Parafia na wyspach - Ruprup Drukuj Poleć znajomemu
Wracając z wyspy Biem do miasta wjeżdżamy w bramę utworzoną przez dwa inne wyrostki wystające z morza – wyspy: Ruprup i Kadawar. Te odrzwia dzieli jakieś 10 km z haczykiem.

Sięgająca czterystu kilku (408 m) metrów nad poziom morza, Ruprup posiada malutką wysepkę satelitę, a całość otoczona jest rozległą i płytką rafą koralową. Ten teren trzeba znać, i to dobrze, by się w ogóle po nim poruszać. Nie jest to wulkan ani pozostałość po nim, ale, podobnie jak inne wyspy, ma gorące źródła na nabrzeżu, a zwieńczeniem góry jest malutkie jeziorko tuż obok szczytu. Wygląda zupełnie jak tonsurka w kępie bujnego buszu.

Wyspa prawdopodobnie kiedyś była całkowicie pod wodą, bo chodząc po buszu, nawet w okolicach szczytu, można w ziemi znaleźć muszle i kawałki rafy.

Roślinność to klasyczny las tropikalny, poprzecinany ...
... tylko ścieżkami do „ogrodów” i pomiędzy wioskami oraz usłany mozaiką poletek powycinanych w niemalże dziewiczym buszu. Jak się nie używa żadnych nawozów, trzeba wciąż się przenosić na nowe miejsca ze swoimi uprawami. Na szczęście klimat i specyfikatutejszej roślinności szybko naprawiają ludzką pomysłowość i działalność, więc już po kilkunastu latach nie ma śladu wcześniejszego istnienia nieuprawianych „ogrodów”.

Niższe partie wyspy do dziś są usłane ogromną ilością palm kokosowych – świadectwo nieźle kiedyś prosperującej produkcji kopry kokosowej. Było to całkiem dobre źródło dochodów i utrzymania. Niestety, niskie ceny kopry i wysoki nakład pracy, jaki trzeba włożyć w jej pozyskanie i produkcję, oraz kłopoty z transportem zniechęciły mieszkańców i zaniechano produkcji. Dziś można by odtworzyć produkcję, bo palmy nadal rosną, a ceny się znacznie podniosły, ale, generalnie sprawę ujmując, tubylcy nie należą do nadgorliwie miłujących pracę fizyczną istot i jak mają do wyboru: poleżeć czy popracować, na pewno wybiorą poleżeć. Niestety, tego źródła dochodu nie zastąpiono innym.

Zamieszkująca wyspę grupa około 750 osób podzielona jest w zasadzie na dwie grupy: katolików i adwentystów dnia siódmego rozrzuconych w małych osadach na obwodzie całej wyspy. Wioski te generalnie liczą sobie od kilku do dwudziestu kilku domów. Głównie lokują się na małych wzniesieniach i góreczkach, prawie nigdy – z jednym tylko i to bardzo małym wyjątkiem – przy plażach. Zupełnie odwrotnie niż na innych wyspach, jak Koil czy Vokeo. Swoją drogą plaż mają niewiele więcej niż przysłowiowe „tyle co kot napłakał”, ale i tak preferują wyższe położenie. Taką lokalizację warunkuje raczej zabezpieczenie się przed sztormami i innymi morskimi zagrożeniami, jak choćby tsunami. Jest to zupełnie otwarte morze i sztormy są tu bardzo niemiłe.

A tak na marginesie – cały ten mały archipelag wysp wzdłuż wybrzeża naszej diecezji i jednocześnie prowincji położony jest wzdłuż połączenia płyt tektonicznych i to w niedużej od niego odległości. Gwarantuje nam to częste „rozrywki” w postaci trzęsień ziemi, a od czasu do czasu jakieś tsunami.

Mimo dość sprzecznych interesów ideologicznych, jakie reprezentują istniejące tu dwie grupy wyznaniowe, tubylcom udało się stworzyć specyficzną formę symbiozy i koegzystencji. Na pewno na pomoc przyszła im dość niska świadomość religijna w obu przypadkach, choć wydaje mi się, że u adwentystów jest jeszcze słabsza. Jest to stosunkowo nowa formacja wyznaniowa na wyspie, ale pierwsza gorliwość już opadła. Obie grupy funkcjonują razem, pobierają się między sobą, dzieci chodzą do jednej szkoły podstawowej – nota bene katolickiej. Na szczęście poza normalnymi codziennymi międzyludzkimi waśniami nie mają większych zatargów. Inaczej tak mała powierzchnia przy takiej liczbie mieszkańców szybko zamieniłaby się w piekło.

Niestety, tutejsi mieszkańcy nie są tak zorganizowani jak choćby na wyspie Biem, co znacznie utrudnia osiągnięcie nawet najprostszych celów, a przy wcześniej wspomnianym zwiększonym stopniu rozleniwienia jest jeszcze trudniejsze.

To właśnie tutaj, na szczycie jednego z przybrzeżnych pagórków stoi stacja misyjna wraz ze szkołą. Sierpniowe sztormy ubiegłego roku i zerwały dach na „domu ojca” rozrzucając blachy po buszu, ale nikt nie wpadł nawet na pomysł, by je pozbierać. Pozostały tam, gdzie je zaniosło, aż do Bożego Narodzenia, nie mówiąc już o rozbitych szybach z wyrwanego z futrynami okna, porozrzucanych gdzie popadnie. Mówiłem im, by dla własnego bezpieczeństwa pozbierali szkło, ale im to zupełnie nie przeszkadzało: „A po co…?”. Takim sposobem straciłem dach nad głową i domek do mieszkania. Staroć to i ruina, ale zawsze był i na głowę nie kapało. Miałem nadzieję, że jeszcze trochę postoi, zanim zbudujemy coś nowego. Teraz jest kłopot, a funduszy ciągle brak.

W życiu religijnym nadgorliwością mieszkańcy Ruprup raczej nie grzeszą. Duże święta, i owszem, są nieźle zorganizowane i oprawione, ale na co dzień to już zupełnie osobna śpiewka. Czasem myślę, że może ich zdolności percepcyjne są słabsze, bo wciąż trzeba powtarzać im te same podstawowe prawdy nauki katolickiej na tym samym, bardzo podstawowym, poziomie, nie mogąc pójść do przodu. Ale może dzięki temu będą mieli solidniejszy fundament – jak nie zapomną wszystkiego do następnego razu.

Są chętni i aktywni – przynajmniej niektórzy – ale na swój sposób i na swoim poziomie. Nie można jednak powiedzieć, że jest tylko mizernie – są również i „jakieś tam” sukcesy. Zdarzają się nawrócenia na katolicyzm – i to wcale nie takie bardzo rzadkie. A ostatnio nawet sami się zorganizowali i pozbierali blachy z dachu mojego domku i nawet zaczęli je przybijać do nowo zrobionego przez siebie dachu.

Jest to społeczność specyficzna i trudno porównywalna z innymi – im jest z tym zupełnie dobrze, a nawet więcej niż dobrze. Mimo że ubóstwo i bardzo słaba edukacja, przy kompletnym braku służby medycznej, nie pomagają w życiu, oni i tak uważają, że u nich jest najlepiej na świecie. A najprostsza droga, by się wzbogacić, to okraść jakiegoś naiwnego turystę czy żeglarza, którzy i tak pojawiają się tu bardzo rzadko.

Spotkałem się tutaj z bardzo specyficznym podejściem do edukacji. Rodzice i starszyzna ze wsi potrafią namawiać młodzież, która już dostała się do jakiejś szkoły, by porzucili bezowocne i nikomu niepotrzebne nauki, wracali na wyspę i żyli po dawnemu. No cóż… „co kraj to obyczaj”.

Brak jakiegoś przywództwa dla całej wyspy. Każda grupka ma swojego „kukuraja” – wodza tradycyjnego, który i tak zazwyczaj jest już tylko figurantem i nie współpracuje praktycznie z
innymi wodzami, a najlepiej jest zawsze być w opozycji po to tylko, by mieć odmienne zdanie. Tradycja też szybko upada, ubożeją stroje i dbałość o ich wygląd. Pozostaje jeszcze język i wspólna tradycja łącząca ich wszystkich.

Jest jeszcze mocna więź z sąsiednimi wysepkami. Ruprup praktycznie stanowi swoisty magazyn żywnościowy dla sąsiadów, gdy mają kłopoty czy grozi im głód.

Wyspa stanowi również azyl dla mieszkańców sąsiedniego Kadawar lub Biem, gdy tamte zaczynają dymić, a mieszkańcy muszą ekspresem wiać ze swojej wyspy. Wszyscy udają się po azyl na Ruprup. Taki mały miks – prostoty i otwartego serca dla innych, a z drugiej strony ciągłe spoglądanie wokoło jak tu coś, gdzieś ukraść lub co tu robić, aby się nie narobić, a żyć spokojnie i dostatnio. Skoro się jednak nie da tego wszystkiego pogodzić, wszystko pozostaje, jak było.

I taka jest właśnie Ruprup.

Ks. Dariusz Woźniak SAC
Zdjęcia: Autor, br. Janusz Namyślak SAC