i po chwili już jest po żyle złota. Zostaje tylko kac po zakupionym za zdobyte pieniądze piwie, wysprzątana doszczętnie rafa i wspomnienia, jak to kiedyś było dobrze.

Szkoda tylko, że nikt nie potrafi się przyznać do tego, jaki był głupi i że sam ukatrupił „kurę znoszącą złote jajka”. I że mogłoby być stale w miarę dobrze, gdyby eksploatowali rafę rozsądniej. Na hodowlę czegokolwiek na rafie jeszcze jest stanowczo za wcześnie, a i oni sami nie garną się do takich pomysłów. W końcu, kto miałby przy tym pracować, skoro każdy czekałby tylko na okazję, by drugiego okraść.

Niestety, niemalże cała tradycyjna struktura wioskowa odeszła tutaj do lamusa. Kilku tradycyjnych liderów posunęło się w latach, inni wciąż jeszcze funkcjonują, ale całość to raczej władza tytularna niewiele już mogąca zdziałać i zarządzić. Ograniczają się głównie do tego, co jest związane z tradycją i obyczajami, podyskutują o granicach gruntów i prawach własności, pobiadolą o spadającym znaczeniu wodzów, a tymczasem reszta władzy przeszła w ręce przedstawicieli władzy cywilnej w postaci wójtów reprezentujących rząd.

Wciąż mocną pozycję mają do dziś „glasmanni” – czyli szamani. Może nie są aż tak widoczni, ale gruszek w popiele nie zasypiali i swoje robią dalej.

Ciekawe, że podobnie jak na innych wyspach czy w innych rejonach wybrzeża, tak i tutaj jednym z podstawowych elementów odgrywających główną rolę w życiu społecznym i sprawowaniu władzy jest strach. Pomagał on zachować dyscyplinę i ułatwiał egzekwowanie zarządzeń starszyzny, jak również gwarantował szacunek dla hierarchii. Dlatego też wszyscy, począwszy od rodziców, a skończywszy na najwyższej władzy, chętnie stosowali i stosują ten, jakże ważny, element ułatwiający kontrolę nad innymi. Cóż zresztą może być lepszego i łatwiejszego w stosowaniu tej metody od strachów i nieznanych cieni z pogańskiej przeszłości? Szamani więc mają się dobrze i kwita.

Wyspa Walis to piękne miejsce – z białymi, piaszczystymi plażami i ciepłą wodą do kąpieli, rafą do oglądania dla nurkujących oraz malutką, bezludną wysepką – satelitą do zadumy i przemyśleń. Mogłaby przyciągnąć swymi atrakcjami prawie każdego jako turystę. Szkoda tylko, że tutejsza ludność kocha waśnie i spory oraz robienie sobie i innym na złość. Bynajmniej nie garnie się przy tym do wykorzystania potencjału wyspy.

Z jednej strony leniuchy lubujący się w zwadach, a z drugiej społeczność potrafiąca przygotować piękną oprawę świąt, bogato zdobioną tradycyjnymi tańcami i strojami.

Taka mieszanka rewolucyjno-wybuchowa jak po zażyciu tabaki.

Ks. Dariusz Woźniak SAC
Zdjęcia Autora