Strona główna arrow Inne kraje arrow Tak zakończyliśmy 2011 rok...
Tak zakończyliśmy 2011 rok... Drukuj Poleć znajomemu
Grudzień dla dzieciaków z grupy ministranckiej św. Wincentego Pallottiego w Tenango del Aire, był bardzo ciekawy i bogaty w nowe doświadczenia i przygody. Z niecierpliwością ministranci wyczekiwali przerwy świątecznej, zwanej tu Vacaciones de Navidad – wakacje Bożego Narodzenia. Trwają one w Meksyku od trzeciej niedzieli adwentu aż do 3 stycznia.

Dla naszej grupy ministranckiej w tym czasie nie ma wakacji od Kościoła i specjalnych zajęć połączonych z zabawą, wypoczynkiem, katechezą i wycieczkami. Coś i dla ciała i dla ducha.

Wakacje rozpoczęliśmy z wysokiego „C”. Już w trzecią niedzielę adwentu, udaliśmy się wspólnie z rodzicami do nowo otwartego Centrum Kultury Meksykańskiej w Texcoco. Na początek dnia wysłuchaliśmy koncertu gitarowego, a zaraz po nim udaliśmy się do filharmonii na koncert Chóru Stanowego Meksyku. Resztę dnia dzieciaki spędziły na zabawach w parku.

Kolejne dwa dni to spotkania...
... formacyjne - oczywiście na luzie, połączone ze sprawami grupy i dobrą zabawą, no i przedświątecznymi porządkami w zakrystii ministranckiej.

Po świętach, 27 grudnia, wyjechaliśmy na wycieczkę. Pierwotnie miał to być wyjazd na baseny, jednak ostatecznie, po rozmowie z rodzicami, wybraliśmy się na dwuetapową wycieczkę.

Najpierw pojechaliśmy do Matki Boże z Guadalupe, gdzie uczestniczyliśmy we Mszy Świętej, dziękując Bogu przez wstawiennictwo Matki za trzy lata działalności grupy ministrantów oraz za wszystkie dobro jakieś my otrzymali z obfitości Bożej, prosząc o dalsze łaski i opiekę.

Drugim etapem tego dnia była wizyta w kolejnym miejscu związanym z historią i kulturą Meksyku - mowa o Piramidach z Teotihuacan. Tam spędziliśmy drugą część dnia w palącym słońcu. Pomimo upału nie zrezygnowały dzieci z największej atrakcji piramid: wejścia na samą górę piramidy del Sol - piramidy Słońca. Naliczyliśmy 240 stopni, których pokonanie wcale nie należy do łatwych. Ostatecznie, poza kilkoma mamami, dotarliśmy na samą górę, gdzie jak tradycja i legenda głosi, czerpie się pozytywną energię życiową. Po „naładowaniu się energią” zeszliśmy na dół, aby kontynuować zwiedzanie.

Weszliśmy również na piramidę de la Luna - Księżyca, ale tym razem nasze wejście zakończyło się w połowie, gdyż drogę zagrodziła nam poręcz. Przewodnik wyjaśnił, że piramida Księżyca pozbawia pozytywnej energii – więc pomyślałem, że może dlatego ta barierka w połowie drogi.
Po tak wspaniale spędzonym dniu, zmęczeni, spaleni słońcem, ale zadowoleni wróciliśmy do naszego Tenango, aby następnego dnia wieczorem zasiąść do wigilii ministranckiej.

Tradycją naszej grupy jest wspólna wieczerza wigilijna, którą zawsze organizujemy w oktawie. W tym roku zorganizowaliśmy nasze przyjęcie wigilijne w restauracji El cine antiguo – której właścicielami są don Pepe i donia Lilia, nasi dobrodzieje. Posiłki były tradycyjne, meksykańskie, jak: posole, aroz con leche, tacos i wiele innych dań. Każdy z rodziców przygotował coś na ząb, więc naprawdę było tego sporo.

Ostatnim akcentem kończącego się roku był wypad w góry, choć stosowniej powiedzieć: wejście na górę w miejscowości Juchitepec.
Nieco ponad połowa dzieciaków zdecydowała się na troszkę wysiłku po świątecznym obżarstwie. Z tej połowy zaledwie siedmioro zdecydowało się na wspinaczkę, najmłodsi pozostali z rodzicami na dole szykując dla odważnych posiłek.

Wejście było dosyć trudne bo na górę nie prowadzi żaden szlak. Trzeba iść na przełaj przedzierając się przez krzewy, trawę i uważając na żmije , węże i skorpiony. Po drodze spotkaliśmy dwie jaszczurki smocze zwane tu Lagartijon lub Lagartija de dragon, w zupełności nie groźne, choć ich wygląd temu przeczy. Do znalezisk też należy dolna szczęka osła.

Na górę, tzn. na szczyt. weszliśmy w samo południe - słońce zdało się podpiekać nas jak na patelni. Przy umieszczonych tam trzech krzyżach strzeliliśmy sobie fotki i po niespełna godzinie wyruszyliśmy ku dołowi. Przy schodzeniu nie brakowało „tyłkowania”, czyli poślizgu i zjazdu na tyłku w tumanach kurzu. Te „tyłkowania” wywoływały mnóstwo śmiechu. Mnie też się zdarzyło zjechać, tyle tylko że pojechałem na kolanach i brzuchu.

A na dole już na nas czekali rodzice dzieci z sokami i czymś do zjedzenia. Zmęczeni, brudni i zakurzeni, jednak szczęśliwi, zrobiliśmy wspólne zdjęcie, zjedliśmy posiłek i na koniec zagraliśmy w piłkę.

Końcówka roku, jak i cały 2011 rok, była dla mnie jako formatora ministrantów bardzo bogata w wielorakie doświadczenie -zarówno duchowo-religijne jak i ludzkie.

Jestem wdzięczny Bogu za dar powołania misyjnego i te dzieciaki, ich rodziny, i za Was, którzy czytacie te moje wypociny i że wspieracie mnie i tych z którymi tu jestem modlitwą, cierpieniem i ofiarą. Wielkie Bóg wam zapłać! I wszystkiego Bożego w tym Nowym 2012 Roku.

Br. Michał Szczygioł SAC, Meksyk