|
Podróżnych w dom przyjąć |
|
|
Niewiele jeszcze rozumiejąc, mogłem tego doświadczyć, gdy moja Mama – widząc kroczących przez wieś „ludzi po prośbie” – wychodziła do furtki, pytała, skąd czy dokąd idą, zapraszała do domu, częstowała czym miała, karmiła… Syci, po krótkim odpoczynku, szli dalej; nierzadko z małą wałówką pod pachą. A nam, małym dzieciakom, Mama mówiła: „Gość w dom, Bóg w dom!”.
Po wielu latach czytałem opowiadanie o kobiecie, która miała sen, że w tym dniu nawiedzi ją Jezus. Szybko wstała o świcie, by posprzątać, umyć podłogę, gotować… przygotować wszystko na przyjęcie tak znakomitego gościa. Była gotowa jeszcze długo przed południem. Nawiedzili ją: starzec, staruszka, dziecko, prosząc o pomoc, ale kobieta przepędziła ich, by jej nie przeszkadzali, bo czeka na Wielkiego Gościa! Słońce zaszło, zapadła noc. Nikt już nie zapukał do jej chaty…
Śpiąc, ponownie miała sen: znowu widziała Jezusa i wyrzucała Mu, że obiecał, a nie przyszedł! A Jezus odpowiedział jej: „Trzy razy pukałem do twoich drzwi, ale nie zostałem wpuszczony, tylko przepędzony!”.
Czy na podstawie takich opowiadań tworzył się ten piękny obyczaj Ojców naszych, by...
... przyjmować w dom podróżnych?
A tam, w PNG, był to wymóg plemienny! Gdziekolwiek by się współplemiennik nie pojawił, nie mógł być nie przyjęty przez ziomka! Gdyby tak się nie stało, odwetem było odrzucenie przez plemię! Ceną była utrata plemiennej pomocy na zawsze.
Zbliża się taki „podróżny”, czai, krąży w pobliżu zabudowań do czasu, aż go ktoś spotka i pozna. Wtedy jest zapraszany do wejścia, rozgoszczenia się, spoczynku, dzielenia bułajuem, posiłku, no i noclegu. Rozmowom nie ma końca, a tematów nie brakuje: wieści, historie plemienne, nowinki…
Rzadko kiedy gościna kończy się na jednym noclegu. Często przeciąga się to w tygodnie, miesiące… Niekiedy warunkiem zakończenia gościny jest kupienie gościowi biletu powrotnego do jego wioski. Takie naciąganie nie kosztuje „podróżnego” nic, gdyż nie płaci za pobyt, wyżywienie… Współplemieńcy mają mu je przecież zapewnić. Często jest to kosztem dzieci, żony.
Przykład:
Żona pracuje jako nauczycielka w miejskiej szkole. Mają służbowy dom. Mąż nie pracuje i nie robi nic. Ona utrzymuje dom, rodzinę... On sprasza wantoków przybyłych do miasta z jego rodzinnej wioski i okolicy, by ich ugościć. Ona wszystko musi kupić, przygotować, podać, posprzątać...
Nawet sama nie zje dobrze. On zły nawet na własne dzieci, gdy ich odwiedzają. Chce mieć dom dla siebie i własnych gości.
To nie jest wypełnienie uczynku miłosierdzia względem ciała, lecz tylko zadośćuczynieniem obyczajowi papuaskich plemion.
W Papui zastosowane praktyczne Katechizmu jest bardzo dalekie duchem od wypełnienia, choć niektóre obyczaje mogą nieco przypominać formy chrześcijańskiego postępowania. Jest jednak nadzieja, że i to zacznie się zmieniać i ukierunkowywać we właściwym duchu.
„Świat Zachodu” zaczyna natomiast – co można bardzo łatwo zaobserwować – od tego odchodzić, odstępować... Zaprosić na kawę czy posiłek, najlepiej w restauracji, rzadziej w domu... i tyle! Życie dla siebie, nietykalność domowej prywatności zaczyna dominować i przybiera formy zamknięte dla odwiedzających czy przypadkowych gości. Nie ma czasu na nieplanowane wizyty. Szkoda go dla drugiego człowieka, jeśli go akurat nie potrzebujemy. Tyle, że ochrona prywatności nie powinna oznaczać obudowywania się szczelnym murem przed innymi. I coraz mniej osób stać na dar czasu.
Odczuwają to na gruncie polskim także pielgrzymi – nie wszędzie są mile widziani.
Któż więc jest bliższy duchowi Ewangelii:
– prymitywni Papuasi
– czy cywilizacja Zachodu?
Zapominamy, co jest istotą uczynku miłosierdzia: podróżnych w dom przyjąć. Nie może on się ograniczać tylko do tych, którzy udają się do nas w odwiedziny. To ma być przyjęcie każdego człowieka, który z różnych względów opuścił swój dom.
Człowiek Biblii miał bardzo mocno zakorzenioną świadomość, że tak naprawdę on sam jest podróżnikiem, wędrowcem, chociaż ma dom i swoje miejsce na ziemi.
Cały świat jest domem Boga i On w każdej chwili może nadejść. Spotkanie jakiegokolwiek człowieka może być znakiem Bożej Obecności.
Chrześcijanin, starając się wypełniać ten uczynek miłosierdzia, powinien pamiętać o bardzo ważnym Gościu, który przyszedł do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli (J 1, 11). A ponieważ, jak mówił Apostoł Paweł, każdy człowiek jest „świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w nim” (1 Kor 3, 16), dlatego Apostołowie nawoływali do gościnności wobec bliźnich.
Sprzeniewierzenie się gościnności było bardzo surowo osądzane, a brak gościnności traktowany jako jedna z najgorszych wad. Pamiętajmy, że wraz z obcym przychodzi Boże błogosławieństwo: „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał” (Mt 10, 40).
Ks. Krzysztof |
|
|
|
Odwiedziło nas 1919478 Odwiedzających
|
|