PARAFIA NA WYSPACH  BIEM Drukuj Poleć znajomemu
Wśród parafii papuaskich, w których pracują polscy pallotyni są dwie położone na wyspach. Pracują w nich ks. Dariusz Woźniak SAC i ks. Paweł Kotecki SAC. Poprosiliśmy ks. Darka o scharakteryzowanie poszczególnych wysp. Wyspy są ustawione na morzu w następującej kolejności: Biem, Ruprup, Kadawar, Wei, Koil, Vokeo, (Kairiu, Mushu – obsługiwane przez ks. Pawła), Walis, Tarawai.

BIEM – Wyspa wulkan

Wystająca z morza, na wysokość około 650 m, dwuczuba wyspa stawia opór dość mocnym prądom morskim, mieszającym się tutaj z wodami rzeki Sepik, uchodzącymi w okolicy do oceanu. Nieco wyższy czub – goły, jak przysłowiowy „święty turecki”, to krater wciąż jeszcze czynnego wulkanu, który okazjonalnie, ale dość regularnie przypomina ludziom o swoim istnieniu. Szczęściem zamieszkujących tu tubylców w okolicy „zalegają” jeszcze dwa inne dymiące stożki, z których największy, zwany MANAM, wyrasta ponad 2000m n.p.m. i bynajmniej ospałością nie grzeszy – regularnie, co kilka lat, wybucha. „Mądrzejsi” miejscowi uważają, że można spać na Biem spokojnie, bo tamten wentyl „uwalnia podziemne nadciśnienie”. Teoria całkiem niezła, szkoda tylko, że nie do końca słuszna, jak uczy doświadczenie innych miejsc, w tym również ich sąsiadów. Ale niech sobie myślą swoje.

Skąpa ilość ...
...gruntów ornych oraz miejsca pod zasiew i ogrody zmusiła tubylców do robienia swych ogrodów niemal do samego szczytu drugiego – nieco niższego – czuba tej wysepki. Do niedawna były tam jeszcze krzaki i zarośla, dziś już są tylko ogrody. Na szczęście mieszkańców wyspy ktoś nauczył ich robić ogrody tarasowe. Inaczej na tak stromym zboczu straciliby wszystko po pierwszym ulewnym deszczu, a ogrody skończyłyby swój żywot w morzu, zmyte ze zbocza raz na zawsze.

Klasyczny las tropikalny, zwany przez nas „buszem”, w swej szczątkowej wersji i ilości nie zapewnia wystarczającej ilości materiału budowlanego dla potrzeb mieszkańców wyspy zgromadzonych na jednym, względnie płaskawym, cyplu wyspy. W jednej wsi, podzielonej na trzy wspólnoty – rodzaj większych tradycyjnych grup klanowych: Kulgirap, Agip i Mun-Bingau zamieszkuje prawie 1500 osób. Jak się nie ma, czego się chce, trzeba użyć tego, co jest, a zwłaszcza tego, co przypłynie. Ludzie wyławiają każde nadające się do użycia drewno, czy kłodę i budują takie malutkie (tini-mini) chatki – prawie „puchatki”, kryjąc je liśćmi z palmy kokosowej, w których praktycznie jest miejsce tylko do spania. Reszta życia toczy się na zewnątrz.

Specyfika miejsca, brak strumieni i rzek, niewystarczająca ilość drzew do wydłubania kanoe czy materiału budowlanego oraz brak plaż (same klify dookoła wyspy) wytworzyły specyficzny podział prac i odpowiedzialności wśród ludzi. Świadczenie usług i wymiana dóbr warunkowały koegzystencje i przetrwanie społeczności.

Nad całością czuwał KUKURAI – wódz naczelny, do którego zawsze należało ostatnie słowo, od którego nie było już odwołania. Nieco niższy szczebel w hierarchii zajmowali trzej inni – klanowi kukuraje (wodzowie) swoich grup klanowych. Dziś, gdy zmiany administracyjne państwa wprowadziły sołtysów i drobne lokalne zarządy, rola liderów tradycyjnych znacznie osłabła – choć akurat na tej wyspie tradycyjna hierarchia jest jeszcze bardzo mocna i kukuraj ma wciąż bardzo dużo do powiedzenia.

Populacja, sięgająca w swych porywach nawet do półtora tysiąca mieszkańców, niemal w 100% jest katolicka. Trzeba przyznać, że pewną zasługę mieli w tym również poprzedni wodzowie, stojący twardo na stanowisku jedności wyspy i odsyłający wszystkich próbujących szczęścia marzycieli w świat. Sami przy tym wcale niekoniecznie byli gorliwymi wierzącymi, choćby przez fakt konsekwentnego praktykowania wielożeństwa. Ponoć przykład idzie z góry, toteż i dziś nie wszyscy wierni są wzorowo praktykującymi katolikami.
Praktycznie wszyscy są ochrzczeni, ale, jak przystało na „ludzi”, niektórzy chyba byliby chorzy, gdyby czegoś nie skomplikowali. Mamy więc wielożeństwo, w którym prym wiedzie obecny wódz ze swoim pięcioosobowym haremikiem. Są tacy, co kościół od środka widzieli tylko parę razy w życiu – przy chrzcie, może Pierwszej Komunii, ślubie i im to już wystarczy, ale są i tacy, co mocno jeszcze siedzą korzeniami w przeszłości i pogaństwie. Na szczęście mogę się pokusić o stwierdzenie, że „ci inni” są znikomą mniejszością, a praktykujących regularnie katolików jest ok. 80% – przynajmniej. Świadectwem na to niech będzie drobny przykład, jakim jest uczestnictwo w codziennej porannej Mszy św., sięgające ponad 400 osób codzienne, na jakieś 1300 stale przebywających na wyspie, przy niedzielnym w granicach tysiąca do tysiąca stu.

Odizolowanie i dystans do przysłowiowej „cywilizacji” pozwoliły im zachować swoją własną odrębność i specyfikę. Jest to niemalże ostatnie miejsce w mojej parafii, a chyba też i w diecezji niewiele takich jeszcze pozostało, gdzie wspólne spotkanie „przy misce”, zwane bumkaikai, jest praktykowane zawsze przez całą wieś i przy każdej okazji – i to bez lekceważenia czy wymigiwania się. Każdy ma przynieść tyle, ile trzeba, złożyć do wspólnego, a później jest to dzielone i wspólnie spożywane. Tak celebrują i honorują tu każdą okazję, jak Nowy Rok, rocznicę niepodległości państwa, każde większe święto kościelne czy większą grupę przyjmującą jakiś sakrament oraz ważniejsze „pamiątki” z życia wyspy. Nic nie może obyć się bez wspólnej agapy na zakończenie.

Wysoka frekwencja na Mszy św. – nawet tej porannej codziennej – oraz na nabożeństwach, wsparta dużym zaangażowaniem i aktywnością ludzi, podnosi na duchu i wzbudza nadzieję na przyszłość. Choć jak tu mówić o świetlanej przyszłości, gdy na głowę pada deszcz, bo sztormowe wiatry z sierpnia ubiegłego roku zerwały nadgryziony zębem czasu i apetytem termitów dach na kościele. Teraz mamy celebracje w kościele z widokiem na nieboskłon, czyli w kościele i pod chmurką naraz. Wstyd, by świątynia tak wyglądała, ale jest to rzeczywistość i to „goła i niewesoła”. A tubylcy własnym sumptem tego nie naprawią, bo i niby za co?

Nie da się nie zauważyć niemal skrajnego ubóstwa. Wielu mieszkańców wyspy, na przykład, nigdy nie było w mieście – za daleko i za drogo. Minimum socjalne na poziomie, o jakim tyle krzyczy się w Europie, mogłoby być tutaj szczytem marzeń i to tylko tych, którzy już gdzieś byli i coś widzieli. Coś jednak miejscowych tam trzyma. Może jest to poczucie bezpieczeństwa – dość względne, bo pod wulkanem, ale związane z byciem u siebie, może przywiązanie do ziemi (której i tak jest za mało dla wszystkich) i do tradycji, a pewnie też strach przed nieznanym. Żyją więc i są tam, gdzie są.

Bardzo niski procent dzieci uczęszcza do szkoły, a jeszcze niższy ją kończy. Osoby, które ukończyły szkołę średnią są jak rodzynki w bardzo skromnie okraszonym nimi cieście. Tych zaś, którzy ukończyli jeszcze coś więcej niż szkołę średnią można policzyć na palcach.

Zupełny brak opieki medycznej oraz dość trudne i prymitywne warunki życiowe i mocno ograniczone możliwości rozwoju, to tylko niektóre klocki układanki zwanej wyspa BIEM.

Ciąg dalszy nastąpi

Ks. Dariusz Woźniak SAC
Zdjęcia Autora oraz br. Janusza Namyślaka SAC