|
No i wreszcie po krzyku... |
|
|
Maj obfitował w wiele wydarzeń w naszej delegaturze, ale jedno między nimi było nader pozytywnym epizodem w naszym życiu. Po 18 roboczych tygodniach, rozłożonych na dwa lata, składania klocków na budowie, wreszcie zakończyliśmy budowę domu na stacji w parafii Roma (PNG), gdzie swą posługę pełnił ks. Jacek Bilik SAC.
Zaczęło się niepozornie – od zainicjowania przez proboszcza akcji zbiórki funduszy na budowę nowej plebanii, zwanej po naszemu „domem ojca”. Dobre dwa lata organizowania różnych akcji i zbierania funduszy wśród parafian i wielu przyjaciół zaowocowały funduszem wyjściowym, pozwalającym rozpocząć budowę. Trzeba tu dodać, że jak do tej pory w całej historii naszej diecezji jest to pierwszy taki przypadek, kiedy plebania powstaje mocą i własnym sumptem, czyli tylko parafian i proboszcza.
Potrzebne deski, belki i inne kształtki zostały wycięte pod czujnym okiem proboszcza na terenie parafii z wcześniej podarowanych przez parafian drzew. Na szczęście były to solidne drzewa i termity ...
... prędzej połamią sobie na nich zęby, niż zgryzą ten dom.
Całość na dobre zaczęła się w styczniu ubiegłego roku, kiedy na postawione posty zaczęliśmy stawiać kolejne elementy konstrukcji, wcześniej przez nas wykonane. W tym samym czasie ks. Jacek zadbał, by wszystkie inne elementy będące bardziej przyjazne kornikom i termitom przestały takimi być i zaimpregnował je mniej smakowitymi środkami. Dwa miesiące praca paliła się w rękach parafian, którzy ofiarując swą robociznę, wzięli czynny udział w budowie i systematycznym jej okadzaniu dymem z prawie tony tytoniu, jaką przy tym wypalili.
Ze względu jednak na obowiązki duszpasterskie, które na nas czekały, musiała nastąpić przerwa w pracach. Kolejne kilka pracowitych wizyt na budowie posunęło nieco prace budowlane i udało nam się zamknąć drzwi na klucz. Domek na dwudziestu kilku „kurzych nóżkach” pozostał w spoczynku do następnej sesji. Teraz zaczęło się najgorsze – wykończenie całości.
Stawianie konstrukcji wymaga pracy i materiału, ale przynajmniej widać efekty. Za to wykańczanie pochłania ogrom czasu, a efekty są mało widoczne, ale bez tego nie da się ukończyć dzieła.
Tegoroczne zmagania rozpoczęliśmy w połowie stycznia po wszystkich nasiadówkach i planowaniach związanych z początkiem roku. W kolejne sześć tygodni ukończono ściany wewnętrzne, sufity, instalację wodną, kanalizacyjną i elektryczną, no i oczywiście najważniejsze pomieszczenie w każdym domu: łazienkę i toaletę. Tutaj nie da się podłączyć do niczego, bo w buszu nie ma nic. Całą infrastrukturę trzeba zbudować od podstaw i aż do końca.
Okna i siatki przeciw komarom były już praktycznie formalnością. Zostało nam jeszcze malowanie i budowa „elektrowni”. Brat Janusz dzielnie walczył podczas całej budowy z każdym zadaniem jakie przed nim stawało, ale malowanie to był „majstersztyk”. Tymczasem nadchodził Wielki Post i święta wielkanocne, więc trzeba było znów „wysłać budowę na wakacje”.
W maju tego roku pojechaliśmy wybudować elektrownię. Szumna to nazwa, ale prąd na stacji misyjnej też jest potrzebny. W ciągu tygodnia powstała więc chata na generator i zapas paliwa do niego. Takie trzy na trzy metry pomieszczonko z porządnym fundamentem, które musi być nieco bardziej zabezpieczone; przed tymi, którzy mogliby mieć chrapkę na generator – a takich nigdzie tu nie brakuje. Na koniec zbudowaliśmy jeszcze barierki na werandach i przy schodach, by ktoś uciekając przed dopiero co przez siebie wkurzonym proboszczem, nie musiał się uczyć niepotrzebnie latać. Metr z małym haczykiem do ziemi, to jeszcze lot, ale lądowanie mogłoby być mniej komfortowe.
Teraz mogliśmy spokojnie odgwizdać fajrant i zasiąść na laurach. Zaryglowaliśmy więc drzwi i udaliśmy się do miasta Wewak. Meblowanie pozostanie w gestii gospodarza domu.
Pozostało jeszcze tylko słowo podzięki. Ukłony wielkie należą się tu ks. Jackowi za podjęcie wyzwania i zorganizowanie całości. Nie mało swego potu i krwawicy pozostawił na tej budowie br. Janusz Namyślak, który niemal od samego początku jej asystował. Żaden dom nie powstaje sam ani z gadania o nim. Praca fizyczna jest niestety nieodzowną częścią na budowie.
Słowo podzięki kieruję również pod adresem parafian z Romy. Może nie zawsze wtedy kiedy trzeba i tak jak trzeba było, ale byli i potu nie szczędzili. Tu nie ma koparek, ani dźwigów, betoniarek i tym podobnej maszynerii. Wszystko trzeba wykonać za pomocą pracy rąk ludzkich. Więc to, co trzeba było, zostało wykonane tą właśnie.
Największe i najważniejsze pozostawiam na koniec. Bogu niech będą dzięki za wszystko. Za opiekę, błogosławieństwo i pomoc. Wszystkim życzymy wszystkiego najlepszego, a zwłaszcza przyszłemu mieszkańcowi tego domu. Niech wichry i trzęsienia ziemi go nie przemogą.
Wszystkim, którzy nas w tym dziele wspierali modlitwą lub ofiarą – Bóg zapłać. Dziękujemy.
Budowniczowie |
|
|
|
Odwiedziło nas 1919555 Odwiedzających
|
|