Strona główna arrow Inne kraje arrow Rozmowa z Beatą Prusinowską, misjonarką świecką w Peru
Rozmowa z Beatą Prusinowską, misjonarką świecką w Peru Drukuj Poleć znajomemu
Beata Prusinowska, misjonarka świecka, pracujące od listopada ubiegłego roku w Iquitos, mieście położonym w sercu peruwiańskiej dżungli.

R. - Dlaczego wybrałaś miasteczko w dżungli amazońskiej - Iquitos?

B.
- Zaprosiła mnie moja koleżanka, świecka misjonarka, Gabrysia Filonowicz, która pracuje tu od blisko 3 lat, prowadząc stołówkę dla dzieci.

R. - Pierwsze wrażenie po przyjeździe?

B.
- Pół milionowe miasto, w którym prawie nie ma samochodów!

R. - Dlaczego?

B.
- Iquitos to stolica największego obszarowo regionu w Peru o nazwie Loreto. To teren dżungli amazońskiej. Co ciekawe, do miasta nie prowadzi żadna droga lądowa - można się tu dostać jedynie rzekami albo przylecieć samolotem.

Iquitos zostało założone w XVIII wieku przez jezuitów. Rozkwit miasto zawdzięcza kauczukowi. Jestem tu zaledwie 6 miesięcy, więc stale poznaję...
... okolice.

R. - Skoro nie ma samochodów, pewnie jest tu bardzo spokojnie?

B.
- Wręcz odwrotnie, samochody zastępują liczne motory i tzw. motocarros czyli motory z zamontowanym siedzeniem na trzy osoby. Poza tym wszędzie słucha się głośnej muzyki, toteż - mimo otaczającej zewsząd dżungli - miasto tętni życiem jak każda aglomeracja. Obecnie dużo terenów w mieście i wokół jest zalanych przez rzeki.

R. - Czy takie powodzie w Amazonii nie są charakterystyczne dla pory deszczowej?

B.
- Tak, ale stan wód tegorocznych jest wyjątkowo wysoki. Z tego co wiem, przekroczony został stan alarmowy sprzed 40 lat! Pewna nasza misjonarka świecka, Dorota, mieszkała na wyspie Santa Rosa, przy granicy z Kolumbią i Brazylią. Miesiąc temu wioska zamieniła się ...w rwącą rzekę... nie zostało nawet kawałka suchej ziemi z ponad 3 km wyspy. Dom Doroty, mimo że był na ponad metrowych palach został po kolana wypełniony wodą i nasza koleżanka musiała nauczyć się konstrukcji prostych mostów i wypływać „na wioskę” pożyczoną łódką.

R. - A jak miejscowi ludzie przeżywają powódź? Skoro żyją przy rzekach czy są przyzwyczajeni do wylewania wód?

B.
– Powódź, którą mamy tutaj przychodzi powoli, nie ma przerwania wałów przeciwpowodziowych jak w Polsce, bo takowych nie ma. Woda przychodzi powoli, z dnia na dzień przyzwyczaja ludzi do swojej obecności. Pewnego dnia rano budzą się i widzą, że już weszła do domów. Tutaj nikt nie panikuje, ale powoli zaczyna przystosowywać się do wzrastającej wody. Nawożą ziemię do domów (większość podłóg w domach to ziemia, od niedawna w kilku dzielnicach jest prąd) - potem trzeba zrobić wyżej podłogę z desek. Gdy woda rośnie, podłoga rośnie wraz z wodą – gospodarz wyciąga gwoździe i przybija podłogę wyżej. Zdarza sie, że podłoga jest tak wysoko, że gospodarze dotykają głową dachu –blachy, która od słońca szybko się nagrzewa. Lepiej jest, jak ktoś ma drugie piętro w domu. Na ulicach powstają drewniane mostki i kładki. Czasami są to konstrukcje z jednej deski, jeszcze krzywo położonej. Zdarza się, że mostek się zawali albo ktoś ukradnie w nocy deski.

Wielu ludzi musiało tym razem opuścić swoje domostwa. Tegoroczna powódź przyniosła wiele chorób, w tym epidemię grypy. Jest coraz więcej przypadków śmiertelnych wśród dzieci. Zdarzają się też przypadki utopienia i ukąszenia przez węże, które pływają w wodzie.

R. - Czym się zajmujesz w Peru?

B.
- Pracuję w jadłodajni „Comedor Santa Rita de Casia” dla dzieci z ubogich rodzin. Ta instytucja należy do wikariatu Iquitos. Codziennie przychodzi tutaj ok. 60 dzieci. Pochodzą z ubogich rodzin, większość ma tylko jedno z rodziców. Większość naszych dzieci została poszkodowana przez powódź, niektóre musiały opuścić swoje domy. Obecnie nasz comedor zastępuje szkołę, bo te zostały zamknięte ze względu na powódź i zamienione na tymczasowe schroniska dla powodzian.

Comedor
pełni nie tylko funkcję jadłodajni, ale też świetlicy środowiskowej i szkoły. Z tego co widzę, miejsce to jest bardzo ważne dla tych, którzy tu przychodzą. Oprócz zjedzenia obiadu mogą tutaj odrobić lekcje. Dzięki Dziełu Ad Gentes mogliśmy zorganizować ostatnio nawet tutaj niewielką bibliotekę dla dzieci oraz zakupić wiele gier edukacyjnych.

Zaczęłam też od niedawna prowadzić zajęcia dla kobiet w jednej z dzielnic portowych. Zajęcia to dumnie brzmi, po prostu spotykamy się w prywatnym domu, szyjemy torebki, proste obrusy, maskotki, które z czasem chcemy sprzedawać, by kobiety oprócz zdobycia jakichś umiejętności manualnych mogły cokolwiek zarobić. Zajęcia przerwała nam powódź, bo cała dzielnica została zalana. Mam nadzieje kontynuować spotkania jak opadnie woda.

R. - Czy uważasz, że osoby świeckie powinny wyjeżdżać na misje? Czy nie lepiej zostawić tę „działkę” duchownym?

B.
- Wszyscy świeccy są misjonarzami na mocy chrztu świętego. Niezależnie gdzie jesteśmy – w dżungli peruwiańskiej czy w Lublinie świadczymy swoim życiem o naszej wierze. Nie ulega jednak wątpliwości, że na misjach najbardziej potrzebny jest ksiądz, a zaraz potem wspólnoty zakonne. Jednak są dziedziny, w których ludzie świeccy są potrzebni. Kościół i misjonarze mają być i są też krzewicielami rozwoju, prowadzą szkoły, szpitale, uniwersytety, gospodarstwa rolne, wychodzą do najbardziej potrzebujących. I na tych polach osoby świeckie mogą wesprzeć działalność misyjną.

R. - Jacy ludzie są potrzebni na misjach? Predyspozycje zawodowe nie są chyba jedynym czynnikiem. Jakie powinny być cechy charakteru kandydata?

B.
- Lekarz, pielęgniarka, nauczyciel, inżynier – te zawody są zawsze potrzebne. Oprócz konkretnego zawodu i doświadczenia warto też być elastycznym, bo często może się zdarzyć, że będziemy zajmowali się innymi rzeczami. Ja osobiście często wykorzystuję nie tyle moje studia i doświadczenie zawodowe, ile proste umiejętności zdobyte w domu. Tak samo jak konkretny zawód ważne są predyspozycje psychofizyczne misjonarza. Odporność na inny klimat, otwarcie się na zupełnie inną kulturę, totalna zmiana otoczenia, warunków. I koniecznie trzeba nauczyć się dzielenia...

R. - W stosunku do lansowanych u nas wzorców trzeba przewartościować swoje życie, zmienić jego styl?

B.
- Dokładnie. Jak pisał Jan Paweł II w encyklice „Redemptoriss missio”, misjonarz musi poddać rewizji własny styl życia. Dopiero w warunkach, w których jakiś sposób wyrzekamy się zabezpieczenia finansowego, uświadamiany sobie bardzo istotną rzecz: wszystko, co otrzymaliśmy od Boga wraz z życiem, jako dobra materialne – nie jest nasze, ale zostało nam dane do użytku. Tutaj uczę się cały czas, by nie przywiązywać się do rzeczy.

R. - Jak osoba świecka utrzymuje się na misjach?

B.
- Misjonarze świeccy, którzy zostają posłani przez poszczególne diecezje z Polski, mają z reguły zagwarantowaną pomoc z tejże diecezji. Ja tym razem wyjeżdżałam bez tzw. kontraktu misyjnego, czyli porozumienia pomiędzy diecezją, która wysyła i przyjmuje misjonarza. Moimi aniołami stróżami okazały się Siostry Klawerianki, które zgodziły się wesprzeć mnie podczas pierwszego roku na misjach, za co im oczywiście jestem bardzo wdzięczna!

R. - Pracowałaś już wcześniej w Ameryce Środkowej, w Salwadorze. Czy po tym doświadczeniu łatwiej się zaaklimatyzować w podobnych warunkach?

B.
- Poprzednie doświadczenia w Ameryce Środkowej na pewno mi pomogły na początku, ale też muszę uważać, by nie patrzeć na ludzi tutaj przez pryzmat ludzi z Salwadoru czy Gwatemali. Kiedyś w Polsce pewna zakonnica, która spędziła prawie całe życie w Afryce opowiadała mi, że po 20 latach pobytu w jednym kraju, została przeniesiona do innego kraju afrykańskiego. Nowe miejsce, mimo wielu podobieństw starała się traktować jako odrębny rozdział, starała się nie patrzeć na ludzi przez pryzmat dotychczasowego doświadczenia. Myślę, że tak samo jest tutaj. Jak się zagłębimy w tutejsze realia widzimy bardzo różne grupy etniczne, języki, zwyczaje, religie.

Na terenie Amazonii peruwiańskiej żyje ok. 50 różnych grup etnicznych, tworzących blisko 1800 wspólnot, z własną historią, kulturą, językiem, wierzeniami. Co prawda, w mieście Iquitos nie jestem w stanie poznać całego bogactwa plemion amazońskich, do tego celu trzeba byłoby zapuścić się głębiej, dotrzeć do wiosek... Staram się na razie mieć oczy otwarte w mieście.

R. - Jakie są największe problemy tego regionu?

B.
- Amazonia podlegała i podlega ogromnej eksploatacji, wcześniej przyciągał tutaj ludzi kauczuk, drewno, teraz doszła ropa naftowa. Prawa autochtonów w wielu wypadkach są ignorowane. Rozwinięta jest sieć przemytu narkotyków. W mieście panuje bezrobocie, a odcięcie od świata powoduje, że ceny w porównaniu z resztą kraju są bardzo wysokie. Nie pomaga w tym wszystkim niski poziom edukacji, zamykanie szkół ze względu na powódź i niekontrolowanie obowiązku nauki w wielu nowych dzielnicach. Dzieci, które pojawiają się w naszym comedorze nie miały dowodu tożsamości, nawet trudno ustalić czasem datę urodzenia. Część nie chodziła w ogóle do szkoły.

R. - W tej części Amazonii pracuje kilku polskich misjonarzy…

B.
- Najdłużej jest tutaj świecka misjonarka z Krakowa Dominika Szkatuła, bo 30 lat! Pracuje w sąsiednim wikariacie, który obejmuje znaczny obszar dżungli peruwiańskiej. Odpowiada za pracę pastoralną w wikariacie. Od dawna pracują tu też księża z diecezji płockiej. Jeden z nich jest odpowiedzialny za seminarium wyższe w Iquitos.

R. - Czy lokalny Kościół ma tutaj wiele powołań?

B.
- Z tego co mówią nasi polscy misjonarze, którzy są tutaj znacznie dłużej niż ja, powołań lokalnych do kapłaństwa jest niewiele. Dlatego myślę, że amazoński Kościół wciąż potrzebuje duchowieństwa do pomocy. W sąsiednim wikariacie San Jose de las Amazonas brakuje bardzo księży, niektóre parafie prowadzą jedynie siostry zakonne albo świeccy. Zdarza się, że liturgia słowa jest dużo bardziej powszechna niż Msza Święta i spowiedź, bo ksiądz tam praktycznie nie dojeżdża. Takich miejsc, gdzie lokalna wspólnota potrzebuje kapłana, którego żaden świecki zastąpić w wielu kwestiach nie może jest wiele.

R. - Co powiedziałabyś wszystkim, którzy myślą o misjach?

B.
- Wszyscy wierzący powinni czuć się odpowiedzialni za misje i jednocześnie czuć się ich częścią. Misjonarze potrzebują wsparcia pod każdym względem. Czy to jest datek z okazji Niedzieli Misyjnej, czy modlitwa, bo bez tej ostatniej niewiele mogliby zrobić. A dla tych, którzy chcieliby poświęcić swój czas i wyjechać na misje, niech będą zachętą słowa Jana Pawła II, który zachęcając młodych do tego, by nie bali się być rybakami ludzi, pisał w encyklice „Redemptoriss Missio”: „Czeka was życie pasjonujące, doznacie prawdziwej radości głoszenia Dobrej Nowiny tym braciom i siostrom, których poprowadzicie po drogach zbawienia”. I tego wszystkim życzę!

R. - Dziękuję za rozmowę.
B.
- Dziękuję i pozdrawiam wszystkich Czytelników!

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: Gabriela Filonowicz

 
SMS misje