Strona główna arrow Rok 2003 arrow Nr 25 (4/2003) arrow Rozmowa z ks. Wolfgangiem Weissem SAC
Rozmowa z ks. Wolfgangiem Weissem SAC Drukuj Poleć znajomemu

R. – Jako Radca Generalny Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego ma Ksiądz do czynienia z pallotynami z różnych krajów, toteż prosimy o poszerzenie naszych wiadomości o pallotyńskich placówkach misyjnych. Jakie placówki misyjne Ksiądz odwiedził?
K. -
Byłem w Kamerunie, w Tanzanii, w Kongo, na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w Południowej Afryce.

R. – Ksiądz miał możliwość poznać pracę misjonarzy. Co, zdaniem Księdza, oprócz trudności językowych, jest największym problemem w pracy misyjnej?
K. –
W niektórych państwach sytuacja polityczna stwarza bardzo duży problem, tak jak na Wybrzeżu Kości Słoniowej, które zawsze było uważane za kraj bardzo pokojowy, a teraz nagle stał się terenem zamieszek zbrojnych. W Rwandzie widzieliśmy do czego mogą doprowadzić wojny plemienne. Tam nadal są napięcia pomiędzy Tutsi i Hutu – to także stanowi duży problem. A oprócz tego wiele zwyczajnych spraw, jak kwestia odległości, drogi, żeby dotrzeć do wszystkich miejscowości. W Tanzanii widziałem takie drogi, że 10 czy 12 km trzeba było jechać przez godzinę.

Trudność stanowią też choroby, przede wszystkim malaria. Jak pierwszy raz byłem w Indiach „załapałem się” na malarię. Na szczęście nie wróciła już później, ale wtedy męczyła mnie długo. Leżałem w szpitalu Sióstr Urszulanek, o których zawsze...

...myślałem, że mają tylko szkoły. U innych malaria wraca, a mnie się udaje. Na początku myślałem, że to jakiś katar albo lekka grypa i dopiero kiedy zmierzyłem temperaturę i termometr wyleciał mi z rąk, stwierdziłem, że to nie tak. Współbracia zawieźli mnie szybko do szpitala, a tam już wiedzieli, że jestem ofiarą malarii i zastosowali właściwą terapię.
Byłem też w Kanadzie na stacji misyjnej wśród Indian. Musieliśmy tam sami gotować. Trochę się nauczyłem, ale rezultaty były bardzo różne.

R. - Pallotyni polscy, wyjeżdżając na misje starają się szerzyć kult Miłosierdzia Bożego. Czy pallotyni z innych krajów robią to również?
K. –
Jeszcze nie. Nie jest to kult dobrze znany w innych krajach. Mam jednak nadzieję, że wkrótce będzie bardziej uniwersalny, ale na razie pozostaje specyfiką polską. Od momentu jak Papież ogłosił niedzielę po Wielkanocy Świętem Miłosierdzia Bożego, wierzę, że kult ten stanie się znany wszędzie. Na pewno znajdzie duży oddźwięk w krajach afrykańskich, gdzie patrzenie na Boga pełnego miłosierdzia i dobrego pozwoli ludziom wyzwolić się naprawdę.

R. - Ksiądz odwiedził Indie. Czy Ksiądz mógłby nam opowiedzieć o pracy misjonarzy pallotyńskich w Indiach?
K.
– Na początku zaczynali trzej Niemcy, ale z czasem doszło do takiej sytuacji, że państwo zaczęło robić niesamowite trudności w przyjmowaniu misjonarzy z zagranicy. Wtedy, aby ominąć te trudności niektórzy misjonarze wyjeżdżali do Australii - tam zdobywali obywatelstwo australijskie i potem, już jako członkom Wspólnoty Brytyjskiej, łatwiej było im dostać się do Indii. Jeden z misjonarzy, tam pracujących, powiedział: „Skoro nie możemy mieć posiłków z zewnątrz, musimy zatroszczyć się o to, aby byli miejscowi”. Pallotyni zaczęli wtedy organizować szkoły, mniejsze seminaria i to okazało się „strzałem w dziesiątkę”. Obecnie jest tam zaledwie 5 misjonarzy niemieckich, którzy zostali. Niektórzy musieli opuścić Indie tylko dlatego, że nie przedłużono im wizy, ale też, tak jak ś. p. ks. Beckenhof, który wyjechał do Kamerunu, do innych krajów. Tam zaczęła się odnowa misji pallotyńskich.

R. – Czy Ksiądz był w Jevodaya? Pytam o to, gdyż ten ośrodek został założony przez polskiego pallotyna, ks. Adama Wiśniewskiego.
K. –
Nie byłem tam, ale wiele o tym ośrodku słyszałem. Poznałem księdza, który jest tam dyrektorem. Po wielu latach „bezpaństwowości” po śmierci ks. Wiśniewskiego miejscowy biskup poprosił pallotynów, by mimo wszystko podjęli się kierowania tym ośrodkiem, a właściwie już teraz miasteczkiem.

R. – Wydaje mi się, że placówką ważną dla pallotynów jest Kamerun, chociażby dlatego, że tam jest seminarium, w którym kształcą się przyszli księża z różnych krajów Afryki.
K. –
I tak i nie. Kamerun to w ogóle pierwsza misja pallotyńska – pierwsi pallotyni pojechali tam już w połowie XIX w.
Pomiędzy naszymi misjami języka francuskiego w Afryce jest bardzo ścisła współpraca z Kamerunem. Wszyscy nowicjusze z Rwandy przyjeżdżają na studia filozoficzne do Kamerunu. Jest tam Instytut Filozoficzny, utworzony przez różne zgromadzenia zakonne. Znajduje się on na naszym terenie i ś. p. ks. Beckenhof był dyrektorem tego Instytutu. Teraz dyrektorem jest jeden z młodych księży, studiujących filozofię w Rzymie. Ze względu na brak ludzi pojechał do Kamerunu. Po filozofii, na studia teologiczne Kameruńczycy zostają w Kamerunie, a Rwandyjczycy jadą do Nairobi, do bardzo dobrego instytutu jezuickiego.

R. – Czy z Księdza obserwacji wynika, że można mówić o specyfice pallotyńskiej pracy misyjnej?
K. –
To praca z ludźmi świeckimi. Także duchowość Maryjna, która została zaczerpnięta od św. Wincentego Pallottiego jest bardzo żywa i widoczna. To widać właśnie szczególnie w Indiach – w takim wysiłku w kierunku szkolnictwa.
Pallottti mocno podkreślał słowa z pierwszych stron Pisma Świętego, że człowiek jest stworzony na podobieństwo Boże. To jest fundament zarówno pod godność, jak i prawa człowieka. W ramach tych praw mieści się możliwość kształcenia. Stąd tak duże zainteresowanie naszych współbraci szkolnictwem, organizowanie szkół, aby młodym ludziom dać wiedzę i przekonanie, że to ich prawo do realizacji swej godności.

R. - Czy pallotyni, oprócz seminariów, mają też szkoły innych szczebli?
K. –
Prowadzą szkoły średnie. W Rajpur, w Indiach, jest też jedna szkoła wyższa, University College, prowadzona przez pallotynów. Są to szkoły koedukacyjne

R. – Z tego co opowiadają misjonarze wynika, że w większości krajów dziewczęta mają niewielkie możliwości kształcenia się.
K.
- Tak jest rzeczywiście. W Indiach natomiast często jest tak, że dziewczęta o wiele łatwiej mogą chodzić do szkoły, bo chłopcy muszą się uczyć jeszcze jakiegoś praktycznego zawodu. Jedynie wyjątkiem są muzułmanie – tam dziewczęta absolutnie nie chodzą do szkoły.
W tamtym rejonie nasi współbracia zorganizowali szkoły, by uczyć może nie tyle pisać i czytać, co właśnie rzeczy praktycznych: szyć, gotować itp.
Jest taki region Heidarabad, gdzie jest bardzo mało chrześcijan – głównie są hinduiści i muzułmanie. By uniknąć małżeństw mieszanych zorganizowano biuro matrymonialne, gdzie młodzi mogą znaleźć odpowiednią kandydatkę czy kandydata (według religii). W kraju, gdzie jest się mniejszością, gdzie przeważają hinduiści i muzułmanie, naprawdę trudno trwać w wierze i dlatego konieczne jest szukanie współmałżonki tego samego wyznania.

R. - W listach misjonarzy czytałam, że niektóre kobiety hinduskie, będące hinduistkami, modlą się do Matki Bożej.
K. –
Kiedy byłem w Goa, gdzie znajduje się grób św. Franciszka Ksawerego, współbracia mówili mi, że w dniu jego święta na ten grób przybywają wszyscy, niezależnie od tego czy są katolikami czy hinduistami, bo w Indiach wszyscy są religijni – każdy w coś wierzy i świętość stanowi dla nich dużą wartość. W święto św. Franciszka przychodzą wszyscy, niezależnie od wyznawanej wiary, by oddać mu cześć. Jeśli jest jakieś chrześcijańskie święto i odbywa się procesja, nie wahają się dołączyć.
Natomiast poważnym problemem staje się fundamentalizm hinduski – to rzeczywistość, która coraz bardziej narasta i staje się coraz silniejsza. W niektórych stanach jest ustanowione prawo nie pozwalające na przechodzenie na inną religię (tzw. anticonversion).Jeśli ktoś chce się ochrzcić, zostać chrześcijaninem, to przede wszystkim musi iść na policję i tam zadeklarować, że staje się chrześcijaninem nie dla jakichś korzyści, nie dlatego, że mu ktoś zapłacił, ale że jest to jego własna wola, dobrowolna decyzja. Współbracia mówili, że ponieważ państwo jest największym pracodawcą , pozwala sobie, przynajmniej w niektórych regionach, na dyskryminację, szczególnie chrześcijan.

R. – Czy Ksiądz może nam coś powiedzieć na temat misji pallotyńskich w Australii?
K. –
Tam dużym problemem jest brak powołań. Już ponad 100 lat nasi współbracia pracują w Australii. Praca jest bardzo trudna, ponieważ ludność to nomadowie, którzy nie mają stałego miejsca – poruszają się po całej pustyni.
Prawie 40 lat pallotyn, ks. Jobs, był w regionie, gdzie są Aborygeni, żyjący na poziomie kultury sprzed 2 tys. lat. Jedynym sposobem, aby to zmienić są szkoły. Udało się znaleźć sporo zgromadzeń, przede wszystkim sióstr, które organizowały szkoły dla dzieciaków.
Mówiąc o misjach używa się nieraz wspaniale brzmiących słów, takich jak inkulturacja, ale to jest bardzo trudne w realizacji. Byłem z bp Jobsem na pogrzebie. Pogrzeb zaczyna się przed kościołem. Najpierw mężczyźni otoczyli trumnę ze zmarłym i płakali, lamentowali nad nim. Tak samo bp Jobs odprawił swój lament nad zmarłym. Później mężczyźni odeszli, a podeszły kobiety i z kolei one odprawiły swoją lamentację. Następnie było jakby przeprowadzenie przez ogień: zapalono kawałek pachnącego drzewa i tym drewnem zmarłego okadzono; później, wciąż przed kościołem, pokropiono wodą święconą i dopiero wprowadzono do kościoła. Absolutnie zabronione jest wymienianie imienia zmarłego. Używa się wszystkich innych określeń, np. nasz przyjaciel, którego kochaliśmy; brat, ale nie wolno nigdy wypowiedzieć imienia zmarłego. Nawet modlitwa eucharystyczna musi być uproszczona.

Nawiązują do swej tradycji religijnej, w której jest Wielki Duch. Nasi misjonarze podchwycili to i największym świętem jest tam Zesłanie Ducha Świętego.
Jest to praca naprawdę bardzo trudna, również z punktu widzenia powołaniowego. Ilekroć bp Jacobs jechał z wizytą ad limina do Papieża, to Papież pytał go czy są powołania miejscowe – odpowiadał zawsze: „Jeśli, Ojcze Święty, dasz mi pozwolenie święcić żonatych, to powołania będą”. W całej historii Australii był tylko jeden ksiądz Aborygen. To bardzo długa droga.

R. – Tym bardziej, że Aborygeni pamiętają okres kolonizacji. Czy ma to wpływ na pracę Kościoła?
K. –
Bezpośrednio chyba nie. Jest żywa pamięć o tym, ale nie zauważyłem, żeby miała wpływ na pracę Kościoła. Państwowa opieka z jednej strony jest dobra, a z drugiej nie przynosi nic pożytecznego, bo państwo daje pieniądze Aborygenom, natomiast one nie mają dla nich żadnego znaczenia, bo oni pieniędzy nie używają. To jest rzecz, która nie mieści się w ich kulturze.
Ich wielkim problemem jest alkoholizm.

R. – Proszę nam powiedzieć, co podczas tylu podróży po krajach misyjnych sprawiło szczególne wrażenie?
K. –
Dla mnie taką uderzającą sprawą była ufność ludzi skierowana (w stosunku) do misjonarzy. Misjonarz jest dla nich prawdziwym ojcem. Odnoszą się do niego z uderzającą otwartością i ufnością.

R. – Czy Ksiądz chciałby coś powiedzieć Czytelnikom?
K. -
Jestem przekonany, że Czytelnicy poprzez swoją modlitwę i swoją pomoc stają się też misjonarzami.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Tłumaczył z włoskiego ks. Adam Golec SAC
Pytania zadawała Jolanta Fidura
Zdjęcia: archiwum, ks. Kazimierz Czulak SAC