Strona główna arrow Meksyk arrow WIĘCEJ NIŻ MINISTRANCI
WIĘCEJ NIŻ MINISTRANCI Drukuj Poleć znajomemu
Moja przygoda z grupą ministrantów z Tenango del Aire zaczęła się krótko po moim przybyciu do Meksyku. Szczerze mówiąc, mimo ogromnych chęci do zorganizowania grupy ministranckiej z prawdziwego zdarzenia, miałem trochę obaw – były to „moje początki” z językiem hiszpańskim i nie tylko z nim. Ks. proboszcz Grzesiek powiedział mi wtedy, abym może dał sobie jeszcze troszkę czasu, aby lepiej poznać język, kulturę i mentalność mieszkańców Tenango. Propozycja była bardzo rozsądna, ale ja już chciałem wypłynąć na głębię. I tak też zrobiłem. Pomyślałem, że będzie to dla mnie wielka mobilizacja, aby jak najlepiej doszlifować mój hiszpański. No i maszyna ruszyła.

Na pierwsze spotkanie zgłosiło się ośmioro dzieci, sześć dziewczynek i dwóch chłopców. Pomyślałem sobie: „Jest radość! Zaczynamy”.

Jeszcze przed przystąpieniem do tworzenia grupy, usłyszałem od pewnej osoby takie oto zdanie: „Jeśli w ciągu roku uda się bratu zebrać ósemkę dzieci, to będzie brat mógł mówić o sukcesie”.
A po roku grupa liczyła już szesnaścioro ministrantów.

Toteż przy okazji pierwszej rocznicy, po Mszy św. dziękczynnej, kiedy zebraliśmy się razem na wspólnym posiłku, powiedziałem do dzieci i ich rodziców: „Jeśli Bóg czegoś chce, to temu błogosławi i mimo różnych przeciwności i zmienności losu wszystko się ułoży i spełni zgodnie z Jego zamysłem”.

Jeśli Bóg przemówił przez...
... oślicę Balaama, to dlaczego nie miałby przemówić przeze mnie, nawet łamaną hiszpańszczyzną?
I tak lecą nam kolejne miesiące i lata. Obecnie grupa liczy 24 ministrantów i dwóch nowych kandydatów.

Grupa ministrantów, której patronem jest nasz święty Założyciel Wincenty Pallotti, znaczy dla mnie wiele więcej niż tylko formacja ministrantów. Nasze relacje są o wiele bardziej pogłębione. Mam na myśli, że przez ten czas dzieci zgrały się mocno ze sobą, a ich rodziny ze mną.

Od początku miałem w zamyśle stworzyć coś więcej niż tylko grupę ministrantów. Chcę i staram się robić wszystko, aby dzieci traktowały cotygodniowe spotkania z radością i z niecierpliwością na nie czekały.

Atmosfera spotkań oraz formacji w niczym nie przypomina szkoły, która często traktowana jest jako wyższa konieczność i czy się chce, czy nie chce trzeba do niej chodzić. Prowadzę z dziećmi zajęcia z liturgii, mamy zajęcia praktyczne oraz pogłębioną katechezę.

W tym miejscu chcę nadmienić, iż w naszej diecezji katechizacja dzieci trwa jeden rok i jest związana z przygotowaniem do Pierwszej Komunii Świętej. Dla większości jest to jedyna okazja do poznania nauczania i doktryny wiary Kościoła Katolickiego.

Tak więc grupy parafialne to świetna okazja, aby tę katechizację pogłębiać, jak to jest w przypadku ministrantów.

Oczywiście nasze spotkania to nie tylko zajęcia, to też czas świetnej zabawy i żartów. Zajęcia trwają 3 godziny, więc zawsze znajdzie się czas na relaks i zabawę.

Kolejnym elementem formacji są wycieczki – jeśli uda nam się odłożyć i zarobić potrzebne pieniążki.
Wycieczki są świetną formą odpoczynku, ale i zarazem otwarciem dziecięcej świadomości na to, że warto się uczyć, bo to jest inwestycja w przyszłość, aby móc zrealizować swe marzenia.

Pewnego razu rodzice przyszli do mnie ze skargą, powiedzieli mi: „Bracie Michale, jak to pięknie, że zabiera brat nasze dzieci na wycieczki, ale to nie w porządku, że nasze pociechy mając 9, 10, 13 lat i widziały więcej od swoich rodziców. My też chcemy jeździć z wami”.
Od tego momentu są to już nie stricte ministranckie wycieczki, ale wycieczki rodzinne.

Ta grupa, te dzieci są moim oczkiem w głowie. Pomiędzy ministrantami powstała szczególna więź i wiele przyjaźni. Aż do tego stopnia, że np. na przerwach szkolnych dzieciaki z grupy spotykają się razem, aby wspólnie się bawić i spędzać wolny czas – mówią mi o tym ich nauczyciele. Do tego stopnia dbają o siebie, że jeśli trzeba, to stają jak muszkieterowie: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Bardzo często mogę usłyszeć jak dzieci nazywają mnie: nauczycielu, profesorze, a nawet czasami zdarza mi się usłyszeć tato. Szczególnie z ust dzieci, których ojciec porzucił rodzinę. To zjawisko jest w całym Meksyku na porządku dziennym. W takich sytuacjach odpowiadam: „Ale ja nie jestem twoim tatą” – i dzieciak, który się pomylił i nazwał mnie swym tatą, rumieni się i mówi: „No tak, pomyliłem się. Perdon, hermano Miguel”. Pewnego razu jednak usłyszałem w ripoście: „Szkoda, że nie jesteś moim tatą.” Zamurowało mnie.

Ministranci również nazywają mnie Corazon de pollo, co znaczy Serce Kurczaka. Po kilku latach doskonale poznałem moich ministrantów – tak samo jak oni mnie. Wiedzą, że ilekroć się zezłoszczę, to tak szybko jak się zagotowałem, tak szybko mi przejdzie i nie będę się dłużej na nich złościł. Dlatego więc Serce Kurczaka, co oznacza tu osobę, która nie zapamiętuje się w gniewie.

Stałem się również dla dzieci powiernikiem ich sekretów, zmartwień, oczekiwań, smuków i radości. Także dla wielu rodziców jestem tym samym bratem Miguelem co dla ich dzieci.

Mógłbym tak pisać i pisać. Cieszę się, że Bóg dał mi tych moich małych amigos – przyjaciół. Dzięki nim zdobyłem i zdobywam bardzo cenne doświadczenie duszpasterskie, które prawdziwie mnie ubogaca. Zobaczymy, co przyniesie najbliższy czas.

Teraz dzieci mają wakacje szkolne, więc coś trzeba zorganizować dla nich przy parafii, aby dobrze wykorzystały wolny czas w przyjaźni i z Bogiem.

Kolejnym wyzwaniem dla mnie będzie utrzymanie w grupie ośmiu ministrantów, którzy z nowym rokiem szkolnym przejdą do gimnazjum. Ten okres to prawdziwe wyzwanie, aby ich uchronić przed błędami, a także ulicą niosącą uzależnienia i przemoc.

Zawsze jest co robić, jeśli się tego chce i jeśli się to kocha.
To moja pasja – praca z ministrantami, dziećmi i ich rodzinami. Wszystko po to, aby przybliżyć ich do Boga i rozkochać ich w Nim.

Br. Michał Szczygioł SAC
 
SMS misje