Strona główna arrow Inne kraje arrow Siostra wśród więźniów
Siostra wśród więźniów Drukuj Poleć znajomemu
R. – Po wielu latach pracy w Rwandzie podjęła Siostra pracę w Kamerunie. W liście, który był wydrukowany w 55 numerze „Horyzontów Misyjnych”, pisała Siostra m. in. o pracy wśród więźniów. Raczej rzadko zdarza się, by do więzienia chodziła siostra. Częściej jest to udziałem księży.

S. Orencja – Księża chodzą jako kapelani, sprawują także Mszę św. Mnie wizyty w więzieniu zaproponowała pewna siostra, Włoszka. Kiedy spytałam, co tam będę robiła, powiedziała: „Idź, zobaczysz”.

Poszłam tam i zobaczyłam więźniów zagłodzonych. Ich dzienna racja żywnościowa to miseczka – wielkości dwóch dłoni – mielonej kukurydzy ugotowanej w wodzie z odrobiną soli. Trzy tygodnie takiego jedzenia i pojawia się choroba głodowa. Kiedy pytałam, co jedzą, w obecności strażników nie bardzo chcieli mówić, ale po wyjściu, pokazali, co jedzą. Schowali trochę dla mnie – spróbowałam. Trzeba robić wszystko, żeby nie dopuścić do choroby głodowej – trudno ich z tego wyprowadzić, a organizm jest wtedy tak bardzo osłabiony, że łatwo zapadają na różne choroby: drogi oddechowe, bóle głowy, kości, stawów i inne.

Chcąc im pomóc, wymyśliłam, żeby robili różne torebeczki, małe piórniczki. Zbieram i kupuję na targu worki – stare i nowe, kolorowe nici, włóczkę i zamki błyskawiczne i daję im. Oni sami sobie robią modele, wyszywają. Ja to potem od nich odkupuję – dają mi niższą cenę, czasem coś dostaję w prezencie. A odkupuję, żeby mieli za co kupić jedzenie. Jest taka...
... możliwość, bo przychodzą tam panie i przynoszą pataty, maniok, banany – to co tu jedzą. Wszystko przechodzi przez kontrolę, bo wraz z owocami przynoszą narkotyki.

Jak zaczęłam przychodzić do więzienia, narkotyków było bardzo dużo. Byłam przerażona. Więźniowie po narkotykach byli agresywni. Najpierw pytałam strażników, dlaczego wnoszone są narkotyki, ale mówili, że nie ma na to rady. Widziałam kiedyś, jak więzień ze strażnikiem szarpali się – więzień był mocniejszy, więc weszłam między nich i rozdzieliłam. Oni mnie bardzo szanują, odnoszą się z respektem. Poszłam do dyrektora i powiedziałam, że nie jest do przyjęcia, żeby brali narkotyki, bo to zagrożenie życia wszystkich strażników. Odpowiedział butnie: „To jest w naszej kulturze”. Powiedziałam tylko: „O, ale piękną kulturę macie”. Zakpiłam, ale nie nakrzyczał na mnie. Potem zmienił się dyrektor i z nim też rozmawiałam: „Proszę, żeby nie wnoszono narkotyków”. Mówił: „Siostro, ja tak chciałem, ale to jest bardzo trudne”. Powiedziałam, że będzie łatwiej i skuteczniej jak wszyscy razem będziemy nad tym pracować.

Więźniowie przed ukończeniem kary mogą wychodzić na zewnątrz i przynoszą. Jest taki zwyczaj, że 2-3 miesiące przed ukończeniem kary otrzymują żółty bilet i mogą wychodzić na zewnątrz, ale na noc muszą wrócić. Jak nie wrócą, biada im. Ci, którzy wychodzą, wynoszą zrobione przez nich produkty do sprzedaży.
Piszą po francusku liściki z podziękowaniem, które rozdaję tym, którzy pomagają. Mówię, że ja pomogę, jak inni mnie pomogą.

A przy okazji udzielania pomocy, pytam: „Jakie dziś święto?” Nie mają tam kalendarza. Najczęściej chodzę w wigilię święta Matki Bożej, ważniejszych świętych czy jakieś rocznice. Wykorzystuję to do ewangelizacji.

W październiku jest odmawiany różaniec. Wielu nosi go na szyi jak korale. Kiedy zapytałam, co to jest, jeden z nich odpowiedział, że t
o Korale nadziane na sznurek. Nie, to nie korale. „Ale jak on ma, to ja też chcę”. Dowiedz się, co to jest, to dostaniesz. Nie dowiesz się, nie dostaniesz.
Kiedy przyszłam następnym razem, od razu mówił: „Siostro, już wiem! To modlitwa”. Dobrze. A jaka? I tak po kolei, po kolei zapoznają się z prawdami wiary. To są podstawy katechizacji.

W więzieniu działa grupa ewangelizacyjna postulantów od sercanów prowadząca systematyczną katechezę. Ponieważ przynoszę więźniom różne prezenty, nie chciałam się zgodzić na systematyczność, żeby nie wiązać ich z ewangelizacją poprzez prezenty.

S. Blanka – Jak duże jest to więzienie?

S. Orencja
– Znajduje się w nim ok. 1000 osób. Terytorialnie nie jest duże, więc są bardzo stłoczeni. W celi trochę większej niż ten pokój (10 metrów kwadratowych) stłoczonych jest 20 osób. Mają piętrowe prycze pod ścianami i niewielkie przejście pomiędzy nimi.

S. Blanka – W jakim są wieku?

S.
– Jest wielki przekrój wiekowy. Są tu też kobiety w osobnej części. Nimi zajmuje się niemiecka organizacja chrześcijańska „Misereo”. Kobiety uczą się szycia, gotowania 3 razy w tygodniu od 9.00 do 5.00 po południu.
Dzieci od 10 do 18 lat są odłączone, mają swój sektor. Jest ich ok. 70. Dostają większe racje żywnościowe. Są inaczej traktowane, bardziej jak w naszym poprawczaku. Funkcjonuje tu szkoła – od podstaw alfabetyzacji aż do matury. Kupiłam im książki – nie dla każdego, ale żeby chociaż były 2 na klasę.

R. – Kto uczy te dzieci?

S.
– Uczą ich więźniowie. Są wśród nich różni ludzie, większość trafiła tu za przekręty, przemyt, część tylko za ciężkie przestępstwa. Kontrolowani są przez inspektorów z zewnątrz, którzy sprawdzają, jak przebiega realizacja programu. Kiedy dochodzą już do końca otrzymują zaświadczenie, na podstawie którego mogą zdawać maturę. Byli więźniowie zorganizowali też dla nich resocjalizację – wprowadzenie do środowiska po opuszczeniu więzienia, np. przez naukę mechaniki, stolarstwa, wyszywania, elektroniki czy mechaniki – rozkładają i składają telewizory, stare samochody. Ci, którzy mają przygotowanie do zawodu, są jeszcze raz szkoleni i „opiekunowie” szukają dla nich pracy, żeby znowu nie zeszli na drogę przestępstwa.

R. – Za jakie przewinienia dzieci trafiają do więzienia?

S.
– Najczęściej są to dzieci tzw. niczyje albo rodziców, którzy się nimi wcale nie zajmują, bo nie mają czasu. Najczęściej trafiają do więzienia za kradzieże.

W Kamerunie, jak zresztą w większości krajów afrykańskich dzieci wychowują dzieci. Jest czas, że dziecko powinno iść do szkoły – szkoły wszystkie, z katolickimi włącznie, są płatne i wielu rodzin nie stać na te opłaty. Dziecko zapisują do szkoły i nie płacą lub płacą za jeden semestr. Dzieci co miesiąc mają sprawdziany, za które otrzymują punkty. Otrzymują świadectwa, na których są wypisane poszczególne miesiące i punkty, które się potem podsumowuje. Kiedy przychodzi czas egzaminów, „dzieci nieopłacone” są usuwane. Tak robią wszystkie szkoły.
Młodzież, dzieci idą szukać pieniędzy – kradną lub napadają. Komu się uda – to się uda... a kogo złapią – zamykają.

R. – Siostry starają się znaleźć ludzi, którzy opłacają naukę dzieci. Czy pomagacie im w tej dziedzinie także w inny sposób?

S.
– Drugą formą jest adopcja serca. Wiele dzieci przy naszych wspólnotach w Kamerunie zostało już zaadoptowanych, ale Baffusam są takie, które jeszcze czekają na adopcję. Baffusam jest trzecim co do wielkości miastem w Kamerunie. Jest tutaj dużo młodzieży, bo są szkoły średnie, zawodowe, a także wyższa uczelnia. Nieraz należałoby zgłosić do adopcji całe rodziny.

Do dzieci z biednych rodzin trzeba iść, zobaczyć, czy one naprawdę chodzą do szkoły. Dzieci mieszkające z rodziną raczej chodzą, a rodzice są wdzięczni za każdą pomoc i przynoszą jakieś owoce, trochę zielonych strączków fasoli. Mówią: „Bo wy, biali, macie takie trudne jedzenie”.

Gorzej, gdy dziecko mieszka u jakiejś perfidnej ciotki. Wtedy wykorzystują dziecko i nie mówią prawdy o jego sytuacji. Kiedy z zaufaniem zaoferuje się im pomoc, chętnie ją przyjmują, ale i tak nie daje to dziecku możliwości chodzenia do szkoły, bo pieniądze zabiera rodzina.

R. – Czy Siostra, jako pielęgniarka, pracuje w ośrodku zdrowia?

S.
– Przy naszej misji nie funkcjonuje ośrodek zdrowia, ale ludzie przychodzą po pomoc albo ja do nich chodzę. W więzieniu jest ambulatorium. Są tam dwie pielęgniarki i lekarz, który studiował w Moskwie i swoich pacjentów traktuje bardzo surowo.
Jeśli chory jest bez rodziny, nie ma kogoś, kto by się wstawiał, opiekował nim, jest skazany często na powolne konanie. Więźniowie nie mogą chodzić do szpitala na zewnątrz. Jeśli ktoś ma złamaną nogę, jest wielki problem. Nie bardzo ma się kto nim zająć. Przygotowałam takie specjalne opatrunki i obuwie czy japonki. Bardzo się cieszą, gdy to dostają, bo noga jest obłożona patyczkami. Jak jest wyciek, to wszystko się paprze. Jeśli więźniom dzieje się krzywda, wstawiam się za nimi. Może nie od razu, ale po jakimś czasie służba więzienna trochę się stosuje do moich poleceń.

R. – Wspaniale radzi sobie siostra z mentalnością afrykańską. Czy ludzie w tych krajach bardzo się różnią?

S.
– Aż tak bardzo się nie różnią. Jedno jest pewne – dobrocią, łagodnością, można zrobić o wiele więcej niż krzykami.
Kiedyś zadrżałam, bo wprawdzie złapałam dobry kontakt z dyrektorem, ale lekarz mnie ścigał. Daję więźniom lekarstwa, ale on robi złą robotę, bo zabiera więźniowi leki i chory już ich nie dostaje – daje komu innemu. Podeszłam do niego i pytam: „Doktorze, powiedzcie, dlaczego tak zęby na mnie szczerzycie?” – odruchowo tak zrobiłam i pomyślałam zaraz: „Teraz da mi popalić!”.
Ale kiedy przyjechałam następnego dnia, powiedział: „Zdrastwujtie, Siestra!”. Wtedy pomyślałam: „Boże, dzięki Ci!”.

R. – I jeszcze jedno pytanie – od jak dawna Siostra pracuje na misjach?

S.
– Wyleciałam z kraju w 1979 r. Byłam w Rwandzie i Kongo Demokratycznym (d. Zair). Potem przez 2 lata pracowałam w Polsce w domu pomocy dla osób starszych w Zakopanem. Od kilku lat pracuje w Kamerunie.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiały: s. Blanka Sławińska SAC, Jolanta Fidura
Zdjęcia: archiwum Sióstr Pallotynek

 
SMS misje