Miłość do Afryki za sprawą sióstr misjonarek z Kenii Drukuj Poleć znajomemu
Czy życie polskiej rodziny może się zmienić, gdy adoptuje ona na odległość dziecko z Afryki? Okazuje się, że tak.

- Gdy zobaczyliśmy na zdjęciu „naszą” Sofię z Kenii szczęśliwą w nowych butach zrozumieliśmy, że w życiu najważniejsza jest miłość i wzajemny szacunek – mówią Nina i Mariusz z Elbląga. - Nasz syn nie cieszy się z butów, nawet tych najlepszych, bo przecież mieć obuwie to normalna rzecz. Marzy o coraz nowocześniejszym sprzęcie komputerowym. Teraz myśli inaczej.
Nawet najtwardsze serce musi poruszyć widok głodującego dziecka.

Często na tym wzruszeniu się kończy. Nie musi tak być. Służy temu program adopcji na odległość.

- Gdy dowiedziałam się podczas spotkania z misjonarką z Kenii, że jest możliwość pomocy nie wahałam się – mówi pani Nina. - Mój mąż i syn także nie mieli wątpliwości.
Gdy tylko do Wyższego Seminarium Duchownego w Elblągu siostry ze Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny przysłały zdjęcia dzieci poszli wybrać jedno z nich.
Była to dziewczynka...
... o imieniu Sofia.
- Gdy pierwszy raz ją zobaczyłam na zdjęciu ogarnęła mnie niezwykła tkliwość i radość – mówi pani Nina. - Miałam wrażenie, że Zosię, tak ją nazywam, znam od wielu lat. Nie tylko opłacaliśmy jej szkołę, ale postanowiliśmy kupić jej coś, co by ją ucieszyło. Siostry poradziły byśmy przekazali pieniądze, bo koszt przesłania paczki jest wyższy niż jej wartość. Przesłane 100 dolarów wystarczyło nie tylko na buty, ale bluzkę i spódnicę.

Edukacja jest najważniejsza
Nina i Mariusz chcą pozostać anonimowi.
- Nie chcemy się ujawniać, bo nie zależy nam na rozgłosie – mówią zgodnie. Mariusz dodaje, że zdecydowali się na adopcję na odległość, by zrobić coś dobrego.
- Nie po to, by ktoś nas pochwalił – argumentują.
Jeszcze Nina i Mariusz nie widzieli Sofii, ale wiele o niej wiedzą.
- Znamy jej oceny – mówi Nina. - Nie są takie w jak w Polsce. W Kenii obowiązują punkty. Maksymalna liczba to pięćset. Na początku naszej opieki w czwartej klasie Zosia miała tylko 243 punkty, a w szóstej 314. Uczyła się w szkole publicznej. Jednak tylko prywatna daje możliwość dostania się do dobrej szkoły średniej. Siostry opiekujące się Zosią zaproponowały byśmy nie płacili 150 dolarów rocznie, ale 330, bo tyle kosztuje szkoła w internatem. Zgodziliśmy, bo przecież edukacja jest najważniejsza.

Potwierdza to siostra Imelda Zimińska z misji Kanyakine w Kenii, która od trzydziestu lat służy dzieciom i potrzebującym .
- Zauważam, że edukując Afrykańczyków podnosi się ich stopę życiową i pomaga się usamodzielnić - pisze w liście do Przyjaciół Misji. - Opieką adopcji na odległość objętych jest 200 dzieci. Jeszcze wiele nie chodzi do szkoły, bo rodziców na to nie stać. Pamiętam chłopca, Bonifacy miał na imię, który podczas wakacji przychodził do nas codziennie i prosił, by mógł chodzić do szkoły. Chłopiec skończył 10 lat i wątpiłam, że jeśli go nawet poślemy, to może nie wytrwać w przedszkolu, bo od tego poziomu musi zaczynać naukę. Widząc jego wytrwałość zgodziłyśmy się spełnić jego prośbę. W szkole jak dotąd dobrze sobie radzi. Z radością z innymi siostrami patrzę jaki jest szczęśliwy.

Slamsy to niebezpieczne miejsce
Pracę siostry Imeldy i innych sióstr z misji Kanyakine w Kenii z bliska widział Ryszard Półtorak z Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Elbląskiej.
- Afrykę pokochałem dzięki siostrom misjonarkom, które poświęciły swoje życie jej mieszkańcom – mówił w lutym tego roku po powrocie.
Elbląskie seminarium adoptowało dwóch chłopców: Josepha Mawirę, lat 13 i Wicliffa Ntwigę, lat 17. Joseph uczy się w szkole podstawowej w Kanyakine (15 kilometrów od równika), a Wicliff w szkole średniej w sąsiednim miasteczku.
- Miałem okazję podczas ostatniego pobytu porozmawiać z chłopcami - mówi ks. Półtorak. - Mam też wspólne pamiątkowe zdjęcie. Chłopcy są zadowoleni, że mogą się uczyć.

Mieszkańcy diecezji elbląskiej adoptowali 80 dzieci. Mieszkają one w Kenii w diecezji Meru i slamsach Nairobi. Opiekują się nimi Siostry Misjonarki Świętej Rodziny.

- Odwiedziłem tylko te w diecezji Meru – opowiadał ks. Półtorak. - Misjonarki uznały, że slamsy to zbyt niebezpieczne dla mnie miejsce. Nawet siostry tam chodzą w tylko w towarzystwie miejscowych. Jest to dowód, że mieszkańcy mają do nich zaufanie i je cenią. Obcy nie są tolerowani, a szczególnie biali. Siostry przekazały dzieciom prezenty: przybory szkolne i zabawki.

Siostra Imelda i inne siostry z Kenii są wdzięczne za pomoc rodzicom adoptującym na odległość.
- Bez ich wsparcia nie jesteśmy w stanie objąć opieką tylu potrzebujących. Oni również są misjonarzami, bez nich nie byłaby możliwa nasza działalność – czytamy w liście do Przyjaciół Misji.

Adopcja to nie tylko wpłata pieniędzy na konto co miesiąc, ale utrzymywanie kontaktu listownego z dzieckiem. Bardzo w ważna jest też modlitwa za dziecko:
„Proszę Cię, Panie, za moje dziecko, które swoim sercem adoptowałem. Pragnę mu pomóc, aby mogło ukończyć szkołę i usamodzielnić się, ale nade wszystko, aby mogło doświadczyć godności bycia Dzieckiem Bożym. Błogosław wszystkim jego poczynaniom, daj mu zdrowie duszy i ciała oraz szansę na lepsze życie w normalnym społeczeństwie. Niech w swoje życie niesie przesłanie, że Bóg jest dobry i miłosierny. Maryjo Matko wszystkich dzieci, miej w opiece (imię dziecka ). Amen”.

Grażyna Wosińska

Pamiątkowe zdjęcie księdza Ryszarda Półtoraka z adoptowanym na odległość przez elbląskie seminarium Josephem
Fot. archiwum prywatne

Ksiądz Ryszard Półtorak odwiedził przedszkole w Kithatu w Kenii
Fot. archiwum prywatne


Adoptuj dziecko z Kenii
Chętnych do Adopcji na Odległość poszukuje siostra Dariana Jasińska polska misjonarka ze zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny .
Założyła ona i prowadzi szkołę podstawową głównie dla biednych dzieci w misji Kithatu w diecezji Meru w Kenii. Warto jej pomóc. Można się z nią kontaktować pod mailem:
Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć , Jej adres:Sr. Dariana Jasińska P.O. Box 2197 60200 Meru Kenia