Kobieta w meloniku Drukuj Poleć znajomemu
Kobieta w meloniku – elegancja czy ekstrawagancja? Dla pań będących pod wpływem dyktatury europejskich projektantów mody melonik może stanowić co najwyżej jeden z nieistotnych detali ekscentrycznych strojów proponowanych przez wspomnianych twórców. Owszem, cieszy oko, ale nikt tego na siebie nie włoży. Na pewno?

Otóż jest takie miejsce na ziemi, gdzie może nie docierają zbyt szybko informacje o ostatnich dziwactwach firmowanych przez Chanel czy Armaniego, lecz gdzie bez melonika, jako nieodłącznego elementu stroju, prawdziwa elegantka nie pokaże się na ulicy. Cóż to za dziwny kraj, w którym atrybut londyńskiego gentelmana uznany jest za niezbędne wyposażenie damskiej garderoby? Boliwia.

Nazwa niewiele mówiąca zwyczajnemu zjadaczowi chleba nad Wisłą. Oczywiście wiemy, że chodzi o państwo gdzieś w Ameryce Południowej, górzyste, zamieszkiwane w większości przez Indian, i pewnie ubogie skoro niewiele się o nim mówi w telewizji.
Ale już uciekają naszej uwadze takie informacje, że jest to kraj terytorialnie trzy razy większy od Polski, o niezwykle bogatej i starej kulturze...
... sięgającej Inków, a nawet wcześniej, z doskonale zachowanymi zabytkami tejże kultury. Że prawie 50% populacji, na którą składa się prawie 38 różnych grup etnicznych i gdzie większość stanowią Indianie oraz potomkowie hiszpańskich konkwistadorów, ma swoje domy na wysokości ponad 3500 metrów (tysiąc metrów wyżej aniżeli nasze Rysy), a stolica La Paz jest najwyżej położoną stolicą świata 3600-4100 m n.p.m.

Z racji nieumiejętności właściwego wykorzystania niezwykle bogatych złóż surowców mineralnych Boliwia nazywana jest żebrakiem siedzącym na złotym krześle.

Spośród ośmiu i pół miliona mieszkańców ponad siedem milionów jest ochrzczonych, co wcale nie znaczy, że są gorliwymi katolikami. Pomimo ponad 500 lat, jakie minęły od momentu rozpoczęcia ewangelizacji, nie stanowi zaskoczenia widok krzyża zawieszonego w jednym pomieszczeniu domu i wizerunek Pachamamy (matki ziemi) w drugim.

Po niedzielnej Mszy Świętej niemalże wszystkich jej uczestników można spotkać na przylegającym do kościoła placu targowym, gdzie jest okazja nabycia wszelkiego rodzaju talizmanów, totemów i kamieni szczęścia.

Mieszanka chrześcijaństwa z pierwotnymi wierzeniami wydaje się na pierwszy rzut oka niemalże naturalna.

Stwierdzenie „Jezus jest w niebie i stamtąd nas strzeże, a Pachamama tu na ziemi i daje wszystko, czego potrzebujemy do życia”, doskonale odzwierciedla boliwijski mikst religijny.

Tego typu filozofia z pewnością sprzyjała agresji, jaką w ostatnich latach władze cywilne wykazywały względem Kościoła katolickiego. Przejawiało się to chociażby w próbach wyeliminowania z kalendarza świąt kościelnych, pozbawienia Kościoła wpływu na edukację młodzieży i działalność charytatywną, zakazie ewangelizacji czy groźbie konfiskaty dóbr. Na szczęście obie strony doszły do zgody i w 2009 roku podpisały porozumienie, korzystne przede wszystkim dla zwyczajnych obywateli. Albowiem w obliczu wielkiego ubóstwa, jakie panuje w całym kraju, szkoły prowadzone przez instytucje kościelne pozwalają setkom tysięcy młodzieży zdobyć niezbędne wykształcenie, a szpitale, ośrodki zdrowia, pomocy społecznej i charytatywnej ratują codziennie życie ludziom niezależnie od wyznania i zamożności.

Jednakże przyszłość rysuje się raczej w ciemnych barwach, ponieważ uchwalona niedawno konstytucja zawiera zapisy, które nie ułatwią głoszenia Ewangelii. Poza przepisami podważającymi prawa rodziców do decydowania o sposobie wychowania ich dzieci, czy spoczywającym na państwie obowiązku podtrzymywania tradycyjnych obyczajów i religii indiańskich, można w niej znaleźć artykuły zrównujące szamanów z lekarzami lub stwierdzające, że koka (roślina z której wytwarzana jest kokaina) stanowi część dziedzictwa kulturowego oraz czynnik spójności społecznej. Pada również stwierdzenie, że w naturalnym stanie koka nie jest narkotykiem, a jej produkcję i sprzedaż winno regulować państwo.

Europejczyka, któremu słowo koka kojarzy się z białym proszkiem prowadzącym do uzależnienia i wielu nieszczęść, szczególnie wśród młodzieży, co najmniej dziwi taka troska o surowiec służący do produkcji groźnego narkotyku. Jednakże dla Boliwijczyka te małe, zielone listki w kształcie migdałów są nieodłącznym elementem jego kultury.

Acullico
– zwyczaj żucia liści koki praktykowali już siedem tysięcy lat temu rdzenni mieszkańcy Andów. Ma pomagać w walce ze zmęczeniem, głodem i pragnieniem oraz stanowić antidotum na chorobę wysokościową.

Z ekonomicznego punktu widzenia dla wielu ludzi jest ona jedynym źródłem utrzymania. Jej kontrolowana uprawa jest legalna, każda rodzina może mieć swoje poletko, legalna jest także jej sprzedaż i wyrób artykułów spożywczych, takich jak mate de coca, czyli herbata ze świeżych liści czy mąka.

Legalizacja uprawy koki nie wpłynęła na zmniejszenie determinacji w walce z przemysłem narkotykowym. Widać to choćby po licznych posterunkach policji na drogach szczegółowo kontrolujących przejeżdżające pojazdy w poszukiwaniu nielegalnego surowca czy gotowej już kokainy.

Pallotyni, pomimo swojej obecności i aktywności w tym rejonie Ameryki Południowej już od roku 1886 (Montevideo – Urugwaj), do Boliwii zawitali dopiero na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Stało się to za sprawą ks. Franza Wissmeiera, który w 1972 roku został tam posłany, aby zapewnić właściwą opiekę duchową powstałemu 10 lat wcześniej miejscowemu żeńskiemu zgromadzeniu zakonnemu o nazwie „Instytut Maryjny Apostolstwa Katolickiego”.

Siostry, realizując charyzmat św. Wincentego Pallottiego, osiedliły się w Monteagudo, niewielkiej miejscowości w południowo-wschodniej Boliwii. Same niewiele mając, zajęły się przede wszystkim pomocą biednym i opieką nad chorymi oraz włączyły się w pracę edukacyjną, zakładając szkoły dla najuboższych.

Przybyli pallotyni nie ograniczyli się tylko do troski o duchowość sióstr, lecz zintensyfikowali rozpoczętą przez nie pracę, rozszerzając ją poza granice samej miejscowości. Otoczyli opieką duszpasterską zarówno ludność rozrastającego się w błyskawicznym tempie miasteczka (dziś liczy ono ponad 12 tys. mieszkańców), jak i okoliczne miejscowości.

W Monteagudo i okolicy, niczym w soczewce skupiają się problemy „wielonarodowej republiki Boliwii”, którym republika własnymi siłami nie jest w stanie zaradzić. Różnorodność kulturowa i etniczna prezentowana przez Indian Guarani, Kollas i potomków hiszpańskich najeźdźców jest zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem, a już na pewno nie ułatwia duszpasterstwa.

Migracja ludzi przybywających z niewielkich miejscowości w poszukiwaniu lepszego jutra stanowi wyzwanie tak dla księży, jak i dla władz cywilnych.
Pierwsi podejmują próby integracji osób oderwanych nagle od swoich korzeni i gubiących własną tradycję, drudzy muszą uporać się chociażby z tak prozaicznymi problemami, jak zapewnienie elementarnych warunków do życia – a z tym bywa różnie.
Rzeka przepływająca przez miasto spełnia rolę źródła wody pitnej, wodopoju dla inwentarza domowego, myjni samochodowej, ogólnodostępnej pralni oraz publicznej toalety i wszystko dokonuje się na przestrzeni kilkuset metrów.

Chcąc dotrzeć do miejscowości otaczających miasteczko, najpierw trzeba dobrze przestudiować prognozy pogody. Czasami na dotarcie do wioski wystarczy kilkanaście minut, a innym razem, by dotrzeć do dalej położonych osad, pięć lub sześć godzin. A wszystko dzięki „doskonałej jakości” pozamiejskich dróg, które po najmniejszym deszczu zamieniają się w niebezpieczny tor przeszkód.

Wysiłek rekompensowany jest wdzięcznością ludzi. Z pozoru dumni, powściągliwi i zamknięci w sobie, kiedy jednak podejmie się trud, aby dostać się do ich serca, okazują się niezwykle emocjonalni, a zadzierzgnięte więzy przetrwają każdą próbę. Wyraża się to czasami w sposób dla nas niezrozumiały i nieco humorystyczny.

Otóż, w jednej z kaplic dojazdowych, na ścianie, obok obrazu Chrystusa, wiszą mocno wyeksploatowane sandały. Należały do księdza, który przyczynił się do powstania kaplicy. W chwili gdy z racji zdrowotnych musiał opuścić Monteagudo, zostały mu zabrane „na pamiątkę” i powieszone jako znak wdzięczności i uznania za dokonane dzieło. Oprócz tego po każdej Mszy Świętej odmawiana jest specjalna modlitwa w intencji właściciela sandałów.

Ponad trzydziestoletnia praca połączona z modlitwą została „zauważona” i pobłogosławiona przez Pana żniwa tutejszymi powołaniami. Do tego stopnia, że duszpasterstwo w całości przejęli już miejscowi pallotyni. To dzięki ich pomysłom i dynamizmowi powstało Pallotyńskie Radio Królowej Apostołów pozwalające na skuteczniejszą ewangelizację i dotarcie do kolejnej grupy ludzi.

Kiedy więc podczas podróży po Boliwii zauważycie Indiankę odzianą w pollerę (rozłożysta, wielowarstwowa i bajecznie kolorowa spódnica z kilkoma halkami pod spodem), w eleganckim meloniku na głowie i niewielkimi słuchawkami w uszach, wiedzcie, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż słucha ona pallotyńskiego radia informującego ją nie o ostatnich pokazach mody u Gucciego, ale że ma być apostołem Jezusa w swoim środowisku.
Tak nowoczesność znajduje wspólny język z tradycją.

Tekst: ks. Adam Golec SAC
Zdjęcia: ks. Adam Golec SAC, ks. Artur Karbowy SAC