|
O Światowych Dniach Młodzieży opowiada Monika |
|
|
Jestem studentką drugiego roku Matematyki na Politechnice Warszawskiej. Wzięłam udział w Światowych Dniach Młodzieży, razem z prawie pięćdziesięcioosobową grupą młodych ludzi, pochodzących z różnych krańców Polski - niewielką część stanowili stypendyści Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”, do których należę, pozostali pochodzili ze wspólnot związanych ze Zgromadzeniem Sióstr Służebniczek NMP Niepokalanie Poczętej. To właśnie do tego zgromadzenia należy Siostra Noemi, która wzięła na siebie odpowiedzialność organizacji naszego wyjazdu.
Niesamowite jest dla mnie to, że wielu moich bliskich i przyjaciół było ze mną obecnych duchowo. W odróżnieniu od wyjazdów wypoczynkowych, nie tylko martwili się, czy wrócę cała i zdrowa, ale przeżywali spotkanie z Ojcem Świętym, przeżywali duchowe rekolekcje wraz ze mną, o czym dane mi było się przekonać podczas wyjazdu w sms’ach i telefonach, ale również po powrocie. Wiele osób śledziło z uwagą transmisje ze Światowych Dni Młodzieży dzięki świadomości, że tam jestem.
Dlatego chciałabym Im zadedykować tę relację.
***
Pielgrzymowanie rozpoczęliśmy Mszą Świętą. Wyruszaliśmy...
... ze świętym Piotrem kroczącym po wodzie do Jezusa. Nasza podróż miała ze wspomnianą wiele wspólnego - cel, trud, zaufanie Bogu. Było przed nami 2287 km do pokonania.
***
Już na samym początku niesamowite było to, że byliśmy wspólnotą. Po dwóch weekendowych spotkaniach formacyjno-organizacyjnych już się znaliśmy. Tworzyliśmy zgrany zespół, któremu nie były straszne czekające nas trudy podróży.
***
Z pewnością na początku na górskie wycieczki nie nadawaliśmy się zupełnie. Wspólnie przygotowywane śniadanie robiliśmy 45 minut w wielkim chaosie. Bez współpracy czy wzajemnej pomocy.
***
Wszyscy byliśmy gotowi na upały i słońce, a Wiedeń powitał nas deszczem i iście jesienną szarugą. A mój parasol musiał zostać zamknięty w dużym bagażu.
Wiedeń mnie oczarował. Nigdy dotąd nie widziałam tak wspaniałego miasta. Oczywiście nasze 9 godzin wyznaczone rytmem podróży autokarowej nie wystarczyło nawet na przelotne obejrzenie wszystkiego, co w Wiedniu zobaczenia jest warte. Mimo deszczu, chmur i chłodu Wiedeń nas urzekł. Nikt jednak nie myślał z żalem o tym, że nie zobaczyliśmy wszystkiego. Chętnie wsiedliśmy do autobusu, by się ogrzać i wyspać w drodze...,
a rano otworzyć oczy we Włoszech.
Niesamowitym doświadczeniem była nasza wspólna Jutrznia. Na tle szumu autokaru, jadącego szeroką drogą pośród zapierających dech w piersiach gór, wspólna modlitwa psalmami była niesamowitym doświadczeniem.
Po modlitwie przyszedł czas na postój i śniadanie. Powoli nasza współpraca przy posiłkach stawała się coraz lepsza.
***
Odcinek podróży do Awinionu był niezapomniany. Droga wiła się między górami, to wpadając w tunel, to przewieszona nad doliną. Na zboczach gdzieniegdzie było widać skupiska domów, które przysiadły jakby na chwilę pośród gór. Zawsze nad nimi górowała strzelista, jasna i prosta wieża kościoła. Później, ku ogólnemu zachwytowi, między górami w oddali pojawiło się morze mieniące się w słońcu. Po każdym wynurzeniu się z tunelu wszyscy „polowali” na najlepszy widok, w pośpiechu, zanim znikniemy w kolejnym.
W środku dnia odmówiliśmy wspólnie Różaniec. W odróżnieniu od Jutrzni, rytmiczność modlitwy różańcowej połączona z kołysaniem autokaru i zmęczeniem powodowała ogólną falę senności i wielu z nas zasypiało przy trzeciej czy czwartej dziesiątce z różańcem w ręku.
***
Wieczorem drugiego dnia podróży zawitaliśmy do Awinionu. Z radością zostawiliśmy autobus i pomaszerowaliśmy przez most do Pałacu Papieży. Nie było przewodników w języku polskim, toteż wszyscy słuchali przygotowanych przez moją podgrupę informacji dużo chętniej niż słuchawek „mówiących” w innych językach. Żałowaliśmy jednak, że nikt nas po pałacu nie oprowadził i nie opowiedział pełnej historii tego miejsca.
Wyszliśmy malowniczymi, wąskimi, brukowanymi uliczkami za mury. Wiał silny wiatr. Idąc wzdłuż wysokich murów w kierunku mostu, spotkaliśmy grupę młodych Francuzów śpiewających „Zmartwychwstał Pan. Alleluja!” w swoim ojczystym języku. Bez ustaleń i tłumaczeń utworzyliśmy z nimi dwa półkola śpiewające do siebie wzajemnie piosenki religijne w swoich ojczystych językach z pokazywaniem. Wspólnie zaśpiewaliśmy „Panie Janie”. Te parę chwil zrobiło na nas ogromne wrażenie. Bez słów się zrozumieliśmy. Nasze drogi do wspólnego celu przypadkiem się skrzyżowały i zaowocowały tak sympatycznym spotkaniem.
***
Przed udaniem się na spoczynek i upragniony sen w łóżkach zebraliśmy się na wspólnej Mszy Świętej. W nawiązaniu do Ewangelii, w której Pan Jezus stawiał nam dzieci jako przykład, ksiądz mówił, że dzieci mają dwie wielkie cechy - prasumienie i zdolność wzrastania w miłości, bez której mogą urosnąć tylko zewnętrznie.
***
Po kolejnym długim odcinku podróży powitaliśmy upragnioną Hiszpanię pobytem na plaży. Zgodnie z rytmem postojów autobusu mieliśmy 9 godzin na wypoczynek, podziwianie Morza Śródziemnego, wygrzewanie się na plaży i oswajanie z Hiszpanią.
Mimo, że nasza grupa była dość spora, bo licząca prawie 50 osób, byliśmy na siebie nawzajem niesamowicie otwarci. Często wydawać by się mogło, że znamy się już od lat.
Jednak to Msza Święta na plaży przy skałach, Msza pośród szumu fal, na tle jeszcze różowego nieba przy powoli zapadającym zmierzchu, uczyniła dla mnie pobyt na tamtej plaży niezapomnianym. Msza, do której przyłączyli się turyści. Niesamowite było to, że szum fal mobilizował do uważniejszego słuchania, większego skupienia. Ksiądz mówił o śladach na plaży. Opowiadał historię człowieka, który po śmierci, spoglądając na drogę swojego życia i widniejące na niej ślady raz dwóch, a w niektórych miejscach tylko jednego człowieka, miał pretensje do Boga, że przez najtrudniejsze momenty swojego życia musiał iść sam, bez Bożej pomocy. Usłyszał odpowiedź, że wówczas, gdy nie szedł już o własnych siłach, Bóg brał go na ręce i niósł przez życie i dlatego widać tylko jeden ślad.
**
Następnego dnia rano ogromną radość sprawiła nam wszystkim sadzawka na nietypowym parkingu. Gdybyśmy mieli rozmiary wróbli, to pewnie pluskalibyśmy się w niej w całości, ale niestety jesteśmy o wiele więksi, więc zdołaliśmy się nacieszyć wodą jak małe dzieci, myjąc buzie i zęby.
***
Do celu dojechaliśmy szczęśliwie. W Lucenie powitały nas z radością rodziny, u których gościliśmy przez kolejne kilka dni. Mówi się o polskiej gościnności, ale serdeczność i otwartość Hiszpanów całkowicie nas zaskoczyła. Widzieliśmy się po raz pierwszy, podeszliśmy do właściwych osób dzięki karteczkom, które trzymali, a witali nas tak, jakbyśmy właśnie wrócili do domu z dalekiej podróży. Każda rodzina przyjmowała dwie osoby.
Karteczkę z napisem „Monica & Marta” trzymała starsza Pani, z którą mimo bariery językowej udało nam się porozumieć i już po chwili jechałyśmy z Nią do domu. Przejechałyśmy 5 kilometrów drogą pomiędzy łagodnymi wzgórzami porośniętymi oliwkami, wydzielającymi specyficzny zapach. Stanęłyśmy przed piętrowym białym domem, z basenem na podwórzu (co, jak się okazało jeszcze tego dnia wieczorem podczas rozmów z grupą, było tam czymś zwyczajnym i powszechnym).
Na miejscu okazało się, że dorosłe dzieci Pani, która nas przygarnęła, mówią po angielsku, dzięki czemu bariera komunikacyjna niemalże zniknęła. Na początku zobaczyłyśmy nasz pokój i od razu usłyszałyśmy propozycję wskoczenia do basenu. Bardzo ucieszyła nas obecność wnuków Pani Carmen - pięcioletniego Jaime i siedmioletniej Violette. Chłopczyk zupełnie się nie przejmował tym, że go nie rozumiemy. Oprowadził mnie po domu i ogrodzie, opowiadając o wszystkimi, zupełnie nie przejmując się tym, że niewiele rozumiem. To było urzekające.
***
Już pierwszego dnia pobytu odkryłyśmy, że Hiszpanie z niczym się nie spieszą. Spokojnie mówią „maniana” czyli „jutro” i nawet Msza Święta w kościele rozpoczyna się tam z opóźnieniem. Są jednak niesamowicie gościnni i serdeczni. Podczas powitalnego poczęstunku Pani Carmen troszczyła się o nas jak o własne dzieci. Dzięki Niej spróbowałam wszystkiego, co było na stołach tego wieczoru. Oprócz przysmaków lokalnej kuchni, mogliśmy też posłuchać regionalnej muzyki, a nawet zatańczyć flameco. W Lucenie około północy zostałyśmy zabrane na lody. Jaka szkoda, że takich lodów nie sprzedają w Polsce!
***
Obfite śniadanie w domu stojącym tysiące kilometrów od mojego, podane przez osoby, które poprzedniego popołudnia zobaczyłam po raz pierwszy w życiu, rozmawiające ze sobą w języku, którego nie znam, zrobiło na mnie duże wrażenie. Zaskakiwał nas spokojny i sielankowy tryb życia rodziny, która nas przyjęła. Dzięki temu czułyśmy jak domownicy. Chętnie porzuciłyśmy masło na rzecz oliwy, piłyśmy cynamonową herbatę z mlekiem i jadłyśmy gorące, chrupiące croissanty na śniadania. Każdego dnia na stole oprócz przysmaków, które już były, pojawiało się coś nowego. Pani Carmen zawsze się koło nas krzątała, z uśmiechem siadała koło nas. Mimo bariery językowej wszystkie poranki były wspaniałe. Później Pani Carmen zawoziła nas na wyznaczone w programie spotkania. Były to: codzienna, dwujęzyczna Msza Święta (w języku hiszpańskim i polskim), pielgrzymka do sanktuarium Matki Bożej de Araceli, znajdującego się na jednym ze wzgórz otaczających Lucene, obiad u przyjaciół.
Rodzina, która nas przyjęła, zapowiadała, że wspinaczka do sanktuarium będzie trudna i męcząca. Z wielką troską zaopatrzyli nas w wodę i owoce na drogę. Ku naszemu zaskoczeniu, na wzgórze wiodła asfaltowa droga, wzdłuż której stały murowane krzyże - kolejne stacje Drogi Krzyżowej. Idąc ku Matce Bożej, rozważaliśmy cierpienie Jej Syna. Na wzgórzu zgromadziło się wiele grup. Przy zapadającym zmroku usiedliśmy na szerokich schodach, prowadzących do kościoła, i wspólnie zanurzyliśmy się w modlitwie kontemplacji, bo „tylko w ciszy można zrozumieć słowa Boga”.
***
W przededniu wyjazdu z Luceny zwiedzaliśmy miasto, w tym m. in. dom Matki Bożej, w którym były różne stroje Maryi. Warto tutaj powiedzieć, że, oglądając wnętrza kościołów, mieliśmy okazję zauważyć, iż w hiszpańskich kościołach figury Maryi i Jezusa (nawet niosącego krzyż) są bogato przyodziane w zdobne suknie i płaszcze z drogich materiałów.
***
Zdumiewała nas otwartość i wylewność Hiszpanów. Gdy szłyśmy malowniczymi, zalanymi słońcem uliczkami Luceny, Pani Carmen zdawała się wszystkich znać. Wszyscy ją pozdrawiali radosnym "Hola!". Bliżsi znajomi witali bardzo serdecznie i razem pogrążali się na chwilę w rozmowie zupełnie tak, jakbyśmy wcale nie zmierzały gdzieś do celu na konkretną godzinę. Kilkudniowy pobyt w Lucenie dał nam możliwość poznania życia codziennego w rodzinie. I jednocześnie była to najbardziej luksusowa część wyjazdu.
***
Zakończeniem diecezjalnej części Światowych Dni Młodzieży było zgrupowanie w Cordobie. Spotkanie w Cordobie to jedynie przedsmak tłumów i mieszanki różnych narodowości, której mieliśmy doświadczyć w Madrycie. Po przyjeździe był czas na zwiedzanie tego wspaniałego miasta. Przyłączyliśmy się do ogromnej procesji Matki Bożej Zaśniętej w przededniu Święta Wniebowzięcia Maryi Panny. Nigdy dotąd nie widziałam figury Maryi w tak imponujących rozmiarach. Do jej niesienia potrzebowano kilku silnych mężczyzn. Ponad morzem ludzi zalewającym procesją całe ulice górowały flagi państw ze wszystkich kontynentów. Punktem kulminacyjnym uroczystości w Cordobie było nocne czuwanie prowadzone w kilku językach. Odbywało się na stadionie - jedynym miejscu zdolnym pomieścić taką ogromną ilość młodych ludzi.
***
Po wyjątkowo uroczystej, porannej Eucharystii ruszyliśmy w drogę do upragnionego Madrytu. Tam od pierwszych chwil mogliśmy poczuć, że kameralną część mamy już za sobą. Padre Santos powitał nas bardzo serdecznie w swojej parafii, gdzie nocowaliśmy przez kolejne pięć dni.
Pierwszego, po śniadaniu, ruszyliśmy na zwiedzanie Madrytu. Wybraliśmy się na Stare Miasto, podobnie jak wielu innych pielgrzymów. Spacer w takim tłumie wymagał ogromnej uwagi, by się przypadkiem nie zgubić, nie odłączyć od grupy. Jednocześnie obfitował w miłe spotkania, co sprawiało, że nie trwał (zgodnie z przewodnikiem) około godziny, a trzy razy tyle. Z resztą nie tylko spacer trwał dłużej niż można by się spodziewać. Np. długie kolejki po posiłki stanowiły doskonałe miejsce do zawierania znajomości. Podobnie też działo się w metrze. Pierwszego dnia podróż spędziliśmy w wagonie z pielgrzymami z Wenezueli. Na początku, gdy docierało do nas, że w jednej chwili rozmawiamy z kimś z Ameryki Południowej, a w kolejnym metrze z osobą z Azji, byliśmy oszołomieni, że mamy niemalże cały świat na wyciągnięcie ręki.
***
Mieszkańcy Madrytu byli dla nas ogromnie życzliwi, serdeczni, co bardzo pomagało w zalanym morzem młodych pielgrzymów mieście. Gdy w czasie wolnym zwiedzaliśmy miasto, w jednym z supermarketów pani (zapewne kierowniczka) otworzyła nam zaplecze, żebyśmy mogli się odświeżyć. Mimo, że ogromne ilości ludzi były przyczyną wielu niedogodności - np. aby wejść do metra po wspólnej Mszy Świętej musieliśmy czekać w kolejce niemieszczącej się w wąskim tunelu, panowała między nami niesamowita jedność i zgoda. Nikt nie narzekał, ale wszyscy wykorzystywali niemal każdą chwilę na rozmowy z innymi młodymi ludźmi, a będąc w grupie, często śpiewem lub tańcem chwalili Boga.
***
W Madrycie trzy dni miały podobny harmonogram - rano modliliśmy się razem w parafii, a po śniadaniu wyruszaliśmy na katechezę dla pielgrzymów z Polski, po której jednoczyliśmy się we wspólnej Eucharystii. Z pierwszej nauki w pamięć zapadły mi szczególnie słowa św. Ignacego: „Wierz tak, jakby Bóg mógł zrobić dla ciebie wszystko, a jednocześnie zrób wszystko, co w twojej mocy”. Tematyka katechez nawiązywała do hasła tegorocznych Światowych Dni Młodzieży: „Trwajcie mocni w wierze” w różny sposób, nie kończyła się na kazaniu, którego wspólnie słuchaliśmy, ale wręcz przeciwnie. Ono otwierało czas na rozmowę, pytania, dzielenie się własnym świadectwem. Dla wielu młodych ludzi ten wyjazd był umocnieniem w wierze.
***
Po katechezach następował czas, który mogliśmy zadysponować wedle własnego uznania. Do wyboru było wiele - począwszy od zwiedzania miasta, po liczne wydarzenia kulturalne. Ja wraz z częścią naszej grupy wybrałam zwiedzanie. I tak zdążyłyśmy obejrzeć Plaza Mayor i starówkę, ogrody królewskie i Museo del Prado, w którym byłam dwukrotnie ze względu na ogromną ilość zbiorów.
***
Żałuję, że nie udało mi się wejść do kościoła, w którym odbywało się spotkanie pielgrzymów Polaków z tamtejszą Polonią, na które przybył ks. kardynał Stanisław Dziwisz. Niestety, było zbyt wielu chętnych.
***
Wielkim przeżyciem było przywitanie Ojca Świętego. Gdy dotarliśmy na miejsce, wszędzie widzieliśmy oczekujące tłumy. Zasmuciło nas to, ponieważ nie widzieliśmy szans, by choć trochę zbliżyć się do drogi, po której będzie przejeżdżał Benedykt XVI. Postanowiliśmy znaleźć chociaż telebim, na którym będziemy wszystko dobrze widzieli i przypadkowo kilka metrów od nas pojawił się papamobile. W tym momencie z rąk wszystkich osób, które już długo czekały w tym miejscu, wystrzeliły w górę aparaty i telefony, by uwiecznić tę chwilę, a my zaskoczeni faktem, że nas spotkało takie szczęście, bez słowa patrzyliśmy na Ojca Świętego, pozdrawiającego zgromadzoną młodzież.
***
Szczególnie zapadły mi w pamięć słowa ks. kard. Nycza z ostatniej katechezy, kiedy w oparciu o przykład Karola Wojtyły, mówił, że w życiu warto rozwijać pasje i talenty. Przygotowanie do dawania świadectwa swoim życiem trzeba zacząć od podstawowych rzeczy, gdyż tylko autentyzm życia chrześcijańskiego może sprawić, że będziemy solą ziemi.
Myślę, że czasem szukamy trudnych sposobów dążenia do świętości, a nie przychodzi nam do głowy, by zacząć od naszej codzienności. Mnie przytoczone słowa bardzo zainspirowały.
***
Drugiego dnia spotkań z Ojcem Świętym przeżywaliśmy Drogę Krzyżową. Mimo tłumu i zgiełku dzięki pięknej muzyce, stanowiącej tło do rozważań, udało mi się wtedy zapomnieć o otoczeniu i skupić na rozważaniach, które każdy z nas miał przed sobą w swojej wersji językowej w „Modlitewniku pielgrzyma”. Po zakończeniu, gdy największe tłumy już odeszły do metra, usiedliśmy naszą dziesięcioosobową grupką na brzegu fontanny wśród drzew na wspólną modlitwę wieczorną. To była najpiękniejsza modlitwa, w jakiej kiedykolwiek brałam udział.
***
Punktem kulminacyjnym spotkania w Madrycie było wieczorne czuwanie i poranna Eucharystia na Cuatro Vientos - ogromnych polach na peryferiach miasta. Wiele razy bywałam na lednickich spotkaniach, na które przyjeżdżają tysiące młodych ludzi z Polski i krajów sąsiednich. Okazało się jednak, że ogromna ilość ludzi zgromadzonych na spotkaniu z Ojcem Świętym Benedyktem XVI przekroczyła wszelkie moje wyobrażenia. W naszym sektorze był tak duży tłok, że między karimatami nie pozostawiliśmy nawet skrawka pustego miejsca oprócz okolic mrowisk, w których mieszkały ogromne mrówki.
Poprzedniego wieczoru w wyniku nieszczęśliwego wypadku uszkodziłam sobie stopę. Nie mogłam już tak sprawnie chodzić jak poprzednio. Jednak moja grupa bardzo mnie wspierała i pomagała przy każdej nadarzającej się okazji. W drodze na Cuatro Vientos wzięli na siebie moje bagaże, mimo, że każdy niósł swój prowiant, karimatę i plecak z niezbędnymi rzeczami. Wszyscy spodziewaliśmy się ogromnego upału. Obawialiśmy się, że nie będzie się gdzie schować przed palącym słońcem. Jednak, ku naszemu zdumieniu, słońce zakrywały drobne chmury. Wieczorem nadeszła burza, która przerwała modlitwę. Była to jedyna burza podczas całego pobytu w Hiszpanii, ale bardzo wymowna i oczyszczająca. Tworząc kółka nad okrytymi przed deszczem plecakami, otulając się karimatami w małych grupkach, śpiewaliśmy na chwałę Bożą. Pięknym gestem ze strony Ojca Świętego było pozostanie z nami i komentarz Jego Świątobliwości, iż mieliśmy wspólną przygodę. Myślę, że nic nas tak nie zjednoczyło jak ta burza. Wspaniałe było to, że nikt nie narzekał, nie ubolewał. Czuliśmy, że stanowimy jedno.
***
Nieuchronnie nadszedł czas rozstania. Z jednej strony z żalem żegnaliśmy Madryt, ale z drugiej czuliśmy, że już minęły dwa tygodnie, odkąd opuściliśmy Polskę i chętnie jechaliśmy do domu, by nareszcie wpaść w ramiona naszych bliskich. Po drodze jednak czekał na nas jeszcze Paryż, w którym mnie najbardziej zachwyciło wnętrze katedry Notre Dame. Żałuję, że nie było tyle czasu, by pozostać na Mszy św. i usłyszeć, jak brzmią organy w tym gotyckim wnętrzu.
***
Ogromną radość obudził w nas widok polskiego krajobrazu za oknem. Jedna z koleżanek miała 18 urodziny ostatniego dnia podróży, o czym wszyscy pamiętali. Siostry i księża zadbali nawet o tort w restauracji, w której zatrzymaliśmy się na poranną toaletę i śniadanie. Wtedy też nadszedł czas na podziękowania. Padło wówczas wiele pięknych słów, ale najbardziej zapadła mi w pamięć wypowiedź jednego z kierowców, który powiedział, że dzięki nam wie, jakby chciał wychować swojego syna.
***
To było 17 pięknych, błogosławionych dni! Jestem wdzięczna Bogu, za to, że mogłam uczestniczyć w JMJ 2011 w Madrycie oraz za wszystkie dobrodziejstwa, jakimi mnie obdarzył zarówno w czasie wyjazdu, jak i po powrocie.
Dziękuję wszystkim, z którymi mogłam dzielić trudy i radości pielgrzymowania. Już marzę, żeby pojechać do Brazylii.
Monika Skoczylas
|
|
|
|
Odwiedziło nas 1919512 Odwiedzających
|
|