Strona główna arrow Nr 62 (1/2013) arrow Myśli moje nie są myślami waszymi
Myśli moje nie są myślami waszymi Drukuj Poleć znajomemu
Na jednej z filii naszej parafii spotkałem w ubiegłym roku chłopca, ok. 5-letniego, który miał lekko przechyloną głowę w lewą stronę. Po paru Mszach św., na które wraz z innymi dziećmi zaczął przychodzić polubiliśmy się.

Zrobiłem rozpoznanie społeczno-pastoralne i okazało się, że chłopiec był jeszcze nie ochrzczony, bo rodzice nie mieli ślubu i z Kościołem nie za bardzo byli związani. Kiedy po wielu spotkaniach zobaczyłem u niego pragnienie chrztu postanowiłem go ochrzcić, chociaż normalnie proszę najpierw rodziców, by zawarli ślub kościelny, a potem jest chrzest razem ze ślubem, aby zaczęli żyć „jak Pan Bóg przykazał”. Kiedy chrzciłem tego chłopca miałem wielką nadzieję, że Chrystus go uzdrowi nie tylko duchowo, ale także fizycznie, że będzie mógł trzymać prosto głowę i dorastać jak wszyscy jego rówieśnicy. Tak się jednak nie stało. Mimo to towarzyszyła mi wielka radość, tak samo...
... jak lokalnej wspólnocie.

Od tej pory Piotr uczestniczył w każdej Mszy św. Mogłem mu teraz udzielić sakramentu namaszczenia cho-rych, prosząc Pana o jego fizyczne uzdrowienie. I tym razem ono nie nastąpiło. Składałem to wszystko na „moją słabą wiarę, która nie jest nawet taka jak ziarnko gorczycy”. Kiedy w Wewak odbywała się krajowa konferencja lekarzy zaprosiłem jednego z nich, polskiego werbistę, brata zakonnego i lekarza chirurga, aby go obejrzał i gdyby coś się dało z tym zrobić, byłem nawet gotowy załatwić pieniądze na to przedsięwzięcie. Była to może próba odpłacenia się dobrem ludziom, bo ja także doświadczyłem w moim życiu ludzkiego dobra, kiedy byłem w podobnej sytuacji, a ktoś mi załatwił dostęp do lekarzy, którzy mnie operowali i dzięki temu miałem ułatwiony start w dorosłe życie.

Dr Jurek kazał chłopcu przyjechać do swojego szpitala w sąsiedniej prowincji. Zrobił mu operację na miękkich tkankach – mięśniach. Pomogło to trochę i wymagało rehabilitacji, o którą było już tutaj trudniej. Jednak po prześwietleniach i operacji stwierdził, że jest to poważniejsza sprawa, bo chodzi o zniekształcone kręgi kręgosłupa szyjnego i raczej tu, w PNG, jest to niemożliwe do zrobienia. Powiedziałem sobie, że tyle, ile się dało, na miejscu zrobiłem. Zdawałem sobie sprawę, że być może jest to do zrobienia w Australii, ale koszty wyjazdu i pobytu w szpitalu i operacji przekraczały zarówno moje możliwości, jak i możliwości finansowe rodziny.

W międzyczasie spotkałem Australijczyka, którego syn ożenił się z Polką. Był w naszym kościele na Mszy św. Zaprosiłem go potem do siebie na kawę. Po tym spotkaniu i dalszej z nim korespondencji, a szczególnie jego zaangażowaniu w zakup aparatu do prześwietleń dla szpitala w Wewak pomyślałem, czy nie powinienem jego zapytać w sprawie tego chłopca. Napisałem do niego, przedstawiając mu całą sytuację i pytając, czy nie jest w stanie czegoś w tej sprawie uczynić: znaleźć lekarzy, szpital i organizację charytatywną czy sponsorów, którzy byliby w stanie to sfinansować. Otrzymałem pozytywną obietnicę. Czekałem na dalszy rozwój wydarzeń z nadzieją na pozytywne efekty.

W tym samym czasie chłopiec przestał przychodzić na Msze św. Powodem była przeprowadzka rodziców, bo matka dostała mieszkanie w mieście – nawet niedaleko naszego kościoła parafialnego. Zamierzałem odwiedzić jego rodzinę na nowym lokum i przedstawić im moją nową propozycję. A wczoraj rano pojawili się u mnie liderzy z fili gdzie pierwotnie mieszkali rodzice chłopca z szokującą wiadomością: „Twój przyjaciel Piotr Chanel nie żyje!”

W mgnieniu oka zrozumiałem wszystko, co się do tej pory działo, ale zobaczyłem to z perspektywy wiary, a nie filozofii tego świata, która mną do tej pory kierowała, bo za wszelka cenę pragnąłem pomóc chłopcu mieć dobre życie, dobry start, tak jak jego rówieśnicy. Dotarło do mnie, że: „moje myśli nie są myślami waszymi”, a moje plany nie są także planami waszymi (to ostatnie zdanie to mój dodatek do Słowa Boga u Izajasza). Ja chciałem mu pomóc, by miał dobry start do życia ziemskiego, a Pan chciał go obdarzyć życiem pełnym, bo wiecznym u siebie, w niebie. Do tego potrzebny był chrzest i łaska i to przez moje ręce otrzymał od Boga, potem udział w wielu Mszach św. Byłem w szoku, ale pełnym wiary i zachwytu nad wolą Boga i Jego zamysłami, które są zamysłami pełnymi dobroci, pokoju i błogosławieństwa.

Na dodatek, kiedy wróciłem do br. Janusza i razem piliśmy poranna kawę, zobaczyłem na niebie przepiękną, podwójną tęczę – znak błogosławieństwa od Boga dla swojego stworzenia i swoich wiernych. Zaprawdę Pan jest wielki.
Jutro czeka mnie jeszcze Msza św. pogrzebowa w wiosce zmarłego chłopca, który bawiąc się z innymi dziećmi, spadł z drzewa i złamał sobie kark – to była przyczyna jego śmierci. Jednak prawdziwie zabrał go do siebie Pan, aby go obdarzyć nie dobrym życiem ziemskim, ale życiem wiecznym w niebie.

Ks. Jan Rykała SAC
Zdjęcia: br. Janusz Namyślak SAC