Strona główna arrow Rok 2005 arrow Nr 32 (3/2005) arrow Misjonarka w Afryce - z katechezy S. Anny
Misjonarka w Afryce - z katechezy S. Anny Drukuj Poleć znajomemu

Jestem siostrą pallotynką. Muszę przyznać, że kiedy miałam naście lat, nawet mi przez myśl nie przeszło, aby wybrać życie zakonne. Ale Bóg zapragnął…, no i wybrałam. I jestem szczęśliwa.

Pracując w Afryce – w Rwandzie i Kongu Demokratycznym (dawny Zair) – uczyłam młodzież w szkole średniej: religii, filozofii i estetyki. Ogromną biedą młodych Afrykańczyków jest to, że tylko nieliczny ich procent może chodzić do szkoły. Ale ci, którzy tworzą uczniowskie grono są naprawdę niesamowicie łakomi wiedzy, spragnieni, czujący gatunkowy ciężar każdego jej skrawka, po prostu świadomi, że dostęp do wiedzy to dla nich niejako wyróżnienie, dar. Oni pragną się uczyć! Nie mają niestety podręczników, ale i tę trudność pokonują po mistrzowsku. Gorliwie sporządzają sobie notatki i to tak dokładnie, że ich zeszyty pretendują do miana podręczników.

Kiedy prowadziłam lekcje, zauważyłam coś, co mnie zastanowiło. A mianowicie – gdy pisali, często spoglądali na swój długopis. Zaciekawiło mnie – dlaczego? Dlaczego ten sam...

...odruch u tak wielu? W końcu o to zapytałam. I cóż usłyszałam? „Siostro – tłumaczyli – patrzę na jak długo ten długopis mi wystarczy, i martwię się, bo gdy się już wypisze, kto kupi mi następny?”. Dla nich to poważny problem, a dla nas… Zupełnie inna rzeczywistość, prawda?

Któregoś wieczoru jechałam jak zwykle do naszego ośrodka dożywiania dzieci – „MATUMAINI” (po polsku znaczy to „nadzieja”). Droga już była oświetlona, poniewa ż kilka dni wcześniej zainstalowałyśmy na niej 4 lampy. No i cóż widzę? Grupki młodzieży skupione przy każdej lampie. Ucieszył mnie ten widok. Pomyślałam sobie: „To tak jak u nas w Polsce – młodzi spotykają się, by ze sobą pobyć, porozmawiać, świetna sprawa!”. Ale w miarę jak zbliżałam się do nich zauważyłam, że każdy z nich trzyma w ręku zeszyt. Oni się po prostu uczą przy przydrożnym świetle! Byłam zaskoczona! Zresztą moi afrykańscy uczniowie ciągle czymś mnie zaskakiwali. Także podczas modlitwy. Często w czasie modlitwy spontanicznej mogłam usłyszeć takie mniej więcej prośby: módlmy się za polską młodzież, którą uczyła nasza siostra; módlmy się, abyśmy przestali wierzyć w moc talizmanów, których nie potrafimy się jeszcze pozbyć; módlmy się, abyśmy nie musieli iść na wojnę… Te modlitwy to obraz ich życia, ich doświadczeń, ich pragnień… Wspominałam już o tym, jak bardzo młodzi Afrykanie chłoną wiedzę, jak pilnie się uczą. Uczeń, który kończy szkołę średnią i przystępuje do matury zna 2 lub 3 języki tubylcze: swahili, kinyarwanda, lingala, a poza tym włada dwoma europejskimi: francuskim i angielskim. Myślę, że to sporo, prawda?

Pracowałam również w ośrodkach dożywiania, gdzie objęte są pomocą dzieci wraz ze swymi matkami. To od zagłodzonej matki rozpoczyna się powolne umieranie jej dziecka. Istnieją 2 rodzaje choroby głodowej o zróżnicowanych symptomach zewnętrznych. Pierwsza to: marazmik – szczuplutkie dziecko (właściwie szkielet ludzki obciągnięty skórą), któremu jest łatwiej uratować życie niż temu, które cierpi na drugi rodzaj choroby głodowej, tzn. kwasiorkor – dziecko jest spuchnięte, wygląda na dobrze odżywione, ale niestety to tylko złudzenie, jego organizm przestał funkcjonować. Woda zbiera się pod powierzchnią skóry. Ogromne cierpienie!!! Wiele razy przeżywałam czyjąś śmierć, także moich najbliższych, ale ta śmierć z głodu jest chyba najstraszniejsza. W naszym ośrodku nie było tygodnia, aby nie umarło z głodu 3 czy 4 dzieci.

Organizujemy także tzw. dojazdowe punkty dożywiania, gdzie dzieci chore przyprowadzane są przez starsze rodzeństwo. Przyznam, że za każdym razem pojawiał się ten sam dylemat: jak nakarmić wszystkich? Wiadomo było, że – dając jedzenie tylko choremu dziecku – zjadało ono połowę porcji, a resztę oddawało rodzeństwu…

Kiedyś przyniesiono do naszego ośrodka chłopca, który miał na imię Gracjan. Był ministrantem. Pamiętam, jak wszystkich zachwycił swoim głębokim przeżywaniem Mszy św. Pochodził z wioski, gdzie kapłan dojeżdżał tylko raz na jakiś czas. Gracjan uczestniczył w każdej Mszy św., znał niemalże na pamięć usłyszane homilie. Gdy umierał, ze smutkiem westchnął: „Szkoda, że już nie będę mógł służyć do Mszy świętej…”. Ale ja myślę, że jest inaczej… Wiecie, kiedy się modlę, oczyma duszy widzę tego chłopca, którego nie sposób zapomnieć, widzę szczęśliwego ministranta Bożego Gracjana, który tak kochał Mszę św. i zastanawiam się…, a może wspólnie zastanówmy się teraz: jak głębiej – w tym Roku Eucharystii – przeżywać liturgię Mszy św. niedzielnej? Gracjanie, pomóż nam…

S. Anna Sęk, pallotynka
Zdjęcia z archiwum S. Anny