Strona główna arrow Rok 2003 arrow Nr 25 (4/2003) arrow Jak rzeka ludzi odwiedziła
Jak rzeka ludzi odwiedziła Drukuj Poleć znajomemu

Drodzy Czytelnicy „Horyzontów Misyjnych”- choć już dawno po świętach (wielkanocnych – dop. red.), ale z końca świata trudno zdążyć na czas, więc parę słów o świętach obchodzonych egzotycznie.

Tuż przed Wielkim Postem Sepik – największa rzeka Papui Nowej Gwinei – powodowana swym przyjacielskim nastawieniem do człowieka, postanowiła odwiedzić ludzi w ich domostwach. Wody opuściły koryto rzeki i rozlały się wokoło. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyż robi to często. Tyle tylko, że tym razem Sepik okazał się bardziej „wylewnym” niż zwykle. W niektórych miejscach woda wdarła się w głąb lądu nawet do kilku kilometrów. Niestety, po drodze napotkała kościół, plebanię i to wszystko, co nazywa się „stacją misyjną” w Kanduanum. Najpierw woda...

...opasała wszystko, a po kilku dniach była już tylko woda. Widok z okien domu prawie jak z Arki Noego.

Bezpardonowo wody Sepiku spacyfikowały kościół i cicho sobie furkocząc popłynęły jego środkiem. W niedzielę ludzie stali na ławkach, ale już tydzień później trzeba było wynieść ławki, a wierni wpłynęli do kościoła na swoich, wydłubanych w pniach drzew, kanoe.

Czekaliśmy na poprawę, ale wody przybywało. W Niedzielę Palmową kościół przypominał wielką, zieloną, pływającą wyspę. W górze wspaniałe zielone gałęzie palm, falujące w rytmie poruszanych przez nurty wody łódek, w których siedzieli wierni, a w dole płynąca woda.. Mniej wesoło miał ksiądz (czyli ja), bo nie dało się łódki zaparkować przy ołtarzu. Optymizm jednak nikogo nie opuszczał. Wszyscy mieli nadzieję, iż w święta będzie dobrze – choćby nawet „po wodzie”. I tak się też stało.

W Wielki Czwartek celebrowaliśmy stojąc w drewnianych łupinach, a proboszcz stał w wodzie. Zabrakło tylko tradycyjnych strojów i procesji z tańcami oraz umywania nóg. Tym razem Sepik nas zastąpił.
Droga Krzyżowa Wielkiego Piątku wiodła przez wieś, a ludzie podawali sobie krzyż z kanoe do kanoe, by tak dopłynąć do samej świątyni. Około pięćdziesięciu kanoe - pełnych ludzi, zgromadzonych wokół stacji - unoszonych nurtem sepikowskiej powodzi, kołysało się w rytm fal i pieśni wielkopostnych.
Sobotnia noc pokazała, że ogień można rozpalić nawet na wodzie. Parafianie popisali się pomysłowością i zbudowali pięciometrowe ognisko na falach, którego płomienie świeciły podczas obchodów Wigilii Paschalnej. Wraz ze służbą liturgiczną stałem w wodzie, sięgającej bioder, sprawując obrzędy liturgii światła, zaś procesja ze świecami i pochodniami pośród ciemnej nocy była imponująca, ale jednocześnie mokra – przynajmniej dla mnie. Kościół znów wypełnił się łódkami i kanoe. Niektórzy przypłynęli z odległych wiosek, by wziąć udział w uroczystościach. Mimo, że nie było komfortowo, bo w tych dłubankach nie da się porządnie usiąść, to i tak nikt nie narzekał. Nikt nie szukał wykrętów, że woda, że powódź, aby opuścić świąteczną Mszę św. Byli prawie wszyscy.

W innych zakątkach parafii nie było ani lepiej, ani gorzej. Woda zalała wszystkich i wszystkie kościoły. Ostatni raz takie święta „po wodzie” zdarzyły się tutaj 40 lat temu.
Powódź trwała jeszcze trochę, bo wody zaczęły opadać dopiero w maju i wcale nie tak szybko.
Pozdrawiając wszystkich Czytelników życzę dużo słońca i uśmiechu

Kapitan żeglugi po rozlanym Sepiku
Ks. Dariusz Woźniak SAC
Zdjęcia ks. Darka