Strona główna arrow Rok 2004 arrow Nr 26 (1/2004) arrow Animacja misyjna we wsp. pallotyńskich
Animacja misyjna we wsp. pallotyńskich Drukuj Poleć znajomemu

część 1
Kiedy dowiedziałem się, że mam opracować temat animacji misyjnej we wspólnotach pallotyńskich, ogarnęły mnie mieszane uczucia Jestem przekonany, że jeśli udziałem nas wszystkich stanie się wspólna wizja dzieła głoszenia Ewangelii, przyczynimy się do dynamicznego wzrostu naszego Zgromadzenia.

Kimże jestem, abym to akurat ja miał opisywać i ukierunkowywać formację misyjną w Stowarzyszeniu? Czy może zrobić to pojedynczy pallotyn? Wizja taka winna się wyłonić ze słuchania siebie nawzajem. Między innymi w tym właśnie celu zgromadziliśmy się tu, w Konstancinie. Pomyślałem więc, że moim zadaniem winno być raczej, wspólne z Wami, wsłuchanie się w słowo Boże. Każde nauczanie bierze swój początek ze słuchania ewangelii. Jesteśmy głosicielami zmartwychwstania, dlatego tekst, który wybrałem, dotyczy objawienia się zmartwychwstałego Chrystusa uczniom...

...w miejscu bardzo drogim dla naszego Założyciela, w Wieczerniku tak, jak przedstawia je Ewangelia według św. Jana.

Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: „Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone; a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20,19–23).

Wydaje się, że owa scena z życia uczniów jest czymś niezwykle odległym od niniejszego spotkania, podczas którego świętujemy 30 lat pracy misyjnej pallotynów w Brazylii i Rwandzie. Oto tam mała grupka uczniów zgromadzona w zamkniętej izbie boi się wyjść na zewnątrz. Dzisiaj, kilka tysięcy kilometrów od tego miejsca, 2000 lat po tym wydarzeniu, my gromadzimy się w tej oto dużej sali. Tam gromada kilkunastu Żydów, tutaj kilkadziesiąt osób. Podczas gdy tamci nie odważyli się wyjść na zewnątrz, my zjechaliśmy się tutaj z całego niemal świata.

Jednak pod wieloma względami jesteśmy tacy sami jak oni. Ich historia staje się naszym udziałem. My również tkwimy zamknięci w naszych ciasnych izdebkach. Też mamy swoje lęki, które czynią z nas więźniów. I do nas przychodzi zmartwychwstały Chrystus, by otworzyć nam drzwi i posłać nas w drogę. Tego, kim jesteśmy jako rodzina pallotyńska i na czym polega nasza misja i jak mamy się do niej przygotować, nie odkryjemy, spoglądając na siebie nawzajem, lecz spotykając się ze zmartwychwstałym Panem. Również do nas mówi On: „Pokój wam” i posyła nas z orędziem przebaczenia i odpuszczenia win. To dlatego chciałbym się zastanowić nad tym wydarzeniem i odkryć w nim to, co dotyczy naszego wspólnego działania. Porównywanie animacji misyjnej z powstaniem z martwych może się wydawać absurdalne. Dla chrześcijan jednakże każdy początek nowego życia ma swój udział w tym zwycięstwie. Święty Paweł nakazuje nam każdego dnia umierać i zmartwychwstawać z Chrystusem. Nawet najmniejsze porażki i zwycięstwa odzwierciedlają cykl trzech dni od Wielkiego Piątku do Niedzieli Wielkanocnej.

Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, (...) drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami...
Apostołowie siedzą w zamkniętej izbie. Oto czas oczekiwania pomiędzy jednym życiem a drugim. Kobiety oświadczają, że spotkały zmartwychwstałego Pana. Jednak mężczyźni Go nie widzieli. Jak zwykle nieco się ociągają. Widzieli co prawda pusty grób, ale cóż to znaczy? Skończył się dla nich etap życia, kiedy podróżowali z Chrystusem do Jerozolimy, słuchali przypowieści i dzielili z Nim swój żywot. Nowe życie po zmartwychwstaniu jeszcze się nie zaczęło. Słyszeli, że Jezus zmartwychwstał, ale dotychczas nie stanęli naprzeciw Niego. Czekają więc albo wracają do swoich dawnych zajęć. Znów stają się rybakami. Oto moment przejścia.

Na swój sposób rodzina pallotyńska przeżywa właśnie taką chwilę. Na początku Pallotti zgromadził wokół siebie niewielką rodzinę mężczyzn i kobiet, świeckich i duchownych, kontemplatyków i głosicieli słowa. Skupił wszystkich wokół siebie po to, by zabrać ich ze sobą w drogę. W jego pismach możemy znaleźć teksty wspominające o ówczesnym kształcie rodziny pallotyńskiej. Stanowią one fundament tego, czym byliśmy od zawsze. Jednak stwierdzamy oto, że dzieje się coś nowego. Na całym świecie siostry i bracia pallotyni oraz świeccy odkrywają swoją tożsamość apostołów. Dokumenty oznajmiają nam, że jesteśmy świadkami nowego momentu w naszej historii. Ogłaszamy, że wszyscy członkowie rodziny pallotyńskiej mają swój udział w powszechnej misji.

To prawda, istnieje wiele pięknych dokumentów. Wielu z nas jednak zachowuje się podobnie jak tamci uczniowie. Nie dostrzegamy wielu oznak zmiany. Większość spraw biegnie jak przedtem, swoim utartym szlakiem. Słyszymy cudowne historie o zasadach nowej współpracy, o odnawianiu naszego apostolstwa, ale zwykle wydaje się, że dotyczą one odległych miejsc, nigdy tego, w którym akurat jesteśmy! Stajemy się podobni do apostołów w wieczerniku: wyczekujemy z nadzieją, ale pozostajemy w niepewności.
Do tego wszystkiego dochodzi strach. Apostołowie zamknęli się w izbie ze strachu. Czego się boimy? Jakie lęki uwięziły nas w ciasnych izbach i pozbawiły chęci do tego, by spróbować czegoś nowego? Musimy się zdobyć na odwagę i odkryć lęki w sobie, by otrząsnąć się z tego, co trzyma nas w zamknięciu, co czyni nas niezdolnymi do tego, by rzucić się z oddaniem ku wyzwaniom, jakie stawia przed nami nowa misja rodziny pallotyńskiej. Być może obawiamy się tego, by nie utracić specyfiki naszej tradycji obejmującej postać Założyciela, niezwykłą historię i opowieści. Możliwe, że jest w nas lęk przed podjęciem się czegoś, co może zakończyć się niepowodzeniem. Czasami bracia stają się szczególnie nerwowi wówczas, gdy mają podjąć współpracę z kobietami, z własnymi siostrami! Kiedy indziej siostry irytuje współpraca z mężczyznami, ze swoimi braćmi! Bezpieczniej jest nadal robić to, co robiliśmy zawsze. Lepiej chodźmy znowu łowić ryby.

(...) przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: „Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.
Apostołów ze strachu wyzwala widok zranionego Chrystusa. To Chrystus i Jego rany przemieniają ich życie i czynią z nich głosicieli Ewangelii.

Nie można stać się misjonarzem, nie odniósłszy wcześniej ran. Słowo stało się ciałem, odniosło rany, a w końcu zadano Mu śmierć. Ono stało się bezsilne wobec potęg tego świata. Odważyło się wystawić na wszelką udrękę, jaka mogła Je z ich strony spotkać. Skoro my jesteśmy głosicielami tego samego Słowa, to i nam będą zadawać rany. W centrum nauczania św. Katarzyny ze Sieny znajduje się wizja umęczonego Chrystusa. Dany jej został udział w męce Zbawiciela. Nasze rany mogą polegać na drobnych przykrościach. Ot, ktoś nas wyśmieje lub nie weźmie poważnie. Możemy też zostać poddani prawdziwej męce, jak nasi współbracia i współsiostry w Rwandzie, lub też zginąć, jak współbracia w Argentynie kilkanaście lat temu. Wizja zranionego, ale żyjącego Chrystusa może nas uwolnić od lęku przed zranieniem. Jesteśmy w stanie podjąć ryzyko, ponieważ ani rany, ani śmierć nie mają nad nami zwycięstwa.

Kiedy spoglądamy na umęczonego Chrystusa, dostrzegamy, że i my sami jesteśmy bardzo poranieni. Być może odnieśliśmy rany w dzieciństwie, w trakcie dorastania w chorych rodzinach, pośród doświadczeń religijnych i daremnego poszukiwania miłości, w wyniku walki ideologicznej w obrębie naszego Kościoła bądź na skutek grzechu. Każdy z nas jest zranionym misjonarzem. Dobrą nowiną dla nas jest to, że jesteśmy apostołami właśnie dlatego, iż odnieśliśmy rany. Niesiemy słowo nadziei i miłosierdzia, ponieważ sami ich kiedyś potrzebowaliśmy.

A Jezus znowu rzekł do nich: „Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam”.
Jezus wysyła apostołów z wnętrza ich bezpiecznej, zamkniętej kryjówki na zewnątrz. Ten nakaz wyjścia to początek ich misji nauczania. Być misjonarzem to być posłanym przez Boga. Jednak nie wszyscy bywamy posyłani w ten sam sposób. Dla sióstr i braci posłanie to będzie często dosłowne i będzie oznaczać udanie się w inne miejsce. Dla wielu z nas bycie posłanym oznacza trwanie w gotowości, by spakować swoje rzeczy i wyruszyć w drogę. Przypomina mi się pewien stary zakonnik, który zwykł był mawiać, że żaden z braci nie powinien posiadać niczego ponad to, co zdoła unieść w swoich dłoniach. Iluż z nas jest do tego zdolnych?

Dla wielu spośród członków rodziny pallotyńskiej bycie posłanym nie oznacza wcale podróżowania. Bycie posłanym to coś więcej aniżeli fizyczna mobilność. Znaczy ono tyle, co być od Boga. Jezus jest „Tym, który został posłany”. Jest posłany od Ojca, co nie oznacza, że Jezus opuścił niebo i przeniósł się w inne miejsce zwane ziemią. Istotą Jego życia jest być od Ojca. Być posłanym to znaczy być tym, kim On jest. Teraz i zawsze.

Bycie misjonarzem oznacza, że każdy z nas jest posłany od Boga do tych, których napotyka.

Ciąg dalszy w następnym numerze
Ks. Adam Golec SAC