Drugim filarem bramy w drodze do miasta z wyspy Biem jest KADAWAR. Co prawda, drzwi te nie mają górnej poprzeczki łączącej Ruprup i Kadawar, bo „ktoś ją zakorbolił”, ale wrażenie bramy i tak pozostaje.
Jest to niewielka wysepka z aktywnym wulkanem, który częściej raczej straszy, dymiąc i hucząc, niż faktycznie rozrabia na poważnie, ale i tak sieje popłoch wśród mieszkańców, więc lepiej być przezornym. Jak więc mu się tylko troszkę czknie, zaraz wszyscy – na trzy cztery – zbierają swój dobytek i biorą nogi za pas, uciekając do sąsiadów na Ruprup. Zazwyczaj po takiej eskapadzie, kiedy już wszystko wróci do normy, jakaś grupka pozostaje na stałe na uchodźstwie. Reszta wraca, by zapewnić ponowny wzrost populacji na macierzystej ziemi swych ojców. Przeludnienie im na razie nie grozi.
Nie ma tu piaszczystych plaż ani łatwych podejść do wyspy. Trzeba wiedzieć, gdzie podpłynąć i bujając na falach poczekać na mieszkańców, by się zebrali na skalistym nabrzeżu. Później wyczekać na odpowiedni moment i z falą podpłynąć. Oni w odpowiednim momencie złapią łódkę „pod pachy” i wyniosą z wody aż na klif, zanim przyjdzie kolejna fala.
Przy spokojnym morzu...
... taka gimnastyka jest mniej potrzebna, ale niech tylko trochę się wzburzy – trzeba się nieźle nakombinować.
W zasadzie brzeg tej wysepki to ostre skały lub klify, a ona sama wygląda jak wystająca z morza piaskowa babeczka świąteczna z dzyndzelkiem na samej górze, jakim jest jej szczyt, bo krater jest tuż obok.
Prawdą jest, że ochrzczonych jest tu bardzo wielu, ale nic poza tym. Nie są oni skorzy do wyznawania „na poważnie” jakiejkolwiek religii czy szczerego przynależenia do jakiejkolwiek grupy wyznaniowej. Takie: „od kogo można więcej wyciągnąć, z tym trzymamy – dziś”. Najlepiej wychodzi im chyba jednak pogaństwo. Ale i ono jest tu wielkim synkretyzmem, bo odrzucili to, co stawiało wymagania i było niewygodne, a dodali co nie co z wyznań i religii, z którymi się zetknęli i wyszło z tego coś, co trudno określić, a jak trzeba – można się zawsze przyznać do kogoś czy czegoś w danym momencie wygodnego.
Zawsze jest „ojciec przyjedź” – tak na raz i coś przywieź, ale regularne duszpasterstwo to już może innym razem, kiedyś tam. Myślą, jak tu „zakorbolić” gruszkę księdzu z sadu, ale żeby samemu posadzić drzewko i mieć ich pod dostatkiem – o, to już nie.
Grupa ludzi pochodząca z Kadawar jest stosunkowo nieduża, a i tak spora jej część zamieszkuje w mieście lub na sąsiednich wyspach praktycznie na stałe. Przyznają się do pochodzenia, ale żyją już innym życiem i nie spieszy im się do powrotu. Ci, co się ostali, starają się utrzymywać tradycję przy życiu.
Tradycyjni liderzy wciąż mają wiele do powiedzenia, mimo ostro wdzierającej się teraźniejszości i niechętnie dzielą się władzą z sołtysami, na których nigdy nie brakuje kandydatów. W końcu zawsze to jakaś władza, której w poprzednich układach nie osiągneliby nigdy.
Jak wszędzie, żyją tu „szamani” (po naszemu „glasmani”) ze swymi praktykami. Jak wszędzie, tak i tu mocny jest również strach przed „sangumą”, „masalajem” itp. – czyli światem duchów, przekleństw i tego, co one mogą nieprzyjemnego zrobić człowiekowi, zwłaszcza jeśli zaprzęgną je do tego „glasmani”.
Nie słyszałem o jakichś specjalnych „wybrykach” z ich strony, ale może tylko dlatego, że jest ich mało i udaje im się skrzętnie „pozamiatać to pod dywan”, tak by nikt nie wiedział.
Może ludzie tutaj są nieco spokojniejsi niż gdzie indziej. Kto ich tam wie.
Jest to wyspa zupełnie inna niż pozostałe w parafii. Nie ma tu ani kościoła, ani jakiejkolwiek kaplicy, ani stacji misyjnej, ani domu dla księdza. Po wcześniejszych próbach założenia tu ośrodka misyjnego pozostała tylko szkoła podstawowa działająca raz na kilka lat, a czasem nawet rzadziej.
Trudno więc mówić tu o jakimś wielkim życiu duchowym czy duszpasterstwie. Można mieć tylko nadzieję, że może kiedyś uda się ich jeszcze jakoś rozbudzić oraz że włożona praca przyniesie kiedyś owoce.
A więc nie upadajmy na duchu i do dzieła.
Ks. Dariusz Woźniak SAC
Zdjęcia: Autor oraz br. Janusz Namyślak SAC i ks. Adam Golec SAC |