Strona główna arrow Meksyk arrow Rowerem do Naszej Pani z Guadalupe
Rowerem do Naszej Pani z Guadalupe Drukuj Poleć znajomemu
Od szesnastu lat zwyczajem parafii i sanktuarium z Tenango del Aire jest pielgrzymowanie jednośladem, zwanym potocznie rowerem, do serca narodu meksykańskiego – Morenity z Guadalupe.

Pielgrzymka organizowana jest zawsze w drugą niedzielę Adwentu. Jej organizatorami są pracownicy bicitaxi. Bicitaxi – powszechnie stosowana forma przemieszczania się – jest to rower z przyczepioną do niego rikszą o napędzie w pełni ekologicznym, czyli jednego człowieka i jego dwóch nóg.

W ubiegłym roku wprowadzono nowy element do składu pielgrzymkowego. Jest nim pielgrzymująca z Tenango do Bazyliki w Guadalupe figura Jezusa Miłosiernego, która na co dzień znajduje się u wejścia do sanktuarium. Dzięki temu miałem zaszczyt stać się na jeden dzień szoferem Pana Jezusa. Dzień wcześniej figurę zainstalowaliśmy na naszej kabionecie – fordzie pickupie – i zabezpieczyliśmy linami tak, aby Jezus mógł w drodze do Matki przewodzić całej rowerowej kolumnie pielgrzymów.

Niedziela, godz. 6.00 rano
- zimno, ok. 5-7 stopni; jak na tutejsze warunki też mamy zimę, choć w dzień jest słonecznie, a czasem upalnie, sucho i oczywiście bez śniegu… No, ale zimno. Przed kościołem...

















































































































































































































































































































































































































































































































































































































































































... ustawia się spora liczba pątników – ok. 150-200 rowerów, nie licząc całego zaplecza samochodów i służb porządkowych.

6.20 rano – ks. Bartek błogosławi zziębnięty tłum i wsiadamy na rowery. Ks. Bartek, tak jak zeszłego roku, również będzie pielgrzymował na rowerze, a ja wskakuję za kierownicę limuzyny Syna Bożego.
W drogę – już zacząć pora. Do pokonania mamy prawie 60 km w jedną stronę i tyle samo z powrotem.
Na czele ustawiam się ja, a tuż przede mną patrol policji, który towarzyszyć nam będzie jak Anioł Stróż, bardzo przydatny w kotle ruchu drogowego stolicy i meksykańskich chóferes – kierowców. Za figurą Miłosiernego staje riksza z zainstalowanym obrazem Matki Bożej z Guadalupe, za Matką rowerzyści, a wśród nich ks. Bartolome na super lekkiej kolarzówce.

8.20 rano – po dwóch godzinach docieramy do Chalco, gdzie mamy postój. Nadal zimno, ale zza wulkanów wyłania się słońce. Pierwsze jego promienie rozgrzewają zziębniętych pielgrzymów i wlewają otuchę w serca, a szczególnie w nogi. Na półciężarówkach lądują pierwsze uszkodzone rowery, a załamani kolarze, już z samochodów, będą przyglądać się swym, jeszcze przed chwilą, towarzyszom jazdy.

10.00 – docieramy do autostrady; słońce zaczyna swoją paradę, temperatura szybko wzrasta. Trzeba wjechać rowerem na autostradę. Teraz, w pełnym tego słowa znaczeniu, zaczyna się jazda. Po pierwsze: jesteśmy na autostradzie, na której panuje duży ruch; po drugie: za godzinkę wjedziemy do stolicy, a tam już będzie się działo.

11.15
– docieramy do stolicy i organizujemy kolejny postój. Jesteśmy w okolicy lotniska, nad naszymi głowami przelatują samoloty zbliżające się do lądowania. Szum i hałas stolicy jest wszechobecny. Jest już dosyć ciepło, więc wśród rowerzystów krótki rękaw „wchodzi w modę”.
Jeszcze ok. 30 minut i osiągniemy upragniony cel. Jak na razie, poza kilkoma ostrymi spięciami z kierowcami próbujących ominąć nas samochodów, jest dobrze. J
ednak pomimo starań służb porządkowych dochodzi do wypadku!!! Jesteśmy jakieś 20 minut od bazyliki. POSTÓJ! Co się dzieje? Udaję się na tył postrzępionej kolumny rowerów i dowiaduję się, że któryś z kierowców nie wytrzymał i próbował przerwać kolumnę, potrącając przy tym chłopaka. Wyglądało to groźnie, ale na szczęście skończyło się na odwiezieniu do szpitala i złamanej nodze. Ruszamy dalej.
11.50 – GUADALUPE – Syn przybywa do Matki, tak jak to robią corocznie miliony pielgrzymów z Mexico i świata.

O godz. 12.00 rozpoczyna się Msza św., więc mamy 10 minut aby zdjąć figurę Jezusa i ustawić ją w prezbiterium, na co otrzymaliśmy zgodę kustosza bazyliki. Obaj z ks. Bartkiem przeciskamy się przez szczelny tłum, aby dostać się do zakrystii. Udało się – jesteśmy już w prezbiterium. Figura Jezusa Miłosiernego też na miejscu, blisko obrazu Matki.
Niestety nie mam zdjęć z Mszy św., bo nie wypadało bawić się w fotografa w takim czasie. Ale świadectwo składam – widziałem Maryję z Jezusem.
Mszy św. przewodniczył kustosz bazyliki w Guadalupe mons. Diego Monroy, a koncelebrował ks. Bartolome Pałys SAC.
Po Mszy św. nie mogłem odnaleźć aparatu, aby zrobić zdjęcia, bo schowała go ochrona, a zanim mi go zwrócili to Jezus na ramionach czcicieli opuszczał już bazylikę.

14.00 – sielanka, wszyscy udali się na posiłek. Odpoczywamy. Udaję się na plac przed świątynią, aby popatrzeć na tańce indiańskie ku chwale Matki Bożej i pstryknąć kilka zdjęć. Przeurocze są te tańce i tłum pielgrzymów – mrowie ludzi.

W Guadalupe mam poczucie takiej dziecięcej normalności. Siadasz, gdzie chcesz; tańczysz, jeśli masz ochotę; jesz, śmiejesz się, płaczesz i wcale nie czujesz się, jakby ktoś na ciebie patrzył z góry, bo nie przystoi. Takich pytam: a co przystoi? Jeśli nie to, że mamy stać się jak dzieci przed obliczem Miłości Miłosiernej i Jego, i naszej Matki?

Żar leje się z nieba, ale wracać trzeba. Przezorni i doświadczeni pielgrzymi już szykują ciepłe ubranie. Jak tylko się ściemni temperatura będzie spadać błyskawicznie, a zmrok i ciemności utrudnią nam płynny i bezpieczny powrót. Proszę wziąć pod uwagę, że ze wszystkich rowerów biorących udział w pielgrzymce tylko ok. 3-5% posiada światła.
Ale komu w drogę... temu rower.

16.00 – ruszamy do domu. Bogu dzięki, wszystko idzie dobrze, tylko ja się strasznie nudzę za kierownicą. Jazda z szybkością od 0 do 25 km nie jest taka prosta. Postanowiłem, że jeśli tylko zdrowie mi pozwoli, w przyszłym roku siadam na rower.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się tylko raz na postój, nie licząc kilku zatrzymań z uwagi na upadki, a było ich trochę. Nie ma się co dziwić, kiedy się jedzie w nocy bez świateł. Na tym jedynym dłuższym postoju organizatorzy przygotowali ciepłe jedzenie i rozgrzewające ponche i atole.

Ok. 19.10 – wyruszyliśmy w ostatni etap. Wszyscy już odczuwali w nogach ten setny kilometr, a brakowało nam jeszcze ok. 20. Przed Tenango, w miasteczku obok, już czekali na nas chłopaki z dużą ilością sztucznych ogni i od tego momentu towarzyszył nam huk petard zapowiadających mieszkańcom naszego pueblo, że się zbliżamy.

Na wjeździe w granice miasteczka przyłączały się kolejne wozy policji i na sygnale, w asyście Mariachis, ich muzyki i śpiewu, już bardzo, ale to bardzo wolno wjechaliśmy do Tenango del Aire.
Po obu stronach drogi oczekiwały nas tłumy jak podczas Wyścigu Pokoju albo Tur de France. Odpalono kilogramy sztucznych ogni, a kiedy Jezus Miłosierny na swej kabionecie i Matka de Guadalupe przejeżdżali przez te tłumy, słyszało się tylko owacje na ich cześć oraz dla dzielnych i zmęczonych pielgrzymów.

Tak dotarliśmy, z Bożą pomocą, do naszych domów, rodzin i wspólnot z bagażem modlitwy i łask Bożych dla całego Tenango, parafii i sanktuarium.

Po przywitaniu pielgrzymów przez naszego proboszcza, ks. Grześka, udaliśmy się razem na ciepły poczęstunek na ulicy.

Relacja Hno. Miguel Szczygioł SAC
Zdjęcia z archiwum pallotynów w Meksyku



























































































































































































































 
SMS misje