Strona główna arrow Rok 2004 arrow Nr 26 (1/2004) arrow Rozmowa z ks. Janem Rykałą SAC
Rozmowa z ks. Janem Rykałą SAC Drukuj Poleć znajomemu

ciąg dalszy z poprzedniego numeru
R. – Czy Ksiądz nie czuł się wyobcowany wśród tych ludzi, bo jest to przecież zupełnie inna kultura?
K. –
Na pewno po jakimś czasie człowiek dochodził do wniosku, że różnica kultur jest tak diametralna, że każdy musi wiedzieć kim jest. Jak tam jechałem, to miałem wrażenie, że będąc z Papuasami, to stanę się podobny. Jednak w miarę pracy, doświadczeń rozumiałem coraz lepiej, że każdy jest sobą i nie trzeba sobie robić złudzeń, bo nigdy nie stanę się taki jak oni. Myślę, że nikt nie zmieni skóry, sposobu myślenia. Trzeba nawzajem szanować się takimi jakimi się jest. Oni wiedzą, że ja jestem biały – słuchają mnie w sprawach dotyczących Boga, religii. Ale w sprawach plemion czy ich kraju – posłuchają tego co mówię, a i tak zrobią po swojemu. Kiedy człowiek jedzie do ludzi jest oczekiwany, chętnie przyjmowany. Można pobyć z nimi, porozmawiać. Może miałbym możliwość pogłębiać ten kontakt, dłużej przebywając w jednym miejscu, z tymi samymi ludźmi. A tak musiałem być w wielu miejscach, żeby w każdym choć raz w miesiącu odprawić Mszę św. i spowiadać.

R. – Czy Papuasi, żyjący we wspólnotach, gdzie wspólnie troszczyli się o wszystkich i o wszystko, w zetknięciu z cywilizacją nie zatracają tych wartości, wzajemnej troski o siebie i swoje sprawy?
K. –
Cywilizacyjnie ludy na wybrzeżu i nad Sepikiem są na wyższym stopniu rozwoju. Świadczy o tym chociażby to, że wyprodukowali różne...

...formy artystyczne, jak rzeźby, maski, dekoracje itp. Świadczy to o pewnym rozwoju duchowym. Ludy górskie tego nie mają - one mają rzeczy praktyczne, jak kamienna siekiera, strzały, dzidy, rzeczy do walki, do obrony. To chyba też ma związek z klimatem (chłodniejszym), ich cechami (zadziorność, zawziętość). Nad morzem jest gorąco, są bardziej leniwi. Są duże różnice kulturowe, środowiskowe. W górach prawie każda dolina była odcięta – to był dla nich oddzielny świat. Na nizinach mogli się łatwo kontaktować. Podobnie na Sepiku.

W mieście ludzie żyją już odseparowani od wiosek, bardziej według modelu cywilizacyjnego. Na wsi noszą odzież taką jak my, mają pewne produkty (np. ryż, olej) – ale według moich obserwacji ich życie toczy się tak jak dawniej. Mają wprawdzie siekierę metalową zamiast kamiennej, zamiast motyki używają szpadla itp. To już weszło. Kamienną siekierą ścięcie, okorowanie i pocięcie drzewa zajmowało im miesiące, a teraz w 3 dni to zrobią.
Kobiety prowadzą gospodarstwo domowe, opiekują się dziećmi, uprawiają ogrody – dla nich zmieniło się niewiele. Obowiązkiem mężczyzny była budowa domu, ochrona rodziny przed niebezpieczeństwami z zewnątrz – dla nich zmieniło się wiele. Oni nie wiedzą co robić, bo mają teraz dużo wolnego czasu. Trzeba się zająć teraz ich wychowaniem, bo siedzą i nic nie robią i tylko głupoty im przychodzą do głowy. Kobieta jest ciągle zajęta. Mężczyźni grają w karty na pieniądze, toteż jak mają trochę pieniędzy, to je przegrają. Czasem się przy tym kłócą, nawet pobiją. Pójdą rano na targ i przesiedzą do wieczora. Tłumaczę im: „Idź, kup coś dla dziecka, dla kuchni”, ale oni i tak myślą: „A co ty tam wiesz, jesteś biały”.
Zmiany cywilizacyjne wprowadziły sporo zamieszania, bo oni też nie wiedzą, szczególnie mężczyźni, co robić. Potem jak jest taka wojna, to maja zajęcie, to jest dla nich wydarzenie, sensacja. Mają gdzie iść, o czym gadać.

Niektóre siostry, które tam przyszły są bardzo mocno nastawione na wyzwolenie kobiet, ale tam wyzwolenie kobiet trzeba robić przez wychowanie mężczyzn, bo tam jest społeczeństwo typowo zorientowane na mężczyzn. Jeśli kobieta będzie podnosiła głowę, to jeszcze dostanie. Będzie jeszcze gorzej. Jeśli realizowane będzie przez wychowanie mężczyzn - będzie trwałe. Takie problemy są dopiero dostrzegane.
Często jak idzie rodzina mężczyzna niesie tylko maczetę – teraz już może prowadzić dziecko, ale jeszcze niedawno było to nie do pomyślenia. Zwykle jednak idzie sam, za nim idzie kobieta, która ma dużo różnych toreb, tzw. bilunów, zawieszonych na głowie i na plecach, a może jeszcze nieść dziecko z przodu lub z tyłu.
Od niektórych kobiet usłyszałem nawet takie stwierdzenie, że jak mąż jej nie uderzył, to jej nie kocha. Z naszego punktu widzenia jest to stwierdzenie absurdalne.

R. – Które z doświadczeń były dla Księdza najbardziej przejmujące?
K. –
Negatywnym i pozytywnym jednocześnie doświadczeniem były chwile, kiedy, po wyjeździe Jurka, zostałem sam na parafii, jeszcze w Naragaymie. Myślałem: coś trzeba robić, żeby mimo wszystko tych ludzi zbliżać do Pana Boga – a więc przede wszystkim modlitwa. Był październik, a więc jeździłem tam gdzie nie było wojny i prowadziłem nabożeństwa różańcowe. Pojechałem kiedyś do jednej ze stacji, oddalonej od stacji głównej ok. 20 km. Jeździłem z taką dużą figurą Matki Bożej, do której zrobiłem nosidełka. W tej stacji kościół znajdował się na górze, oddalonej od wiosek ok. 1km. Dla księdza był pokój przy kościele, ale po Mszy św. zostałem tam sam. Miałem samochód i bałem się, że go ukradną, toteż postanowiłem pojechać do miejsca, gdzie mieszka biskup (ok. ½ godz. jazdy) i tam przenocować. Dojechałem na miejsce ok. godz. 1000. Brama była zamknięta, więc zaparkowałem samochód, zamknąłem i poszedłem szukać kogoś, żeby ją otworzył. Znalazłem brata, który ruszył otwierać bramę, ja zaś wróciłem do samochodu. Wsiadam, chcę zapalać samochód, a tu nagle maczeta przy mojej szyi i słyszę: Wysiadaj! Szok wielki – co robić?

Wysiadłem, a do środka wskoczyło dwóch młodych ludzi i chcą odjechać. No ale jak im pozwolić, tak po prostu odjechać? Mogłem krzyknąć, żeby brat, który miał otworzyć bramę przyszedł mi na pomoc, ale miałem ściśnięte gardło. Nagle jakby mnie coś oświeciło – poleciałem z tyłu samochodu i trzymam go. Oni próbują startować, a tu nic. Drugi raz – nic. Przybiegł brat – jeden z nich się wystraszył i uciekł, drugi wziął maczetę i do brata; trzeci ponownie próbował zapalić, ale nie udało mu się i też uciekł. Wierzę, że to była pomoc Aniołów Stróżów, bo jak jeden człowiek jest w stanie utrzymać samochód? To było dla mnie takie szokujące doświadczenie, że w jednej chwili można stracić wszystko, także życie, a z drugiej strony znak opieki Pana Boga – poza strachem, nic mi się nie stało. Samochodu też mi nie ukradli.

R. – Czy Ksiądz miał okazję brać udział w jakichś uroczystościach typowo papuaskich, charakterystycznych dla ich obyczajów?
K.-
Specyficzna jest uroczystość zawierania małżeństwa – jest to bardzo długi proces. Główna ceremonia odbywa się w wiosce. Ceremonia kościelna jest to czyste dopuszczenie do sakramentu. Z wielką żałością patrzę, że sakrament małżeństwa jest niedoceniony.
Zaczyna się zwykle od tego, że dziewczyna i chłopak powiedzą sobie, iż chcą być razem. Są sytuacje, że kobiety są posyłane do małżeństwa, ale większość par dobiera się sama. Jest jakaś wstępna rozmowa – jeśli się dogadali, że chcą być razem, kobieta idzie do klanu męża, mieszka z teściową. Jeżeli jej to odpowiada, zaczyna robić i uprawiać ogród, przygotowuje jedzenie dla przyszłego męża, dla teściowej, dla rodziny. Hoduje świnie. Jest to znak, że akceptuje małżeństwo. Jeżeli dziewczyna jest leniwa – nic nie robi lub ucieka. Jest to znak, że małżeństwo jej nie odpowiada. Wtedy albo sama się wycofuje, albo jest odsyłana do swojej rodziny. Jeśli wszystko jest dobrze, po okresie próbnym – nie jest ustalone ile on ma trwać – od kilku miesięcy do roku – jest ustalana cena kobiety. Bez zapłaty nie ma małżeństwa. Jeżeli cena jest ustalona i zapłata przygotowana, ustala się ceremonię zawarcia małżeństwa wg obrzędów wioskowych. Dziewczyna wraca do swojego klanu. W dniu ceremonii klan kobiety (zwykle nie mniej niż kilkadziesiąt) przyprowadzają kobietę, ubraną w tradycyjny strój. Przynoszą zabite świnie, warzywa i inne jedzenie. Oczywiście strona męża też musi przygotować jedzenie.

Mężczyzna, wstępujący w związek małżeński też jest ładnie ubrany. Młodzi na znak zawarcia małżeństwa jedzą tłuszcz świni. Tam jest to przysmak, coś bardzo cennego. Nie mają obrączek ani innych atrybutów, tylko zjadają ten tłuszcz. Po tej ceremonii oraz po zapłaceniu kobieta przestaje być własnością swojego klanu i staje się własnością klanu męża. Kiedy małżeństwo jest zawarte, mąż buduje dom dla swojej własnej rodziny. Zwykle pojawia się dziecko.
Rodzina w Papui to na ogół rodzina rozszerzona (teściowa, ciotki, wujowie). Tam ciągle w sensie społecznym liczy się rodzina rozszerzona, klan. Rodzina w sensie europejskim jest na usługach klanu, jest częścią i umocnieniem klanu.

Jeżeli rodzi się dziecko, jest to znak, że małżeństwo będzie trwało. Kobietę bezdzietną można odesłać.
W Kościele nie możemy, nie powinniśmy błogosławić małżeństwa, w którym nie ma zapłaconej ustalonej opłaty za kobietę i nie ma dziecka, bo może ono zostać w każdej chwili zerwane.
Toteż najczęściej czekamy z rozpoczęciem nauk przedmałżeńskich do chwili zapłacenia opłaty, a nawet nieraz do czasu, gdy jest dziecko. To jest wbrew naszym regułom, ale tam tak zostało zaakceptowane. Małżeństwo póki nie ma ślubu kościelnego nie jest dopuszczane do komunii św., do spowiedzi (nie może otrzymać rozgrzeszenia), żeby mimo wszystko zachować naukę katolicką. Oczywiście są czasem wyjątki – jeżeli ludzie przychodzą i nie mają dzieci, przyjmuje się ich deklaracje, tłumaczy jakie to małżeństwo być musi; potrzebna jest też zgoda klanu. Do końca nie mamy jednak pewności – czasem zapłata za kobietę może zostać uregulowana później, ale jeśli nie ma dzieci, może się zdarzyć, że mężczyzna weźmie drugą kobietę, która da mu dzieci. Zdarzają się takie sytuacje, dlatego Kościół jest ostrożny.

Wszystko co mówię o małżeństwie mówię na podstawie doświadczenia z gór. W przygotowaniu do małżeństwa ostatnia nauka należy do księdza – omówienie sakramentu małżeństwa, samej liturgii plus ostatnie wyjaśnienia. Przed rozpoczęciem nauk, jak się zdecydują na małżeństwo, są odsyłani do księdza, który wypełnia formularz – ileś pytań, na które małżonkowie muszą odpowiedzieć. Zwykle są to pary żyjące ze sobą od kilku lat, z dziećmi. Na wybrzeżu jest trochę inaczej. Może to też doświadczenie miasta, gdzie żyje się inaczej niż w buszu. W mieście ludzie nie żyją już na swoim terenie. Miałem kontakt z kilkoma małżeństwami w Boram, od których dowiedziałem się, że tu już nie ma zwyczaju zapłaty za kobietę.
W latach 70 były projekty, by uznać małżeństwo tradycyjne za sakramentalne, ale to było zbyt ryzykowne, choć zdarza się, że ludzie po takim tradycyjnym małżeństwie latami żyją ze sobą zanim przyjdą do Kościoła.
Szczególne były lata 1999-2000, kiedy różne sekty prognozowały koniec świata najpierw na rok 1999, a później na 2000. W latach 1996-97 mieliśmy w Naragaymie tylko 60 małżeństw, natomiast w 1998 r. było ich już 111, a w 1999 r. – 150. Zwykle były to już zaawansowane małżeństwa, nawet z 20-letnim stażem. Kiedy przychodzili do mnie na ostatnie lekcje, właściwie nie miałem im o czym mówić. To już byli doświadczeni ludzie. Spytałem jednego z nich dlaczego przyszedł tak późno – powiedział, że nie mieli dzieci, a teraz są starzy i nic się już nie zmieni. Są przypadki, świadczące o tym, że ludzie zdają sobie sprawę, iż jest to sakrament nierozerwalny. Różne są przyczyny, że małżeństwo się rozpada i wtedy przychodzą i proszą o jakiś proces stwierdzający nieważność małżeństwa, który jest bardzo trudny. Starałem się to w jednym czy drugim wypadku podjąć, zrobiłem wywiad z jedną stroną, a druga nie chciała przyjść. Jeżeli te osoby są separowane, po uwzględnieniu zdania szefa wioski i wspólnoty, że małżeństwo się rozpadło i małżonkowie żyją osobno, można ich dopuścić do sakramentów przy oczywistym stwierdzeniu, że żyją osobno. Tam wszystko dzieje się publicznie, nie ma w ogóle prywatności. Jedyną prywatnością jest sakrament pokuty.
Większość rzeczy trzeba tam załatwiać publicznie, na spotkaniach liderów wspólnoty kościelnej czy wspólnoty wioskowej.

Kiedyś przeżyłem sytuację, dla mnie dramatyczną:
Skończyliśmy Mszę św. na stacji głównej. Był wieczór, ok. godz. 900. Nagle słyszę jakieś krzyki. Wychodzę i widzę, że mężczyzna bije kobietę. Dookoła stoi sporo ludzi, gadają, śmieją się. Pytam dlaczego on ją bije – podobno poszła z innym mężczyzną i mąż daje jej do zrozumienia, że źle zrobiła. Dziwiłem się, że ich nie rozdzielają. Moim pierwszym odruchem było rozdzielić ich, ale widzę, że oni się śmieją. Dopiero jak mężczyzna chwycił jakiś drąg i chciał ja prześwięcić – polecieli i zatrzymali go. I skończyło się. Gdybym poszedł za pierwszym odruchem sam bym oberwał od tego męża. Oni wiedzą swoje, tak jest u nich przyjęte. Moje wtrącenie się mogłoby być źle przyjęte przez wspólnotę, bo choć im się tłumaczy na kazaniach, żeby nie uciekali w ekstrema, jak mają problemy małżeńskie, to oni i tak robią po swojemu.

R.- Dziękuję za rozmowę
Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: ks. Dariusz Woźniak SAC, ks. Adam Golec SAC