Goście z Rwandy Drukuj Poleć znajomemu

W końcu lipca ubiegłego roku gościliśmy w redakcji kustosza sanktuarium oraz proboszcza parafii w Kibeho. Towarzyszył im ks. Tadeusz Małachwiejczyk SAC, który pełnił rolę tłumacza w naszej rozmowie.

Oto czego dowiedzieliśmy się od naszych gości:

Ks. Chrysante Rwasa SAC
Otrzymałem świecenia kapłańskie 29.06.2000 r. Po święceniach spędziłem 6 miesięcy w Rutshuru - pallotyńskiej parafii w Kongo Demokratycznym, a następnie przez kilka miesięcy zajmowałem się postulantami w Keshero. Wyjechałem potem na 2 lata na Wybrzeże Kości Słoniowej, gdzie pracowałem wspólnie z ks. Adamem Pacułą.
Aktualnie należę do wspólnoty, która od końca sierpnia zajmować się będzie parafią i sanktuarium Matki Bożej Siedmiu Boleści.

Kibeho jest powszechnie uznane jako miejsce pojednania i nawrócenia narodowego. Wielokrotnie Matka Boża wzywała do pokuty, pojednania, do modlitwy. Pierwszym naszym...

...zadaniem jest uświadamiać ludzi o znaczeniu i roli Kibeho w życiu Kościoła w Rwandzie. Trzeba publikować, propagować orędzie Matki Bożej, tym bardziej, że jeszcze mamy 2 świadków, 2 wizjonerki.
Rejon, w którym będą pracować pallotyni w Kibeho jest rejonem biednym, jeszcze bez jakichkolwiek struktur. Na razie z małą kaplicą i ze zniszczonym kościołem. Chcemy przekształcić to miejsce, by było miejscem spotkania z Bogiem.

Kościół lokalny jest kościołem biednym i własnymi środkami nie może realizować czegoś wielkiego, toteż na pewno będziemy zobowiązani prosić o pomoc na zewnątrz. Liczę także na modlitwy i solidarność duchową współbraci i współpracowników. Myślę, że to jak najbardziej pallotyńskie zadanie, ponieważ Matka Boża w wielu objawieniach wysyłała ludzi, chrześcijan do apostolstwa, a mu czcimy Matkę Bożą jako Królową Apostołów.

Nasz św. Założyciel, Wincenty Pallotti, prosił w swoich pismach, byśmy zawsze odczytywali znaki czasu. Dla nas przyjęcie tej nowej misji jest znakiem, aby być czujnym i próbować odpowiadać na wezwania Boga, które jawią się w Kościele lokalnym.

Ks. Janvier Gasore SAC
Jestem kapłanem od 9 lat. Czuję się jeszcze bardzo młody, bo mam zaledwie 41 lat. Pracowałem na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w Rwandzie i w Kongo Demokratycznym (ostatnie dwa lata) - byłem proboszczem.

Jeśli chodzi o seminarium - w Rwandzie kończyłem filozofię, a teologię w Kamerunie. Już jako diakon zaczynałem swoje pierwsze prace apostolskie, misyjne. Świecenia przyjąłem 2.07.1994 r., w czasie walk bratobójczych w Rwandzie. Pierwszy rok kapłaństwa przeżywałem w bazylice Matki Bożej Pokoju – byłem odpowiedzialny za wycieczki, pielgrzymki i przewodników lokalnych. Te 9 lat to było stopniowe, coraz pełniejsze wprowadzenie w życie kapłańskie i apostolskie. Moja misja rozpoczęła się po powrocie z Wybrzeża Kości Słoniowej do Rwandy.

Tu czekało na mnie największe wyzwanie – jak być chrześcijaninem, kapłanem i pallotynem w sytuacji takiego rozdarcia i problemów etnicznych. Rozpocząłem rekolekcjami w duchu pojednania etnicznego. Coś, co widziałem w sposób prawie namacalny po kilku latach wydało owoce. Myślę o odbudowie wewnętrznej i zewnętrznej. Uzdrawianie zranionych serc jest najważniejsze. To bardzo trudna, wymagająca wiele wysiłku praca. Jeśli ktoś przeżył takie zło, jak w Rwandzie, to niełatwo mu przebaczyć, zapomnieć.
Ostatni rok pracowałem w Kongo Demokratycznym. Tam kontynuowałem pracę w tym samym duchu. W momencie kiedy bardzo pokochałem Rutshuru otrzymałem nominację do Kibeho. Odczytałem tę nominację jako karę. Tam nie ma wody, nie ma światła, nie ma dróg, nie ma telefonu. Superior powiedział, że to nie jest kara, że będzie się za mnie modlił, ale i tak wewnętrznie nie zaakceptowałem tej nominacji. Dopiero nieco później przekonało mnie moje osobiste doświadczenie.

Matka Boża była ze mną nawet w najtrudniejszych chwilach mojego dzieciństwa i nawet w najtrudniejszych chwilach życia jestem przeświadczony o jej opiece. Dla Matki Bożej – dlaczego nie?
To jest Matka Boża cierpiąca, Matka siedmiu boleści. Pracowałem na rzecz pojednania, a właśnie tam Maryja wzywała do nawracania. Dlaczego więc nie przyjąć krzyża cierpienia na rzecz tej sprawy?
Myślę, że najlepszym miejscem do głoszenia orędzia Matki Bożej, idei, do której zapraszała jest miejsce, z którego Ona mówiła.

Większość ludzi jest przeświadczona, że w czasie objawień widziała różne znaki na niebie – jest to odczytywane jako Jej faktyczna obecność. Nawet serca ludzi z tamtych terenów są trudne, wymagają nawrócenia. Do dzisiaj są tam szkielety ludzi pomordowanych.
To było dla mnie wyzwanie do zaakceptowania, do przyjęcia tej misji.
Jestem szczęśliwy, że jestem pallotynem, że mogę pracować dla tej sprawy, która jest sprawą Kościoła i sprawą pallotyńską.

W sprawie pojednania trzeba odróżnić dwie rzeczy: głoszenie polityczne, czyli to co nadaje radio, co jest na forum międzynarodowym; jest dużo spraw, które są wersją oficjalną. Ponieważ władze państwowe widziały, że Kościół jest przeciwny tej propagandzie, szukały sposobu, by Kościół uciszyć. Atakowały go w różny sposób, m.in. oskarżając niektórych księży o przyczynienie się do ludobójstwa. Trzeba jednak pamiętać, że Rwandyjczycy w większości są katolikami i atakując Kościół państwo traciło więcej niż zyskiwało. Po wojnie ze strony państwa był taki trend, by zlikwidować wiele świąt kościelnych, jak 1 listopada, 15 sierpnia i wiele innych. Właśnie 1 listopada ludzie na znak protestu nie poszli do pracy. To zmusiło państwo do zmiany stanowiska. Teraz władze pokazują demonstracyjnie, że są z Kościołem i narodem. Wysyłają swoje delegacje na wszystkie oficjalne jubileusze i inne uroczystości. Zawsze w tego typu kontaktach państwowe władze szukają swego interesu, korzyści.

Dążąc do osłabienia Kościoła władze atakowały go na wszystkie sposoby. Znały pewne słabości Kościoła przez księży, którzy współpracowali z nimi. Nawet walki bratobójcze przypisywano Kościołowi, zarzucając, iż to on stoi u źródeł wszelkich ruchów plemiennych, gdy tymczasem Kościół dążył do równości ludzi. Aresztowanie i przetrzymywanie przez kilkanaście miesięcy w więzieniu bpa Misago było prowokacją. Teraz większość aresztowanych księży i sióstr została uwolnionych. Po interwencji Kościoła w sprawie dwóch księży skazanych na śmierć, uniewinniono ich. Spędzili 4-5 lat w więzieniu, a uwalniając ich władze państwowe chciały pokazać jakie są sprawiedliwe i dobre.

W 1995 r. we wszystkich wystąpieniach państwowych mówiono o pojednaniu. Jeśli teraz władze mówią na ten temat, to nie jest to w duchu chrześcijańskim, ale w celu przypodobania się narodowi. A mówi się, że to w duchu sprawiedliwości! Jeżeli Kościół nie będzie czuwał - może stać się przedmiotem manipulacji państwowych.

W kinya-rwanda mówi się o gacaca czyli pojednaniu, rozliczeniu winnych. Nie w duchu naszej sprawiedliwości, cywilizacji. Tam więzień musi udowodnić, że jest niewinny, a nie jemu udowadnia się winę. Kto raz dostał się do więzienia nie ma praktycznie stamtąd wyjścia. Były takie wypadki, że ktoś kogoś oskarżył, a później żałował tego i chciał go wyciągnąć, ale nie było to możliwe.
Kościół rwandyjski to przede wszystkim kościół ludzi zranionych, a więc trzeba przede wszystkim doprowadzić do dyspozycji serce człowieka. Nie mówię tu o uzdrowieniu ze wszystkich ran. To są rzeczy przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nie ma mowy, żeby o tym zapomnieć, ale nie o to chodzi. Trzeba ludziom pomóc żyć, zaakceptować swoje cierpienia, zranienia i dalej z tym żyć, bo przecież przed 1994 r. ludzie żyli i pracowali razem.
I to jest właściwe pojednanie, nad którym pracujemy.