Strona główna arrow Rok 2003 arrow Nr 25 (4/2003) arrow Rozmowa z ks. Janem Rykałą SAC
Rozmowa z ks. Janem Rykałą SAC Drukuj Poleć znajomemu

R. - Kiedy i dlaczego Ksiądz zdecydował się na wyjazd do Papui Nowej Gwinei?
K. –
Już w szkole podstawowej i średniej bardzo interesowałem się geografią, a szczególnie Australią i Oceanią. Zawsze marzyłem, żeby tam pojechać, ale nigdy jako ksiądz. Chyba raczej jako naukowiec.
Kiedy skończyłem szkołę średnią, poszedłem na studia do Wrocławia, na geologię – studia skończyłem. W duszpasterstwie akademickim „Maciejówka” byłem zaangażowany w grupie misyjnej, do której należał ksiądz werbista, który pojechał do Papui Nowej Gwinei. Myślę, że to mnie ukierunkowało. Po skończeniu studiów poszedłem do pracy – pracowałem jako geolog. W końcu doszedłem do wniosku, że już czas się zdecydować. Poszedłem do werbistów, ale mnie nie przyjęli – powiedzieli, że mam powołanie, ale nie do nich. Zapukałem więc do pallotynów – nie znałem ich wcześniej, szukałem zgromadzenia misyjnego. Zostałem przyjęty. Kiedy byłem w nowicjacie, już jakieś pół roku, przyjechał prowincjał...

...i powiedział, że otwiera misje w Papui. Dla mnie to był osobisty znak, że to jest coś dla mnie. I tej idei już nie porzuciłem. A tak do końca, to chyba tylko Pan Bóg wie dlaczego.

R. – Kiedy Ksiądz wyjechał?
K. –
Zaraz po święceniach byłem przez rok w Centrum Formacji Misyjnej, gdzie miałem wstępny kurs językowy. W latach 1993 – 94 byłem w Szkocji kapelanem dla Braci Miłości i tam uczyłem się języka angielskiego. Do Papui pojechałem w 1994 r. Najpierw przez 3 miesiące byłem w Boram, gdzie uczyłem się miejscowego języka i aklimatyzowałem, a następnie przez kilka miesięcy pracowałem z australijskim misjonarzem na tzw. wprowadzeniu. Potem zastępowałem kolegę, który pojechał na urlop. Po jego powrocie zdecydowaliśmy się pójść w góry – pojechałem tam z ks. Jurkiem Suszko. Tam spędziłem 4 lata (do Bożego Narodzenia ’99). Nie była to misja łatwa, raczej bardzo trudna, ale mimo tego wszystkiego bardzo się z nią związałem. Powróciłem do Boram, a od 2001 r. jestem w Turingi.

R. – Który z papuaskich zwyczajów, pomijając wojny, uważa Ksiądz za szczególnie szkodliwy?
K. –
Sangumę . W jednej z „moich” wiosek była sanguma – kogoś oskarżyli o czary. Ja na początku nie miałem doświadczenia: słuchałem, odsyłałem na pokutę, bo to jeden z grzechów głównych tamtego rejonu, bardzo poważny, bo wiara w magię jest zaprzeczeniem wiary w Pana Boga. Toteż zacząłem po przyjeździe do wioski wypytywać katechistów czy wszystko jest w porządku, czy nie było takiego zdarzenia. Jeśli tak, to zanim zacząłem spowiadać, mówiłem, że ci ludzie, którzy pobili lub popierali sangumę niech nie przychodzą do spowiedzi. Tam wszystko dzieje się wspólnie, więc jeśli jeden robi coś, to połowa wioski albo i więcej go popiera. Dopiero musieli odbyć pokutę – jakiś czas zaprzestania przystępowania do sakramentów czy wykonanie jakiejś pracy fizycznej, np. poprawienie drogi – takie rzeczy, których można było od nich wymagać. Trudne były także sprawy duchowe. W przypadkach bardzo ostrych odsyłało się ich na naukę katechizmu od nowa, ale ze względu na to, że tych ludzi jest tak dużo, a księdzu brakuje czasu, robi to katechista. Spowiedź gładzi grzechy, ale muszą być znaki nawrócenia, przynajmniej chęć nawrócenia.

Jeśli oni zabiją lub pobiją kogoś, zrobią sangumę, to jak następnego dnia przyjdą do spowiedzi, znając tamtejsze realia wiem, że ta osoba indywidualnie może żałuje, ale ze względu na wspólnotę nie może tego okazać (to jest zupełnie u nas zatracony społeczny charakter grzechu). Tam nic się nie dzieje indywidualnie. Tam wszyscy wszystko wiedzą. Są domy, w których żyje po kilka rodzin i większość rzeczy dzielą między sobą, toteż większość spraw też przeżywają we wspólnocie, np. pokutę.
Tam klan daje bezpieczeństwo – jeśli należysz do klanu, nie umrzesz z głodu i zawsze będziesz miał dach nad głową, ale z drugiej strony jak jest wojna i twój klan walczy – musisz się włączyć w jakiś sposób; jeśli jest płacona kompensacja, musisz się dołożyć. Jest to z jednej strony bezpieczeństwo, a z drugiej – niewola; jakby dwie strony medalu. W przypadkach, które trochę kolidują z sumieniem mają problem.
Jeżeli w wiosce coś się dzieje, to wystąpienie przeciwko plemieniu może się wiązać z poważnymi konsekwencjami. Bogaty, z autorytetem może sobie pozwolić na pewne wystąpienia, ale szary członek raczej nie. Kiedy zostanie odrzucony przez plemię, nie otrzyma pomocy, kiedy będzie jej potrzebował.
To są trudne sprawy. Opowiedzenie się przeciw plemieniu to swoisty heroizm Są ludzie, którzy – jeśli cos złego się dzieje w plemieniu, pokrzyczą na nich: „Nie róbcie tego, bo to złe”, ale to dla nich bardzo trudne.

R.- Czy świat duchów, właściwy dla tradycyjnych wierzeń i kultury Papuasów przeszkadza w przyjmowaniu katolicyzmu?
K. –
Z mojego doświadczenia powiedziałbym tak: oni przechodzą nauki przed chrztem, przed bierzmowaniem, ale ciągle wierzą w duchy, szczególnie w duchy przodków. Jeżeli to jest wiara w sensie pozytywnym - nie przeszkadza. Najgorzej, tak jak w sangumie, kiedy mamy do czynienia z wiarą w złego ducha, a z punktu widzenia ich doświadczeń plemiennych, sanguma jest czymś dobrym, bo jest to wyrzucenie złego ducha z rodziny.
Rodzina w naszym europejskim modelu jest tam, gdzie człowiek znajduje dobro; zło nigdy nie pochodzi od rodziny, raczej przychodzi z zewnątrz. Według ich wierzeń sangumą jest ktoś z rodziny, nie z zewnątrz. Ktoś z zewnątrz nie jest w stanie rzucić czarów na klan. Oni wierzą, że zły duch opanował kogoś i przez niego sprowadza choroby i śmierć na rodzinę. Wierzą, że przez zabicie danego człowieka, który według nich jest sangumą, wyrzucają złego ducha.
Ci ludzie są chrześcijanami, ale oni tkwią w tym. Jeśli ktoś z nich mówi, że nie wierzy w duchy – ja mu też nie wierzę. Po prostu znając tamtejszą rzeczywistość, uważam, że jest zbyt wcześnie, żeby oni pozbyli się tych wierzeń i bardziej lub mniej wierzą w świat duchów.

R. – Czy jest możliwe utożsamianie złego ducha z ich wierzeń z szatanem?
K. –
Tak, teraz po przyjęciu katolicyzmu jest utożsamiany. Zabijanie sangumy oni traktują jak rodzaj egzorcyzmów, aczkolwiek my ciągle tłumaczymy, że jak Pan Bóg wyrzucał złego ducha, to nikogo nie zabijał. Były nawet specjalne kursy wyjaśniające w centrum pastoralnym, organizowane dla liderów wioskowych. Analizowane są odpowiednie fragmenty Pisma św. Na kursie wszystko rozumieją, ale jak wracają do wioski jest już gorzej. Jeżeli główny lider jest człowiekiem głęboko wierzącym, to kiedy ktoś powie, że ten i ten jest sangumą, a on im wyjaśni, że to pogański zwyczaj i nie będziemy tego robić, to sprawa ginie. Zdarzały się takie przypadki.

Jakieś dwa miesiące przed moim wyjazdem z gór miało miejsce takie zdarzenie: w grupie charyzmatycznej był młody człowiek, bardzo zaangażowany, który prowadził pracę apostolską w całej parafii, głosił w innych grupach charyzmatycznych. Po jakimś czasie wrócił do swojej wioski i wkrótce umarł. To była nagła śmierć, a więc szukają kto był winien. Znaleźli kogoś, kto według nich był sangumą i chcieli się z nim rozprawić. Na szczęście miałem na stacji głównej lidera, który dowiedział się o tym, poszedł do nich i zażegnał konflikt. Pochwaliłem go w niedzielę, ale po dwóch tygodniach tamtejsi ludzie nie wytrzymali i spalili dom tego, którego uznali za sangumę, okradli go i zjedli jego świnie, chociaż tyle - jak na tamtejsze realia można powiedzieć, że to się rozeszło po kościach. To dzięki temu liderowi, który wiedział i potrafił wytłumaczyć, że jesteśmy katolikami i nie będziemy zabijać. Jeśli w wiosce nie ma kogoś z liczących się liderów – nie ma kto przerwać tego. Podobnie jest z chorobami – tłumaczymy im jak powstają, że są wirusy, bakterie, a oni i tak w to nie wierzą. Wierzą, że ktoś wywołuje choroby. Nieraz mówię, że skoro wierzą w te złe duchy, to niech też wierzą, że Chrystus jest silniejszy od tego wszystkiego. To wszystko jest zbyt młode.

R. – A czy nie byłoby inaczej, gdyby było więcej pielęgniarek, lekarzy, wywodzących się z miejscowych?
K. –
To też nie jest takie proste – oni są, mówią, tłumaczą, ale tak naprawdę to sami nie do końca wierzą w to co mówią. Lekarze są w głównych miastach. Przy naszej stacji misyjnej był mały szpital, dwa oddziały, w tym jeden dla kobiet rodzących. Prowadziły go tylko 3 pielęgniarki. One są z tej samej kultury – powiedzą im, że nauczyły się od białych, że tak nie jest. Na zmiany potrzeba jeszcze dużo czasu. Tam nie da się oddzielić nauki od wiary. Wszystko się przenika.
Często sanguma, wiara w magię, funkcjonuje na tej zasadzie, że liderzy wioskowi czy szamani mają posłuch, bo ludzie się ich boją. Ta kultura jest kulturą strachu. Stale powtarzam: „Nie na próżno Pan Jezus tyle razy mówił w Ewangelii nie bójcie się”. W sumie jednak chyba wszyscy się boimy. Co dopiero można mówić o tamtych ludziach. My patrzymy z zupełnie innej perspektywy niż oni. Oni powiedzą: „Dobrze, ojcze”, ale pomyślą: „Ja swoje wiem”.

Ciąg dalszy w następnym numerze
Rozmawiała Jolanta Fidura