Pielgrzymka Drukuj Poleć znajomemu

Trudno sobie chyba wyobrazić sierpień w Polsce bez pielgrzymek. Przez nasze miasta i wioski przechodzą barwne, rozśpiewane wielotysięczne gromady chrześcijan.

Pozbywając się wygód cywilizowanego życia - bez ciepłej wody, wygodnego łóżka i smakowitych dań, postanawiają przemierzyć kilkaset kilometrów, by dać wyraz swojej wierze i odprawić niepowtarzalne rekolekcje. Dla wielu „czas na pielgrzymkę” jest tak samo naturalny jak „czas na Wigilię”, czy Wielkanoc: gdy przychodzi, nie może być wypełniony czymkolwiek innym .

Po tegorocznej pielgrzymce z Warszawy na Jasną Górę, kiedy moje „pątnicze zapotrzebowanie” zdawało się być już całkiem zaspokojone, dana mi została łaska pielgrzymowania nowego, po nieodległej, a jednak tak innej ziemi Polesia na Białorusi. Tam pielgrzymek nigdy nie znano. Pojawiły się całkiem niedawno. Ta, w której uczestniczyłem, wyruszyła po raz pierwszy z pallotyńskiej parafii w Berezie (w diecezji Pińskiej) do ślicznego Sanktuarium Królowej Polesia w Łagiszynie. Pątników zebrała...

...się przeszło setka. O pielgrzymce wiedzieli albo z cudzych opowiadań, albo (to nieliczni) z osobistych doświadczeń pielgrzymowania w Polsce. W większości młodzi, otwarci, głodni...Wielu z nich dopiero od kilku lat (czasem od kilku miesięcy) jest w Kościele. Wychowani w ateistycznych rodzinach, muszą sobie i innym wciąż odpowiadać na pytanie o motywy swojego wyboru Kościoła (zwłaszcza tego Kościoła), o sens kroczenia drogą wiary, o zasadność modlitwy i sakramentów. Potrzebują więc argumentów i wsparcia. Gdy przychodził czas na pielgrzymią konferencję – grupa milkła, gdy nastawała pora wypowiadania intencji – wypowiadali je bez końca, gdy był czas na śpiewanie – śpiewali z entuzjazmem.

Jak to na pielgrzymce najpierw był krzyż, a potem figura Niepokalanej Pani z Fatimy, która przed prawie stu laty tak bardzo prosiła o nawrócenia tych ziem i oddawanie tu chwały Bogu. Szliśmy z wezwaniem, które było naszą wspólną modlitewną intencją i jednym pragnieniem: Maryja - znakiem jedności. Nie mogło być intencji ważniejszej. Tak, Maryja jest znakiem jedności. Tej między prawosławnymi i katolikami. Wszak dzieli nas wiele: sposób sprawowania sakramentów, Credo, spojrzenie na Kościół i papieża. Dzieli historia i teraźniejszość. Ale bez wątpienia jedno łączy: miłość do Maryi i ufne powierzanie Jej swojego życia. Maryja jest też znakiem jedności miedzy bliźnimi i bliskimi z jednego Kościoła, z jednej rodziny i z jednego małżeństwa. Jak matka, która nigdy nie jest przeciw któremuś dziecku, ale, która niepogodzone dzieci zawsze namawia do zgody. I jest też Niepokalana znakiem jedności każdego z Bogiem, tej jedności, którą urywa w nas grzech.

Ten krzyż i ta figura budziły zainteresowanie i szacunek tych, którzy nas spotykali, w większości prawosławnych. Nigdy nie widzieli gromady ludzi idących w rozśpiewanej grupie, przyklękających przed każdym (każdym!!!) napotkanym na drodze krzyżem (jakież to było piękne) i trzymających w dłoniach różańce. Najpierw myśleli, że to pogrzeb. Poczciwe „babuszki” na nasz widok szybko umykały do domów, przywdziewały czarne żałobne chusty i – wyszedłszy- szukały....trumny z nieboszczykiem. Zdziwione jej brakiem pytały: „kto Wy?”, a ponieważ odpowiedź „pielgrzymi” niczego im nie wyjaśniała (nigdy nie słyszały takiego słowa), drążyły dalej: „dokąd idziecie”? Dopiero gdy padło: „do Bożej Matki”, skłaniały się nisko, błogosławiły nam na drogę i – nie wstydząc się łez – prosiły o modlitwę. Częstowano nas chlebem, kompotem, nawet obiadami. Proponowano nocleg lub pieniądze. To było niezwykłe, obustronne doświadczenie wiary. Budowaliśmy się nią i cieszyli nawzajem. Bo nawzajem była nam potrzebna.
Niezwykłości tym dniom przydawał fakt, że szliśmy przez ziemie, na których zginął męczeńską śmiercią Andrzej Bobola, że odprawialiśmy Mszę świętą w zniszczonej kaplicy, gdzie kiedyś pracował wielki ks. Jan Zieja i skąd w 1939 roku wygnano siostry Urszulanki (nasza Msza była pierwszą po 64 latach sprawowaną w tej kaplicy), że nocowaliśmy w harcerskim „łagrze”, w którym przy głównej bramie przywitał nas pomnik...małego Lenina.

Wreszcie, po przeszło stu kilometrach i czterech dniach marszu, oczekiwane Sanktuarium w Łagiszynie i piękna ikona Matki Bożej, Królowej Polesia, z rozkosznym uśmiechem, szeroko otwartymi oczyma i pąsowymi policzkami. Przyciąga jak magnes. Modlitwa jest tam łatwa, długa i przyjemna, czego doświadczyliśmy trwając (po dniach pielgrzymowania) na adoracji Najświętszego Sakramentu i nocnej, spokojnej Eucharystii.

Historia tej cudownej ikony jest trudna jak historia całej ziemi. Ma więcej niż 300 lat. Modlono się przed nią podczas najazdów szwedzkich, potem przez lata znajdowała się w prawosławnej cerkwi, do której katolicy przychodzili, pewni, że to „ich Obraz”. W 1938 roku, miejscowi chłopi wynieśli ją potajemnie z cerkwi i zawiesili w wybudowanym niewiele wcześniej (1909 r.), nowym kościele w Łagiszynie. W 1997 roku obraz został ukoronowany koronami papieskimi, a jego sława rośnie z dnia na dzień, o czym świadczą tak samo przekonująco wota na ścianach i łzy na policzkach modlących się tam pielgrzymów.
Żal było nam opuszczać to piękne i święte miejsce.

- „Będziecie za rok?” - zapytałem
- „Naprawdę ksiądz tego nie wie?”

ks. Adrian Galbas SAC
Zdjęcia: Aleksander Suszyński